Cum Cruce et Gladio
Ten tekst jest fragmentem książki Krzysztofa Piersay „Konfraternia. Vera Crux. Tom 1”.
Kraków. Katolicki Dom Dziecka Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. 1978 rok
Bidul pozostawał najpełniejszym obrazem Rzeczypospolitej, jaki ksiądz porucznik Jan Albert Fortuna potrafił zamknąć w definicji. Zapomniany i niechciany budynek wypełniony zapomnianymi i niechcianymi ludźmi. Dziećmi, których rodziny poginęły z rąk ogarów Hitlera, Stalina lub innego samozwańczego szaleńca albo męża stanu, w zależności, który podręcznik od historii otworzyć. Lepiej na ich miejscu byłoby umrzeć razem z rodzicami lub w ogóle nigdy się nie narodzić. Cywilizowany świat z kolei pozostawał zbyt niezdecydowany, bo ani nikt nie chciał zająć się tymi dziećmi, ani nie potrafił zabić niczym bezpańskiego psa.
Fortuna upił łyk herbaty, chętnie korzystając z porcelanowej cukiernicy prezentującej się dumnie na okrągłym stoliku. Od dwóch lat kartki czyniły z tego słodkiego złota towar iście luksusowy na równi z wędliną i wódką, wyjmowanymi z ziemianek wyłącznie na specjalne okazje, ale jak widać, w dominium skromności panował dobrobyt. Wystrój gabinetu siostry przełożonej pozostawał kolażem orzecha i dębu, pięknych biurek, regałów i biblioteczek z czasów, gdy orzeł wciąż nosił koronę i tylko drobne precjoza, takie jak ciężka kryształowa popielnica, utwierdzały Jana Alberta Fortunę, że duch Stalina przenika wszelkie miejsca i czasy.
Siostra przełożona zapukała do własnego gabinetu. Fortuna rzucił krótkie „proszę”, przejmując na moment rolę gospodarza. Odziana w charakterystyczny czarny habit, przyprowadziła kogoś zbliżającego się do pełnoletności. Już nie chłopca, ale jeszcze nie mężczyznę. Czarny zarost konsekwentnie zdobywał kolejne centymetry jego szczęki i szyi. Uwydatniające się barki i napięta klatka piersiowa, będące nagrodą za setki pompek, zdradzały teraz zdenerwowanie. W piwnych oczach chłopaka tliła się zaś nieufność, a nawet wrogość. W końcu nic nie wiedział o nowo przybyłym.
Dobrze. Bardzo dobrze.
– Możemy chwilę porozmawiać we dwóch? – Fortuna skierował retoryczne pytanie do siostry, która natychmiast się ukłoniła, po czym zniknęła za drzwiami. – Siadaj – dodał, wskazując krzesło naprzeciwko własnego.
Chłopak posłusznie usiadł, bacznie taksując każdy szczegół nieznajomego: szczupłą sylwetkę, szelmowski grymas i wojskowy mundur. Nie zwracał uwagi na gabinet, na jego wystrój ani pamiątki. Fortuna zrozumiał, że chłopak musiał w nim bywać dość regularnie. Zbyt regularnie jak na takiego młokosa. Ciekawe, za co? Bójki z kolegami? Schadzki z koleżankami?
– Napijesz się herbaty? – Wskazał parującą filiżankę tuż przed młodym mężczyzną. – Możesz nawet posłodzić.
To ostatnie zdanie sprawiło, że młodzieniec przełknął ślinę i zamrugał trzy razy. Okiełznał jednak apetyt, wciąż obserwując nieznajomego w mundurze.
– Dlaczego zostałem wezwany? – zapytał w końcu. Jego głos zdradzał oznaki trwającej mutacji.
– Masz na imię Piotr, prawda? – odpowiedział pytaniem Jan Albert Fortuna. – Piotr Sygil, zgadza się? Zostałeś przyjęty do sierocińca w sześćdziesiątym siódmym. Masz szesnaście lat, choć wyglądasz na starszego. Za dwa lata będziesz musiał opuścić to miejsce i udać się na komisję. Potem dwa lata w zasadniczej służbie wojskowej. Zastanawiałeś się, co dalej?
