Włoski alchemik oszukiwał w całej Europie. Zdemaskował go polski magnat
Samozwańczy hrabia, uzdrowiciel i mistrz loży egipskiej, obiecywał polskiej arystokracji klucz do nieśmiertelności i sekret produkcji złota. Nie spodziewał się jednak, że nad Wisłą spotka przeciwnika, który zamiast ślepej wiary, postanowi zweryfikować wiarygodność jego eksperymentów. Oto kulisy jednego z najgłośniejszych skandali w dziejach stanisławowskiej Warszawy.
Z sycylijskiego rynsztoka na salony
Zanim zaczął bywać na dworach monarchów, był znany jako Giuseppe Balsamo. Urodził się w 1743 roku w Palermo, w biednej rodzinie. Wcześnie osierocony, został oddany na wychowanie do lokalnego klasztoru, gdzie pod okiem mnicha-farmaceuty poznał podstaw chemii i botaniki. Wiedza ta, choć raczej powierzchowna, stała się fundamentem jego późniejszej „magicznej” kariery.
Młody Balsamo nie zagrzał jednak długo miejsca w zakonie. Uciekł z klasztoru i szybko wszedł w środowisko szulerów, rzezimieszków i fałszerzy dokumentów. Zmuszony do ucieczki z rodzinnej Sycylii, wyruszył w podróż po Europie. W drodze, prawdopodobnie w towarzystwie Altotasa, tajemniczego Ormianina (wobec braku bezpośrednich dokumentów wiążących go z Cagliostrem nie ma pewności co do znajomości obu alchemików), miał odwiedzić m.in. Egipt i Maltę. To właśnie na Malcie udało mu się zbałamucić Wielkiego Mistrza zakonu joannitów, wmawiając mu, że jego towarzysze poszukują wspólnie kamienia filozoficznego. Ponoć już wtedy dysponował cudownym „czerwonym proszkiem” i balsamami, których moc działać miała na jakże symboliczną odległość 666 mil.
Z czasem Balsamo przybierał coraz to nowe, arystokratyczne tożsamości: hrabiego Herat, margrabiego Auna, Pellegriniego, by ostatecznie stać się hrabią Alessandro Cagliostro. W Rzymie poślubił piękną córkę rzemieślnika, Lorenzę Feliciani (znaną też później jako Serafina), która stała się jego wierną wspólniczką. Jej uroda i charyzma doskonale dopełniały wizerunek tajemniczego maga o przenikliwym spojrzeniu.
Wiarygodność w kręgach masońskich zapewnić mu miała znajomość z hrabią Saint-Germain – równie tajemniczą postacią uznawaną wówczas za ojca francuskiego okultyzmu. Z takimi znajomościami Cagliostro podróżował przez Hiszpanię, Anglię, Holandię i Niemcy, występując na kolejnych dworach jako założyciel tzw. loży egipskiej i wysoko postawiony wolnomularz. To czy rzeczywiście był osobą liczącą się w tamtejszym środowisku nie sposób ustalić – wiadomo jedynie, że posiadał liczne kontakty, znał wiele wpływowych osób i dzięki temu mógł wydawać się wiarygodny dla swoich rozmówców. Wszędzie gdzie się pojawiał, leczył, sprzedawał eliksiry młodości i obiecywał transmutację ołowiu w złoto. Zyskiwał przy tym często niemałą sumę pieniędzy od oczarowanej publiczności lub wdzięcznych za chwilową poprawę swojego stanu zdrowia pacjentów.
Oświeceniowy mrok nad Wisłą
W czasach stanisławowskich Rzeczpospolita – jak niemal wszystkie ówczesne państwa – nie była wolna od mistycznych skandali. Mimo działalności Komisji Edukacji Narodowej, idee hermetyczne i alchemiczne znajdowały podatny grunt nawet w elitarnych kręgach polskiej magnaterii. Sam król Stanisław August Poniatowski, choć był światłym mecenasem sztuki, interesował się także naukami tajemnymi i wykładał ogromne sumy na eksperymenty alchemiczne, być może mając nadzieję na podratowanie upadającego skarbu państwa.
