Witaminy w piłeczkach pingpongowych, czyli rzecz o katastrofie w kopalni „Generał Zawadzki”
Zobacz także:
Historia wydobycia węgla w rejonie dawnej kopalni „Generał Zawadzki”, czyli późniejszej kopalni „Paryż” w Dąbrowie Górniczej rozpoczęła się już w latach 90. XVII wieku. Przez długi czas uchodziła za zakład bezpieczny. Po 175 latach doszło tam jednak do tragedii górniczej.
24 lipca 1969 roku poranną zmianę w kopalni rozpoczęły setki pracowników. Dane szacunkowe wskazują, że było to od 1000 do 1500 osób. Dzień wcześniej w chodniku wentylacyjnym zaczęła pojawiać się woda, co w górnictwie nie było zjawiskiem wyjątkowym, ale w tym przypadku stanowiło szczególne zagrożenie, ponieważ nad wyrobiskami znajdował się zbiornik osadowy „Jadwiga II”. Sygnał ten jednak zignorowano. W kopalni jednak nawet drobny błąd może przynieść tragiczne konsekwencje.
Dnia 24 lipca 1969 r. z osadnika mułowego Jadwiga II nastąpiło nagłe przedarcie się wody z mułem węglowym do wyrobisk wentylacyjnych przy szybie Łabędzki na poziomie +213 m - donosiły Wiadomości Górnicze.
Zgodnie z relacją redaktora „Wiadomości Zagłębia”, feralnego dnia straszliwa rzeka rozrzedzonego wodą mułu węglowego wdarła się potężną strugą w labirynt pochylni i chodników kopalni „Generał Zawadzki. Do zdarzenia doszło tuż przed godziną 11.30 we wschodnim rejonie kopalni na głębokości około 250 metrów. Znajdowało się tam wówczas 119 górników, a wśród nich 5-osobowa drużyna ratowników, kierowana przez nadgórnika Romana Wilka.
Wielu pracowników zdołano ewakuować, ale grupa licząca 79 osób (pod wodzą sztygara oddziałowego Wiesława Błażejewskie) została odcięta w oddziale G3. Nie mieli prądu, łączności, czystej wody, żywności ani sprawnej wentylacji. Ich położenie było szczególnie trudne, ponieważ drogi ucieczki blokowały zawały, woda, muł i zniszczony sprzęt.
W takiej sytuacji nietrudno o panikę. Zwyciężyło jednak opanowanie i zachowanie zimnej krwi. Pracujący w oddziale mechanicznym sztygar Wiesław Błażejewski i nadsztygar Henryk Rak przejęli dowodzenie nad grupą osób uwięzionych pod ziemią. Zebrali górników i poprowadzili ich w górę, w stronę szybów peryferyjnych „Koszelew”, Małobądz” i „Walery” w rejonie Będzina. Drugą grupę w bezpieczne miejsce zaprowadził sztygar Roman Wilk z oddziału wentylacji. To on zaalarmował też dyspozytora o wodzie wlewającej się do kopalni.
Należy zaznaczyć, że zgodnie z relacją opublikowaną na łamach „Wiadomości Zagłębia”:
(...) pokładów węgla pod osadnikiem „Jadwiga” od lat już nie eksploatowano. Najbliżej położone od pionowej osi stawu stanowisko pracy, znajdowało się w odległości 1,5 km. Staw, będący 150 lat temu kopalnią odkrywkową, był ponadto przez ekspertów systematycznie kontrolowany (..).
W następstwie tragedii 90 tysięcy metrów sześciennych mieszaniny wody z mułem spłynęło pochyłym przekopem wentylacyjnym i wyrobiskami oddziału G-3 na pomocniczy poziom +120 m (poz. IX piętra) oraz na czynny poziom wydobywczy +30 m w kierunku szybów głównych. To z kolei skutkowało wymyciem podłoża piaskowego i obudowy, co przełożyło się na zawały i osłabienie obudowy. Te pierwsze doprowadziły do zaburzenia układu wentylacyjnego we wschodniej części kopalni. Chodniki zamieniły się w rwące podziemne rzeki, niszczące obudowy, rurociągi, maszyny i drogi komunikacyjne. O ile muł zatrzymał się na wyrobiskach oddziału trzeciego, o tyle woda spłynęła na dno kopalni (poziom 250 metrów). Tym samym zalała rejon dwóch głównych szybów: wydobywczego „Zawadzki” i zjazdowego „Cieszkowski” wraz z główną pompownią i całą siecią chodników trasportowych tego poziomu.
