Jak Płock stał się stolicą Polski?
Ten tekst jest fragmentem książki Grażyny Bąkiewicz, Zuzanny Orlińskiej, Kazimierza Szymeczki i Pawła Wakuły „Zatruty kielich. 10 opowiadań z dziejów Płocka”.
Byłem mały, gdy stryj Bolesław Śmiały został królem Polski. Zbyt mały, by coś z tych chwil zostało w mojej pamięci. Za to doskonale pamiętam moment, gdy został zmuszony do opuszczenia kraju. Wieść przywiózł wojewoda krakowski, Sieciech.
– Nie mamy króla! – oznajmił, zginając kark przed księciem Władysławem Hermanem, młodszym bratem władcy. – Od tej chwili ty rządzisz krajem, panie!
Miałem wtedy zaledwie sześć lat, ale bez trudu rozpoznałem przerażenie na twarzy ojca.
– Jest jeszcze syn króla, królewicz Mieszko! – próbował protestować.
– To dziecko! – machnął ręką wojewoda. – W dodatku przebywa poza granicami kraju, a póki nie dorośnie i nie wróci, ty, książę, musisz wziąć odpowiedzialność za Polskę. Jak widzę, też masz syna.
– To Zbigniew, mój pierworodny – wyjąkał ojciec.
Skłoniłem głowę, a wojewoda zlustrował mnie spojrzeniem, w którym dostrzegłem coś niepokojącego. Chciałem chwycić ojca za rękę, by go ostrzec, ale opiekunki powstrzymały mnie.
– Zbigniewie, Zbigniewie – szeptały, zmuszając do wycofania się. – Nie czas na zabawy, książę Władysław Herman ma ważniejsze sprawy na głowie.
Nie mogłem nic zrobić, by ochronić ojca, ale poczucie winy, że go zawiodłem, wniknęło we mnie głęboko. Odkąd pamiętam, był słabego zdrowia, ciągle skrzywiony, stękający, narzekający na bóle pleców. W komnatach, w których przebywał, nawet latem płonął w paleniskach ogień. Niechętnie opuszczał Płock, gdzie mieszkaliśmy i skąd w imieniu króla zarządzał Mazowszem. Był nieszczęśliwy, gdy musiał udać się do Krakowa, by złożyć wizytę bratu. Królowa matka Dobroniega, a moja babka, przy każdej okazji wytykała mu lenistwo i brak ambicji. Jej reprymendy nie na wiele się zdały, bo po powrocie znów zaszywał się w swoich komnatach. Jedyne, co na dłużej wybudziło go z ospałości, to katedra, której budowę zlecił mu brat urzędujący jeszcze wtedy na Wawelu.
– Płock podniesiony do rangi biskupstwa zasługuje na godną świątynię – powtarzał z radością słowa króla. – Bolesław zapewni fundusze na jej budowę, a ja zadbam, by stanęła szybko, a swoim wyglądem świadczyła o potędze i bogactwie państwa Piastów.
– No i uświetni nasz płocki gród! – cieszyła się mama.
Ojciec z rzadką u niego energią zabrał się do dzieła. Polecił ściągnąć mistrzów, mających doświadczenie w budowie katedr, tak że wkrótce zaczęli przybywać budowniczowie znad Renu i Italii, proponując swoje usługi. Książę osobiście oglądał rysunki, kazał budować miniatury, uważnie słuchał objaśnień. Z dumą oglądałem go tak pewnego siebie. Widać było, że wie, czego chce.
– Katedra ma być kamienna, potężna i jednocześnie piękna – mówił silnym głosem.
Wybrał trójnawową z dwiema wieżami od zachodu. Miała stanąć w miejscu małego kościółka, pochodzącego jeszcze z czasów jego prapradziadka, Mieszka.
Prace zaczęły się niemal natychmiast. Wytyczono zarysy fundamentów, a robotnicy przystąpili do wybierania ziemi pod wykopy. Ojciec zabierał mnie tam i wędrując wśród kołków, sznurów i zwałów ziemi, objaśniał:
– Tu będzie nawa główna, a tu apsyda, w której znajdzie się ołtarz główny. Tu staną arkady, które oddzielą nawy boczne od głównej, a dach, spójrz w górę, będzie tam, gdzie chmury.