Zaufanym człowiekiem króla w tych sprawach był dawny stolnik koronny, wówczas dyrektor mennicy, August Fryderyk Moszyński – człowiek o wielu zainteresowaniach i gruntownej wiedzy chemicznej, który jednak trwonił fortunę na małe naczynia chemiczne (nazywane ,,tygielkami”, w których przygotowywano mikstury), kolejne kochanki i poszukiwania kamienia filozoficznego. To zwykle właśnie jemu król zlecał weryfikację wszelkich obcych alchemików i magów przybywających do Warszawy.
Gdy w pierwszych dniach maja 1780 roku Cagliostro – po pobycie w Kurlandii i Petersburgu – zajechał do Warszawy, jego sława wyprzedzała go. Został zaprezentowany królewskiemu bratu Kazimierzowi oraz właśnie Moszyńskiemu. Zręczny Włoch od razu wystąpił w roli oświeconego mistrza egipskiego wolnomularstwa, obiecując podzielić się swoimi bezcennymi sekretami. Poniatowski, zafascynowany umiejętnościami maga, oddał awanturnikom do dyspozycji apartamenty we własnym pałacu.
Polecamy e-book Marcina Winkowskiego – „Gdy Polacy nosili dredy. Kołtun – historia prawdziwa”
Książka dostępna również jako audiobook!
Seanse z duchami
Cagliostro, obdarowany licznymi prezentami (w tym wieloma cennymi brylantami dla żony), postanowił zaprezentować próbkę swoich możliwości „magicznych”. W pałacu przygotowano specjalny pokój, którego drzwi zasłonięto czarną zasłoną. Mistrz zażądał od zgromadzonych przysięgi milczenia (oczywiście będąc świadomym, że wywoła to efekt odwrotny, co tylko przysporzy mu sławy w mieście).
Jako swoje medium (tzw. „gołąbka”) Cagliostro wybrał ośmioletnią dziewczynkę z domu magnata. Po natarciu jej dłoni olejkiem i odprawieniu serii „magicznych” gestów przy użyciu szpady i arabskiej księgi, zamknął dziecko w komnacie i przez uchylone drzwi zaczął zadawać pytania. – Czy widzisz anioła? – pytał Cagliostro. – Widzę – odpowiadało wcześniej wyuczone na pamięć dziecko. Hochsztapler zadawał kolejne pytania, aż do naliczenia siedmiu aniołów i wizji kamiennego grobu. Wreszcie mistrz polecił dziecku „pocałować anioła”. Zgromadzeni usłyszeli odgłos całusa, choć Moszyński szybko zorientował się, że dziewczynka po prostu całuje własną dłoń. Kolejną sztuczką było spalenie kartki z podpisami gości i cudowne odebranie od dziecka nowej, z zapieczętowanym znakiem masońskim.
Moszyński, znający podobne triki z jarmarcznych pokazów iluzjonistów, nabrał głębokich podejrzeń. Następnego dnia dziewczynka przyznała zresztą, że niczego nie widziała. Cagliostro wpadł we wściekłość, winę zrzucił na nieodpowiednie medium i zażądał nowej próby.
Tym razem wybrał na medium szesnastoletnią pannę. Scenariusz się powtórzył, jednak z dużo większą pompą, a dziewczyna odgrywała swoją rolę na tyle przekonująco, że nawet sceptyczny Moszyński miał uwierzyć w sztuczkę. Cagliostra zgubiła jednak jego własna słabość. Pod pretekstem duchowych seansów zaczął czynić młodej dziewczynie „miłosne awanse” i obiecywać znalezienie bogatego męża w zamian za posłuszeństwo przy kolejnym oszustwie. Oburzona szesnastolatka udała się prosto do Moszyńskiego, wyznając całą prawdę: odpowiedzi wyuczyła się na pamięć, aniołów nie widziała, a na seansach całowała samą siebie we własną rękę. Niestety, gdy dawny stolnik koronny próbował uświadomić o tym dwór, uznano go za zatwardziałego niedowiarka.
