Marek Krajewski – „Droga krwi” – recenzja i ocena
Marek Krajewski – „Droga krwi” – recenzja i ocena
Rok 1926, Waldenburg, przepiękne krajobrazy Dolnego Śląska, brutalna zbrodnia i Eberhard Mock w dawce homeopatycznej. Tak zaczyna się nowa seria kryminałów retro autorstwa Marka Krajewskiego. Nowy wiodący bohater, nowe otoczenie, ale jak zwykle doskonały styl oraz wspaniale nakreślona intryga. A seria Waldenburg zapowiada się równie dobrze, co poprzednie pozycje.
Herbert Anwaldt – nowa gwiazda – jest bohaterem interesującym przede wszystkim ze względu na swoje zajęcie i sposób obserwowania ludzi. Jako psychiatra znajduje się blisko spraw związanych z ludzką psychiką, a jego zawodowa perspektywa może wpływać na sposób odczytywania wydarzeń. Dzięki temu kryminalna warstwa powieści zyskuje dodatkowy wymiar: obok pytania o przebieg zbrodni pojawia się zainteresowanie motywacjami oraz zachowaniem poszczególnych postaci. Z kolei fabuła została utkana z kilku elementów: zbrodni, wątków związanych ze środowiskiem przestępczym, szpitala oraz lokalnych interesów i tajemnic. Każdy, nawet najbardziej błahy wątek jest wiążącym elementem całej historii.
Wałbrzych nie sprawia wrażenia przypadkowej scenografii. Przemysłowy charakter miasta, jego związki z górnictwem i społeczne nierówności tworzą tło, które wyraźnie wpływa na atmosferę powieści. Krajewski ma talent do opisywania przestrzeni w taki sposób, że miejsce zaczyna pełnić niemal równorzędną funkcję wobec bohaterów. Nie chodzi wyłącznie o dokładność szczegółu, lecz o wrażenie zamkniętej, ciężkiej rzeczywistości, z której trudno się wydostać. Charakterystyczny pozostaje również język autora. Krajewski chętnie posługuje się szczegółowymi, mocnymi opisami i nie unika dosadności. Taka stylistyka dobrze współgra z ponurym tonem lektury, choć może również chwilami przyciągać uwagę bardziej do samego sposobu pisania niż do wydarzeń. Wydaje się, że autor świadomie wybiera właśnie taką formę narracji i konsekwentnie się jej trzyma.
Podobnie można spojrzeć na obecność przemocy oraz cielesności. Nie jest ona w tej książce elementem marginalnym. Opisy bywają mocne i bezpośrednie, dzięki czemu świat przedstawiony daleki jest od estetycznego wygładzenia. Dodatkowo Krajewski wprowadza wiele postaci, zależności i wątków, przez co historia jest bardzo gęsta. Tym samym tworzy nam opowieść, w której można odnaleźć kryminał, powieść obyczajową, psychologiczną i sensacyjną.
Pojawiający się z doskoku Eberhardt Mock nie kradnie show Anwaldtowi. Nowy bohater pozostaje w centrum narracji, prowadząc śledztwo na swój własny sposób. Wydaje się, że Mock pozwala autorowi korzystać z istniejącego świata bez konieczności ponownego budowania wszystkiego od początku. Tym samym można mieć pewność, że w kolejnych tomach Wrocław nie zniknie całkowicie z pola widzenia, jednak nie będzie dominował nad samą opowieścią.
Recenzowana pozycja nie jest typem literatury pensjonarskiej ani kocykowym kryminałem. To mocna, brutalna opowieść, w której język ma taką samą funkcję jak bohaterowie – porządkuje i konstruuje przedstawiony Waldenburg. Warto więc zapuścić się w rejon Galgenbergu. Mam nadzieję, że każdy kolejny tom nowej serii będzie tylko lepszy i bardziej fascynujący.