Gdy o tym mówił, prostował się, głos miał dźwięczny, a twarz jasną. Niestety, tę radość przerwał Sieciech wieścią o wygnaniu z Polski Bolesława Śmiałego. Dla ojca to był cios, bo nie znosił polityki, nie rozumiał jej, czuł się zagubiony w układach, jakie zawierali władcy, nudziły go narady, nawet te dotyczące Mazowsza. Myśl, że będzie musiał rządzić całym państwem, wprawiła go w popłoch.
– Bez obaw, najjaśniejszy panie – uspokajał go wojewoda Sieciech. – We wszystkim cię wyręczę.
Ojciec odetchnął z ulgą, że będzie mógł komuś zostawić troski i nadal zajmować się katedrą. Ona była jednym z powodów odmowy przeniesienia się do Krakowa.
– Jak to? Przecież tam jest stolica – przekonywał wojewoda.
– Stolica jest tam, gdzie władca, więc teraz będzie w Płocku! – uparł się ojciec i trwał przy swoim, bo gdy na czymś mu naprawdę zależało, potrafił być stanowczy jak prawdziwy władca.
Płock był jego domem, tu czuł się bezpiecznie, a w dodatku była tu katedra, której budowa dodawała mu sił. Wojewodzie ciężko było się pogodzić z decyzją Władysława Hermana, ale gdy przyjrzał się grodowi bliżej, uznał, że nie ma potrzeby spierać się z księciem. Gród usytuowany na wysokiej skarpie miał wszelkie cechy potężnej, obronnej twierdzy. Strome zbocze czyniło miejsce trudnym do zdobycia, a Wisła płynąca u jego stóp stanowiła dodatkową linię obrony. Dostępu do grodu broniły potężne wały, wysokie palisady, wieże obronne, bramy okute żelazem i zwodzone mosty.
Dworzanie i urzędnicy – chcąc nie chcąc – musieli pożegnać Kraków. Na Wawelu została tylko królowa matka, zdecydowana tam czekać na powrót prawowitego króla, Bolesława Śmiałego. Inni pakowali w skrzynie dobytek i przenosili się do Płocka. Gród na wiślanej skarpie zaczął tętnić życiem, jakiego dotąd nie znał.
Obserwowałem tę przemianę na własne oczy. Widziałem, jak rozpoczynała działalność kancelaria wystawiająca dokumenty państwowe, jak przybywały delegacje z różnych stron Polski i posłańcy z wieściami z innych krajów. Byłem świadkiem, jak wielmoże piastujący wysokie godności znajdowali swoje miejsce w Płocku i jak dla ich synów powstała szkoła katedralna, mająca przygotowywać ich do objęcia w przyszłości ważnych stanowisk. Płock krok po kroku przejmował rolę stolicy państwa polskiego.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Grażyny Bąkiewicz, Zuzanny Orlińskiej, Kazimierza Szymeczki i Pawła Wakuły „Zatruty kielich. 10 opowiadań z dziejów Płocka” bezpośrednio pod tym linkiem!
Katedra też rosła. Podgrodzie rozrastało się błyskawicznie, zaroiło się od kamieniarzy, cieśli, kowali. Wykopano doły pod fundamenty, głębokie i szerokie. Na dnie ułożono wielkie kamienie, zwożone z całej okolicy. Wolne przestrzenie wypełniono mniejszymi, a całość zalano wapienną zaprawą. W czasie gdy kamieniarze obrabiali kolejne bryły, ja z synami wojów i możnych staczaliśmy zażarte boje między zwałami kamieni, a potem naznaczeni siniakami, leżeliśmy w chwale na skraju skarpy i patrzyliśmy z wysokiego brzegu na tratwy płynące Wisłą. Na drugim brzegu ciemniała linia lasów. Ziemie Prusów i Jaćwingów były za naszymi plecami.
– Zbigniewie, Zbigniewie! – Chwilę ciszy przerwało wołanie Kaspra, pachołka mojej matki. – Księżna Przecława każe ci natychmiast pojawić się na dworze!