Sytuacja była tragiczna, ponieważ osoby należące do oddziału G-3 zostały odcięte od pozostałych rejonów kopalni.
Jak relacjonowano w „Wiadomościach Górniczych”: woda z mułem zalała rejon podszybia szybów głównych, zatapiając między innymi stację pomp głównego odwadniania oraz główną rozdzielnię dołową, przez co rejony centralny i wschodni kopalni pozbawione zostały całkowicie energii elektrycznej.
Doprowadziło to do unieruchomienia głównych szybów. Rozpoczęła się walka z czasem i żywiołem. Na domiar złego po godzinie 12.00 łączność telefoniczna i awaryjno-alarmowa została zerwana.
Po udziału w akcji zaangażowano blisko 500 ratowników. Na ratunek uwięzionym pod ziemią ruszyli ci z kopalni „Generał Zawadzki”, z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Sosnowcu oraz z Centralnej i Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu (z grupą płetwonurków). Warto wspomnieć, że geneza bytomskiej stacji sięga 1907 roku i jest jedną z najstarszych w regionie. Instytucję powołano do istnienia na podstawie decyzji Brackiego Stowarzyszenia Zawodowego tuż po gigantycznej katastrofie, do której doszło w 1906 roku we francuskiej kopalni „Courrières”, a w której życie straciło 1099 osób.
Spodobał ci się nasz artykuł? Podziel się nim na Facebooku i, jeśli możesz, wesprzyj nas finansowo. Dobrze wykorzystamy każdą złotówkę! Kliknij tu, aby przejść na stronę wsparcia.
W działania włączono także jednostki Ludowego Wojska Polskiego, Milicji Obywatelskiej oraz górniczą służbę zdrowia wraz z kolumną transportu sanitarnego. Z każdej strony płynęła pomoc.
- W mieście ścinano potężne drzewa, rolnicy z okolic Dąbrowy gromadzili słomę i siano, zwieziono 12 tysięcy worków jutowych, które wypełniono piachem. Z budów ściągano bloki betonowe różnych kształtów. Wszystko to w niezwykle niebezpiecznych warunkach, bo wśród lasu kominów i słupów wysokiego napięcia, wrzucały do późnej nocy w paszczę fatalnego leja ciężkie śmigłowce Wojska Polskiego. Jednocześnie trwała instalacja najwydajniejszych, nowoczesnych pomp głębinowych w celu zapobieżenia całkowitemu zatopieniu kopalni - relacjonował redaktor „Wiadomości Zagłębia”.
Na czele akcji ratunkowej prowadzonej na terenie zakładu stanął mgr inż. Andrzej Groyecki, dyrektor kopalni. Zarządził wycofanie załóg z kopalni na wyższe poziomy wentylacyjne oraz unieruchomienie zakładu przeróbczego, aby zatrzymać dopływ wody do osadnika mułowego. Przystąpiono też do tamowania dalszego spływu wody. Częściowo udało się to dopiero około godziny 18.00. Po godzinie 22.40 w przekopie będzińskim udało się uruchomić pierwszą pompę ,,BIBO”. Potem sukcesywnie dołączano kolejne.
Do kopalni przyjechał m.in. Edward Gierek - wówczas pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w województwie katowickim oraz premier Józef Cyrankiewicz.
Następnego dnia, czyli 25 lipca, przystąpiono do odpompowywanie wody na zewnątrz.
- Na dole kopalni trwały roboty przy przebieraniu zawałów i wykonaniu chodników ratunkowych w poszczególnych wyrobiskach. W centrum miasta Dąbrowy Górniczej wiercono otwory ratunkowe - relacjonowano w „Wiadomościach Górniczych”.
Korytarze zostały zalane, co uniemożliwiło dotarcie do poszkodowanych. W związku z tym podjęto decyzję o rozpoczęciu akcji ratunkowej z powierzchni. Niezbędne stało się zatem wywiercenie otworów w ziemi bezpośrednio nad prawdopodobnym miejscem przebywania górników. Rozwiązanie to dobrze pokazano w filmie fabularnym „Żelazny most” z 2019 roku w reż. Moniki Jordan-Młodzianowskiej.
- Otworami tymi zamierzano się dowiercić do chodnika rurowo-wentylacyjnego i jego skrzyżowania z pochylnią Staropocztową. Wyrobiska te miały połączenie komunikacyjne z pochylnią 33, gdzie znajdowało się 79 odciętych górników - czytamy w „Wiadomościach Górniczych”.