Alchemiczna farsa
Włoch był świadom, że wykrycie jego kłamstw będzie oznaczało konieczność rychłej ucieczki, więc starał się kupić sobie jak najwięcej czasu. Aby ożywić słabnące zainteresowanie jego osobą, Cagliostro obiecał przeprowadzić wielką transmutację metali. Ponieważ rzekomo potrzebował ciszy i spokoju, przeniósł się do pałacyku na podwarszawskiej Woli. Tam, w prywatnym laboratorium Moszyńskiego, rozpoczął się akt drugi farsy.
Moszyński, któremu król Stanisław August polecił dokładnie kontrolować poczynania Włocha, prowadził drobiazgowy, zachowany do dziś dziennik. Zgodnie z zapiskami 7 czerwca 1780 roku Cagliostro kazał stolnikowi zważyć funt oczyszczonej rtęci, dodać ekstrakt z ołowiu i tzw. „ziemię dziewiczą” (w alchemii surowy materiał, który ma zostać poddany przemianie w procesie alchemicznym). Następnie wrzucono to wszystko do tygla wraz z drobiną „czerwonego proszku”, który okazał się zwykłym karminem.
Kluczowy moment oszustwa nastąpił chwilę później. Pod pretekstem dodania gipsu w celu uszczelnienia naczynia, Cagliostro wyrwał tygiel z rąk Moszyńskiego. Jak zanotował czujny Polak, Włoch po prostu schował oryginalny tygiel do fartucha, podmieniając go w półmroku na identyczne naczynie, w którym znajdowała się już wcześniej przygotowana bryła srebra z zatopionymi drobinami złota. Po podgrzaniu i rozbiciu tygla, zgromadzonym ukazał się metal. Cagliostro z dumą ogłosił powstanie „złota filozoficznego”.
Polecamy e-book Sebastiana Adamkiewicza „Zrozumieć Polskę szlachecką”
Książkę można też kupić jako audiobook, w tej samej cenie. Przejdź do możliwości zakupu audiobooka!
Moszyński nie dał się zwieść. W dzienniku zapisał, że kształt odlewu zdradzał, iż srebro zostało wcześniej stopione i schłodzone w wodzie. Co więcej, następnego dnia polski magnat znalazł w pałacowym ogrodzie w krzakach skorupy oryginalnego tygla wraz z nienaruszoną rtęcią, którą Cagliostro wyrzucił pod osłoną nocy. Włoch, kompletnie nie znający się na chemii, popełniał błąd za błędem. Kiedy Moszyński zaczął zadawać niewygodne pytania, Cagliostro oskarżył go o kradzież magicznej materii, nazywając go „świętokradczym potworem” (sacrilège monstre).
Szarlatan, czując, że pętla wokół niego się zaciska, odgrywał kolejne sceny. Pojawił się przebrany w białe szaty i turban, udając przed jednym z naiwnych wyznawców „Wielkiego Koptę sprzed tysiąca lat”. Na nieszczęście ten rozpoznał go po głosie i posturze, stwierdzając, że widzi po prostu Cagliostra w masce. Oburzony mistrz zdmuchnął świece i w pośpiechu zrzucał przebranie w ciemnościach.
Ucieczka pod osłoną nocy
Następne dni Włoch spędzał na zajęciach medycznych. Sprzedawał wówczas liczne specyfiki o wątpliwej jakości i jeździł do kolejnych pacjentów lekkim zaprzęgniętym w konie kabrioletem. Jego wiarygodność była jednak coraz częściej podawana w wątpliwość.
Pod koniec czerwca sytuacja stała się dla Cagliostra nie do zniesienia. Moszyński otwarcie tłumaczył reszcie środowiska chemiczne i logiczne absurdy działań maga. Chcąc zyskać na czasie i przygotować grunt pod ucieczkę, Cagliostro złożył niesamowitą obietnicę: zadeklarował, że przemieni 50 funtów rtęci w czyste srebro dla warszawskiej biedoty, a w nocy w szczerym polu odpali ładunek, który wywoła prawdziwe cuda.