Zapewne widziała z okien dworu nasze zmagania i chciała mnie skarcić. Nie lubiła tych zabaw i ciągle ostrzegała, że kamienie, po których skaczemy, zwalą się na nas. Kasper rozwiał jednak moje obawy.
– Masz uczestniczyć, książę, w ceremonii powitania Sieciecha.
– Znowu? – westchnąłem, bo widok wojewody był mi przykrzejszy od połajanek.
Sieciech nie tyle pomagał ojcu w książęcych obowiązkach, co sam wchodził w rolę księcia. Wydawał wyroki, mianował urzędników, sam ogłosił się palatynem i decydował, kogo dopuścić przed oblicze księcia, a kogo nie. Słyszałem wiele razy, jak mama i doradcy ostrzegali ojca, że nic dobrego z tego nie wyniknie. On jednak nie potrafił obyć się bez wojewody.
Ruszyłem w stronę palatium, ale bez pośpiechu. Po drodze mijałem warsztaty, stajnie, spichlerze i stodoły, ale nie zatrzymywałem się. Tylko przez chwilę postałem na placu przed dworem, gdzie drużynnicy ćwiczyli walkę na miecze. Już nie mogłem się doczekać, kiedy sam będę mógł to robić.
– Książę, idziemy – upomniał mnie Kasper.
– No przecież idę.
Palatium, siedziba księcia, to najwyższa budowla wewnątrz grodu, przynajmniej póki nie powstanie katedra. Na parterze znajdowała się obszerna sala reprezentacyjna, gdzie książę i możni rozstrzygali sprawy Polski. Zaledwie wszedłem, usłyszałem opryskliwy głos wojewody:
– Powinieneś odesłać obecną żonę i poślubić księżniczkę!
Zatrzymałem się, by sprawdzić, komu Sieciech daje takie rady. Ze zdumieniem zobaczyłem ojca, księcia Władysława Hermana. Nie postąpiłem dalej, tylko ukryty za balustradą słuchałem.
– Powinieneś mieć żonę równego sobie stanu. Obecne twoje małżeństwo nie zostało potwierdzone ślubem kościelnym, więc można uznać je za nieważne.
Liczyłem, że ojciec zaprotestuje i przegna wojewodę na cztery wiatry, ale on tylko kręcił głową i wzdychał, jakby słowa Sieciecha i ton, jakim je wypowiadał, wcale go nie dotknęły. Wbiegłem na piętro do izb mieszkalnych i opowiedziałem matce o tym, co usłyszałem.
– Sieciech się myli! – oburzyła się. – Owszem, nie jestem księżniczką, ale wywodzę się z możnego rodu Prawdziców, a nasz ślub był jak najbardziej legalny, zwyczajowy, zgodny z prawem i wielowiekowymi tradycjami, zatwierdzony przez obie rodziny i ważne polskie rody. Nie martw się, twój ojciec nie zgodzi się na knowania wojewody!
Stało się inaczej, a ojciec okazał się słabszy, niż sądziłem. Nie minęło wiele czasu, a moja matka została oddalona z dworu. Żałowałem jej, a ojca jeszcze bardziej, bo dał się omotać złemu człowiekowi. Czułem się winny, bo przewidziałem to i nie zapobiegłem, gdy był czas, ale co może mały chłopiec? Ciągle nosiłem długie włosy, byłem jeszcze przed postrzyżynami.
– Cokolwiek się dzieje, twój ojciec nie odsunie się od ciebie, Zbigniewie – przekonywała mama. – Nie pozwoli cię skrzywdzić.
Niczego już nie byłem pewien. Co prawda nadal mogłem mieszkać na płockim dworze i pobierać nauki niezbędne przyszłemu zbrojnemu, ale już nie władcy, bo tę rolę ojciec przeznaczył synowi, który miał się dopiero urodzić. Sieciech wybrał mu nową żonę, córkę czeskiego króla. Judyta zajęła miejsce mojej matki, ale choć czas płynął, nowy syn jakoś się nie pojawiał.
Ojca widywałem rzadko, najczęściej wtedy, gdy przychodził obserwować budowę katedry. Ciągle była jego oczkiem w głowie albo może jedyną rzeczą, której nie zagarnął dla siebie Sieciech.