Chłopak nie odpowiedział. Fortuna upił kolejny łyk zbyt przesłodzonego naparu.
– W wojsku z pewnością szybko byś awansował. Siostry powiedziały, że biegasz najszybciej ze wszystkich. Wyglądasz też na takiego, który potrafi dać w zęby. Co ważniejsze jednak… mówiły również, że jesteś bystry. To prawda?
Chłopak niepewnie kiwnął głową, nie spuszczając wzroku z księdza. Choć nie miał pojęcia, do czego może prowadzić ta rozmowa, zachowywał bezpieczny dystans.
– Ale u nas to za mało. Nie wystarczy mieć pary w łapie i głowy na karku. Musisz mieć serce po właściwej stronie, Piotrek… – wypowiedział imię młodzika, zaciągając się papierosem.
– U nas… czyli u kogo?
Fortuna się uśmiechnął. Dobrze. Bardzo dobrze.
– Wierzysz w Boga?
– Wierzę.
– A dlaczego wierzysz w Boga?
– Co?
– Dlaczego wierzysz w Boga? – powtórzył mężczyzna.
– Przepraszam, chyba nie rozumiem.
– Rozumiesz. Nie pytam, czy chodzisz do spowiedzi albo czy znasz prawdy wiary. Pytam, dlaczego wierzysz.
Piotr przełknął gulę w gardle.
– Bo Bóg jest dobry – zaczął. – Bo stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Bo zesłał swojego jedynego syna, by umarł za nas na krzyżu.
– Nie wyjeżdżaj mi z formułką jak dzieciaki przed pierwszą komunią – prychnął.
Jego nagła zmiana zachowania zaskoczyła Piotra. Na domiar złego nieznajomy wyciągnął srebrną papierośnicę i jak gdyby nigdy nic odpalił zwitek i się zaciągnął. Siwy dym skalał meble. Gorący popiół spadł na sam środek kryształowej popielniczki.
– A więc? – kontynuował nieco łagodniej Fortuna. – Dlaczego wierzysz w Boga?
– Bo… bo dał mi schronienie? – zaryzykował Piotr. – Bo dzięki niemu jestem w takim miejscu?
– Naprawdę uważasz, że ten ludzki czyściec jest sprawką Boga? Myślę, że Bóg lepiej by to poukładał.
– A gdzie są jego sierocińce? Chętnie się zapiszę.
– Nie bluźnij – warknął Jan Albert, ganiąc się w myślach za swoją reakcję. – Chcę poznać prawdę, której się boisz. Wiem, że uczęszczasz na wszystkie nabożeństwa. Wiem, że nawet wzięli cię na ministranta. To wszystko bardzo piękne, w Wigilię dostaniesz większy opłatek – zadrwił, a Piotr aż uniósł brwi w osłupieniu. Nie potrafił dłużej udawać, że pojmuje, o co w tym wszystkim chodzi. – To najprostsze, a jednocześnie najtrudniejsze pytanie, jakie można zadać człowiekowi. Ostatni raz. Dlaczego wierzysz w Boga?
Chłopak wbił spojrzenie w podłogę. Klatka zapadła mu się do środka. Zarost uciekłby z twarzy, gdyby tylko mógł. Fortuna zaśmiał się w duchu. Szesnaście lat. Już nie chłopiec. Jeszcze nie mężczyzna.
– Bo… niczego innego nie mam – wypluł w końcu odpowiedź, próbując zapanować nad szklącymi się oczami. – Bo tylko to jest całkiem moje. Bo jeśli nie to… to…
Fortuna dopił herbatę, wstał od stołu i otrzepał się z niewidzialnych paproszków. Piotr wstał zaraz za nim.
– Cum Cruce et Gladio. Z krzyżem i mieczem – wyrecytował mężczyzna, wyciągając rękę. – Pomożemy ci znaleźć coś tylko twojego.
Piotr uścisnął mu dłoń, choć nie do końca sam rozumiał dlaczego.
Ksiądz porucznik Jan Albert Fortuna się uśmiechnął. Właśnie takich ludzi potrzebowali w Encji.