Następnie planowano wydobycie górników kapsułą ratunkową, nazywaną też bombą Dahlbuscha. Nazwa może mylić, gdyż tylko kształtem przypomina bombę, a w rzeczywistości jest to cylindryczny pojemnik w kształcie torpedy o długości 2,5 metra, który ma służyć do transportu uwięzionych górników przez odwierty. Projekt ten opracowano w 1955 roku i wykorzystano w kopalni węgla kamiennego Dahlbusch w Gelsenkirchen w niemieckim Zagłębiu Ruhry do ewakuacji trzech górników.
Na wyposażeniu zakładu nie było jednak aparatów wiertniczych. Te jeszcze tego samego dnia wieczorem zostały przywiezione z rejonu Mysłowic i Sosnowca, gdzie były wykorzystywane. Kolejne dostarczono z bazy Fabryki Maszyn i Sprzętu Wiertniczego w Gorlicach następnego dnia rano. W akcję włączyło się także Przedsiębiorstwo Poszukiwań Naftowych w Jaśle, które zdemontowało agregat wiertniczy IDECO wykorzystywany w rejonie Przemyśla i dostarczyło do Dąbrowy Górniczej 25 samochodami. Sam transport zajął 10 godzin.
Należy dodać, że była to trudna i prowadzona innowacyjnymi metodami akcja.
Technikę ratowania otworami wierconymi z powierzchni odciętych zawałem górników zastosowano w polskim górnictwie po raz pierwszy w kopalni Generał Zawadzki - podkreślono w „Wiadomościach Górniczych”.
Późnym popołudniem 26 lipca do jednego z otworów (numer 5) spuszczono (na głębokość 93,5 metrów) pojemnik z żywnością i telefonem ratowniczym. Nie udało się jednak nawiązać kontaktu z górnikami. Niektóre relacje prasowe wspominają, że dotarcie do otworu było zbyt niebezpieczne i górnicy nie zdecydowali się na podjęcie tego ryzyka. Oszacowali, że ilość tlenu w aparatach jest niewystarczająca na drogę w dwie strony.
27 lipca stało się jasne, że wspomniane rozwiązanie nie zda egzaminu, a bezpieczniejsze i szybsze (choć wycieńczające dla ratowników) będzie dotarcie do uwięzionych górników chodnikiem ratunkowym prowadzonym na dole kopalni w pochylni 33. Wstrzymano wówczas roboty wiertnicze.
Momentem przełomowym było odnalezienie możliwości kontaktu z uwięzionymi. Grupa górników zebrała się przy rurociągu przeciwpożarowym. Ratownicy wykorzystali ten techniczny element infrastruktury kopalni jako kanał komunikacji i podtrzymywania życia. Z rurociągu spuszczono wodę, połączono go z rurociągiem sprężonego powietrza, wykorzystano też węże pożarnicze i hydranty. Rurociągiem przeciwpożarowym tłoczono powietrze sprężone, a rurociągiem podsadzkowym transportowano żywność i lekarstwa.
Spodobał ci się nasz artykuł? Podziel się nim na Facebooku i, jeśli możesz, wesprzyj nas finansowo. Dobrze wykorzystamy każdą złotówkę! Kliknij tu, aby przejść na stronę wsparcia.
W tym celu usiłowano przepchnąć przez rurociąg podsadzkowy przygotowany uprzednio 150-metrowy pręt metalowy średnicy 10 mm. Próba ta nie udała się wskutek załamania rurociągu w zawale i zdecydowano nawiązać kontakt z odciętymi za pomocą cienkiego sznurka, żyłki nylonowej, węża plastykowego z przeznaczeniem przeciągania przez rurociąg lekarstw i środków żywnościowych. W tym celu sprowadzono baloniki i piłeczki do tenisa stołowego (pingpongowe), które z dowiązanymi cienkimi sznurkami, żyłkami itp. przepychano powietrzem sprężonym przez rurociąg podsadzkowy - relacjonowano w „Wiadomościach Górniczych”.
Należy wspomnieć też o roli sztygara Romana Wilka, który wyznaczył dyżurnych, którzy mieli uderzać stalowym prętem w rurę, dając stały sygnał ratownikom. Ten element akustycznej komunikacji miał ogromne znaczenie, ponieważ pozwalał potwierdzić, że ludzie żyją, i wskazywał kierunek działania.