– Mur jest gruby u nasady na dwa sążnie – tłumaczył mi. – Im wyżej, tym będzie cieńszy, ale nie mniej niż sążeń. Zauważ, że mur ma dwa lica, zewnętrzne układa się z gładko obrobionych kamieni, wewnętrzne podobnie, ale nie musi być tak doskonałe. To, co między nimi, to rdzeń, na który składa się gruz kamienny, który zostanie zalany zaprawą wapienną i ubity dokładnie, by nie zostały pustki.
Wiedział nawet, jak sporządza się zaprawę i ile trzeba czekać, by była gotowa do użytku. Słuchałem i żałowałem, że w innych sprawach nie orientował się tak jak w tych dotyczących budowy katedry.
W przeciwieństwie do niego lubiłem wiedzieć, co się dzieje nie tylko na terenie Płocka, ale wszędzie wokół. Wiedzę pełnymi garściami czerpałem od kupców, którzy masowo przybywali do naszego miasta i przy okazji handlu wymieniali się informacjami. Wałęsałem się po targowiskach i słuchałem ich rozmów.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Grażyny Bąkiewicz, Zuzanny Orlińskiej, Kazimierza Szymeczki i Pawła Wakuły „Zatruty kielich. 10 opowiadań z dziejów Płocka” bezpośrednio pod tym linkiem!
– W Polsce rządzi Sieciech – mówił sprzedawca soli. – A Władysław Herman jest tylko kukłą w jego rękach.
– Wojewoda dopuszcza się niegodziwości w całym kraju – potwierdzał handlarz tkaninami. – Przeciwników usuwa z urzędów, więzi, wygania z kraju, a nawet sprzedaje w niewolę.
– Ambicje Sieciecha nie mają granic – wzdychał kaletnik z Małopolski. – Doprowadził do wygnania króla, a teraz roi sobie, że przejmie władzę książęcą. Głosi legendę o pokrzywdzonym rodzie Starżów, który zamiast Piastów powinien siedzieć na tronie Polski.
– Głupiec z tego palatyna! – prychali wszyscy z pogardą. – Widzi tylko czubek własnego nosa, a władca musi ogarniać wzrokiem cały kraj. Piastowie zostali władcami, bo to potrafili. Szkoda, że Herman się wyrodził. Stracił wszystko, co zdobyli jego poprzednicy – koronę, Grody Czerwieńskie, Śląsk.
– Zaszył się w Płocku i nie obchodzi go nic, ani bieda poddanych, ani prześladowanie zwolenników króla, ani upadek handlu, ani bandy grasujące po drogach – biadali kupcy.
Mówili prawdę, bo ojciec ani razu nie ruszył na objazd kraju. I nie chodziło tylko o to, że nie lubił opuszczać Płocka. On się bał reakcji poddanych!
Z okruchów zasłyszanych rozmów udało mi się stworzyć obraz tego, co się działo w Polsce. Wynikało z nich, że wszyscy liczą na powrót Bolesława Śmiałego, prawowitego króla. A gdy przyszła wieść z Węgier o jego śmierci, nikt nie miał wątpliwości, że Sieciech maczał w tym palce.
– On wytruje wszystkich Piastów i naprawdę przejmie władzę – usłyszałem pewnego dnia i to mnie przeraziło.
Gdybym był większy i silniejszy, rozprawiłbym się z wojewodą, ale miałem tylko osiem lat, więc niewiele mogłem. Przydałby mi się chociaż brat, we dwóch dalibyśmy radę. Naprawdę chciałem mieć brata i przynajmniej w tej kwestii musiałem pomóc ojcu. Na targowisku usłyszałem rozmowę o benedyktynach z Klasztoru Świętego Idziego gdzieś nad Rodanem, którzy modlą się w intencji szczęśliwych narodzin.
– Ludzie wożą tam dary, które mają postać tego, o co się błaga, a święty Idzi spełnia prośby – szeptały do siebie przekupki.
Przy najbliższym spotkaniu powtórzyłem to ojcu. Nie całkiem uwierzył, ale spytał o zdanie poznańskiego biskupa, który akurat gościł w Płocku. Ten potwierdził, że i jemu obiły się o uszy takie plotki.