Moszyński wyśmiał ten plan, ostrzegając przyjaciół, że Włoch szykuje hukową petardę, by w kłębach dymu uciec z zagrabionym majątkiem. Jak zanotował w dzienniku 26 czerwca:
„Nasz słodki mistrz jest niespokojny, obawia się ogólnego buntu [...] pragnie zyskać na czasie, aby przygotować zniknięcie”.
Istotnie, Cagliostro nie czekał na wielki finał. 26 czerwca pod błahym pozorem opuścił Wolę, a nocą 27 czerwca potajemnie wyjechał z Warszawy. Zostawił po sobie zapach oszustwa i znacznie uszczuplone portfele polskich arystokratów. Szacuje się, że ta krótka wizyta kosztowała warszawską elitę około 8 tysięcy dukatów w gotówce, wliczając w to kosztowności i brylanty o wartości 2500 dukatów, które wyłudziła od Polaków rzekomo skromna pani Cagliostro. Szacunki te nie uwzględniają sprzedaży przez awanturnika wszelkiego rodzaju preparatów i medykamentów. Część łatwowiernych szlachciców próbowała jeszcze odzyskać swój majątek, jednak większość wolała w milczeniu przełknąć gorycz porażki, wstydząc się własnej łatwowierności.
Po całym skandalu król Stanisław August stracił chęć do finansowania alchemików, kierując swoje fundusze w inne przedsięwzięcia, np. finansując budowy manufaktur. Moszyński zaś w 1786 roku opublikował anonimowo zjadliwy pamflet w języku francuskim demaskujący Cagliostra, w którym szczegółowo opisał warszawską kompromitację maga. Publikacja ta miała stanowić ostrzeżenie dla innych dworów europejskich.
Upadek sycylijskiego awanturnika
Niestety, Europa nie chciała słuchać. Niedługo po ucieczce z Polski Cagliostro dotarł do Strasburga, a następnie Paryża, gdzie zaprzyjaźnił się z kardynałem de Rohan. Znajomość ta doprowadziła do jego udziału w słynnej „aferze naszyjnikowej”, która wstrząsnęła francuską monarchią i rzuciła cień na królową Marię Antoninę.
Uwięziony w Bastylii, a ostatecznie wydalony z Francji, Cagliostro tułał się po Londynie i Szwajcarii. Pętla na szyi oszusta zacisnęła się w 1789 roku, gdy ponownie przybył do Rzymu. Aresztowany przez papieską inkwizycję pod zarzutem bycia masonem (za co groziła wówczas kara śmierci) oraz za herezję i oszustwa, został ostatecznie skazany na dożywotnie więzienie. Zmarł w osamotnieniu i obłędzie w twierdzy San Leo w 1795 roku. Kiedy kilka lat później zamek ten zdobyły oddziały Legionów Dąbrowskiego, polscy żołnierze mogli oglądać ściany jego celi pokryte niezrozumiałymi, magicznymi rysunkami.
Warszawski epizod Cagliostra pozostaje jednym z najciekawszych świadectw epoki oświecenia w Polsce. To dowód na to, że nawet w wieku rozumu ludzkie pragnienie cudu, zdrowia i szybkiego bogactwa potrafiło zaślepić najtęższe umysły. Z wyjątkiem, rzecz jasna, czujnego „świętokradczego potwora” (jak go określił Cagliostro) – Augusta Moszyńskiego, który jako jeden z niewielu w Europie bezlitośnie obnażył hochsztaplerski teatr „Wielkiego Kopty”.
Zapisz się za darmo do naszego cotygodniowego newslettera!
Bibliografia:
R. Bugaj, Hermetyzm w Polsce doby stanisławowskiej, „Analecta” t. 2 (1993) z. 2, s. 155-219.
R. Gervaso, Alessandro Cagliostro, Warszawa 2007.
A. Moszyński, Cagliostro zdemaskowany w Warszawie, „Ars Regia” t. 6 (1997), z. 1-2, s. 83-104.
L. Siemieński, Cagliostro w Warszawie, Poznań 1865.
redakcja: Jakub Jagodziński