Ratownicy pracowali w skrajnie trudnych warunkach. Woda, muł i rumowiska niszczyły chodniki, a w finalnej fazie akcji brakowało tlenu. Musieli zmieniać się co kilkanaście minut. Zgodnie z relacjami, ostatnie metry przekopu wykonywali saperkami. Ostatecznie po 79 godzinach akcja została zakończona.
Pierwszy z uratowanych górników wyjechał na powierzchnię dnia 27. VII. 69 r. o godz. 18.00, a ostatni o 20.35. Wszyscy pod opieką lekarską zostali odwiezieni bezpośrednio do wyznaczonych szpitali - wskazano w „Wiadomościach Górniczych”.
Nad transportem górników miało czuwać nawet 650 pracowników. Uratowanych przewieziono wyciągiem kubłowym w szybie „Koszelew”. Po dotarciu na powierzchnię górnicy zostali przewiezieni do szpitali w Będzinie, Dąbrowie Górniczej, Zagórzu, Czeladzi, Sosnowcu i w Piekarach Śląskich.
Finalnie uratowano 118 osób. W wyniku katastrofy zginął jeden górnik. To 19-letni Marian Derej. Informacja o tragedii została podana opinii publicznej z opóźnieniem. Lokalna prasa napisała o wypadku dopiero dwa dni po rozpoczęciu wydarzeń. Przebieg akcji ratunkowej został jednak udokumentowany. Zajął się tym Stanisław Jakubowski, fotoreporter Centralnej Agencji Fotograficznej. Jego cykl „Wyrwani śmierci” zdobył w 1970 roku nagrodę World Press Photo w kategorii Photo Stories.
Istotnym problemem, z jakim zmierzył się zarząd kopalni było zalanie zakładu i konieczność jego oczyszczenia. Akcja wypompowywania wody i usuwania mułu była prowadzona równolegle do akcji ratunkowej. Kierował nią inżynier Miron Mazur i nadszytgar Stanisław Gola, a w pracach uczestniczyło 280 specjalistów, pracujących na trzech zmianach.
W przekopie będzińskim zainstalowano pompy pomocnicze, a w tzw. kanale pomp uruchomiono pompy stałe. Media informowały, że dno obu szybów odwodniono 5 sierpnia. Uruchomiono również urządzenia wentylacyjne, którymi doprowadzano powietrze do chodników i wyrobisk poziomu 250. Dopiero po tym górnicy zyskali dostęp do tego rejonu i mogli przystąpić do usuwania mułu i oczyszczania zalanych urządzeń. Najliczniejszą grupę pracowników stanowiły brygady ZMS, w tym m.in. te kierowane przez Henryka Ligorowskiego, Zbigniewa Lichołapa i Waldemara Musiałka, które pracowały na cztery zmiany.
Wydobycie uruchomiono miesiąc po katastrofie. „Trybuna Robotnicza” donosiła, że kopalnia została w rekordowo szykim czasie przywrócona do życia. Katastrofa w kopalni „Generał Zawadzki” zapisała się w historii nie tylko ze względu na skalę zagrożenia, ale przede wszystkim dzięki wzorowo przeprowadzonej akcji ratowniczej. Uznano ją także za jedną z najtrudniejszych w historii polskiego górnictwa. Finalnie dąbrowska kopalnia została zlikwidowana 31 grudnia 1996 roku.
Źródła:
- Akcja ratownicza w kopalni Gen. Zawadzki w dniach 24-27.7.1969 r. [w:] „Wiadomości Górnicze”, nr 9/69, s. 270-286.
- „Przegląd Górniczy”, 1969, R. 56, nr 9.
- Wyrazy najwyższego uznania dla uczestników akcji ratowniczej w kopalni „Gen. Zawadzki [w:] „Trybuna Robotnicza”, 1969, nr 180.
- Uznanie dla górniczego męstwa i trudu [w:] „Trybuna Robotnicza”, 1969. nr 289.
- Górnicy kop. „Gen. Zawadzki” wyprzedzają harmonogram robót [w:] „Trybuna Robotnicza”, 1969, nr 201.
- www.csrg.bytom.pl,
- Zdzisław Wudkiewicz, Jeszcze o dniach pełnych niepokoju i nerwowego napięcia [w:] „Wiadomości Zagłębia”, 1969, R. 14, nr 32.
- Budujące świadectwo solidarności [w:] „Trybuna Robotnicza”, 1969, nr 178.
- Zdzisław Wudkiewicz, Brygady ZMS w pierwszej linii frontu walki o uruchomienie głownych szybów [w:] „Wiadomości Zagłębia”, 1969, R. 14, nr 34.