– To daleko, w Saint-Gilles nad Rodanem, ale warto spróbować.
Książę Władysław Herman chwycił się tej nadziei jak ostatniej deski ratunku. Kazał przygotować złoto i odlać je w figurkę chłopca. Sieciech próbował protestować, ale to była jedna z tych spraw, na których ojcu zależało, więc zachował się jak prawdziwy władca.
– Nakazuję wysłać złotego chłopca nad Rodan do Klasztoru Świętego Idziego – rozkazał.
Posłańcy wyruszyli tak szybko, jak się dało. I nie zdążyli jeszcze wrócić, a księżna urodziła chłopca. Był środek lata 1086 roku, gdy na piętrze płockiego palatium dał się słyszeć płacz noworodka. Jego matka, księżna Judyta, niestety zmarła, ale Władysław Herman był szczęśliwy, bo doczekał się syna, prawowitego dziedzica. Dano mu na imię Bolesław. Nareszcie miałem brata.
Narodziny małego księcia w grodowym palatium przypieczętowały rolę płockiego grodu jako stolicy państwa. Płock szalał z radości, a na mnie czekała zła wiadomość.3
– Zostaniesz odesłany – oświadczył z satysfakcją Sieciech. – Twój ojciec ma syna jak trzeba. Ty jesteś już zbędny!
– Nie możesz decydować o moim losie, wojewodo! – zacząłem, ale zdałem sobie sprawę, że niestety może – i zrobi to.
Gdy komunikował Władysławowi Hermanowi swoją decyzję, ojciec stał jak przestraszony chłopiec. Ten widok ścisnął mi serce, bo już wiedziałem, że mój los jest przesądzony.
– Wyjedziesz – szepnął ojciec, potwierdzając słowa wojewody.
– No i dobrze – orzekła matka, gdy powiadomiłem ją o tej decyzji. – Lepiej żebyś nie patrzył na upadek swego ojca. Pojedziesz do babki, do Krakowa, zdobędziesz wiedzę niezbędną do roli, którą jeszcze odegrasz. Przyjdzie czas, że wrócisz tu i zrobisz w tym kraju porządek.
Nazajutrz kufry były spakowane, a konie gotowe do drogi. Żegnałem Płock z żalem, ale bez poczucia straty. Nie odjeżdżałem na zawsze. Patrzyłem na mury katedry wznoszące się już ponad wały obronne. Miały być jeszcze wyższe i mogłem być pewien, że w tej kwestii ojciec nie zawiedzie. Katedra doda grodowi splendoru, a ludzie będą mieli się gdzie modlić w intencji małego Bolesława. Wsparcie będzie dzieciakowi potrzebne, bo opiekę nad nim książę powierzył wiadomo komu.
– Trzymaj się, Bolesławie – szepnąłem. – Rośnij szybko i nie daj się Sieciechowi. Ja, Zbigniew, twój brat, przyrzekam, że wrócę i wykurzymy wojewodę z Płocka. We dwóch damy radę.
Nota historyczna
Po wygnaniu Bolesława Śmiałego w 1079 roku władzę w państwie przejął jego brat Władysław Herman. Płock stał się wtedy głównym ośrodkiem władzy, bo tu zazwyczaj rezydował Herman. Książę rozpoczął budowę wielkiej katedry, porównywalnej do tej na Wawelu. Niestety nie przetrwała, została zniszczona w późniejszych wiekach, a obecna stanęła na miejscu tamtej. Z Krakowa do Płocka została przeniesiona kancelaria wystawiająca dokumenty państwowe. Powstała też szkoła katedralna przygotowująca synów możnowładców do obejmowania w przyszłości ważnych stanowisk państwowych.
Ciemną stroną polityki Władysława Hermana stała się postać wojewody Sieciecha, który wykorzystał słabość księcia i zagarnął dla siebie dużą część władzy. Poradzą z nim sobie dopiero synowie Władysława Hermana, Zbigniew i Bolesław.
Płock pełnił rolę stolicy Polski w latach 1079–1138 za panowania Władysława Hermana i jego synów.
