Woda życia dla wilczycy
Ten tekst jest fragmentem książki Moniki Maciewicz „Wiedźma i mniszka”.
– Zbójami jesteście, a nie leśnymi, jak powiadacie. Jaki leśny podpaliłby las?
– Przecie my nie palili lasu. Stara chata się zajęła i przyszlim ją gasić.
Imka otworzyła oczy. Ujrzała trzech wojów siedzących na koniach. Górowali nad przestraszonymi, nędznie odzianymi leśnymi, których zepchnęli w jedno miejsce. Jeźdźcy byli podobnie ubrani, mieli na głowach błyszczące od deszczu hełmy z kolczym oplotem, ich kolczugi okrywały brązowe płaszcze spięte masywnymi srebrnymi zapinkami. Bogate, a jednocześnie jednolite stroje świadczyły o zamożności właścicieli, ale i przynależności do tego samego oddziału. Jeden z nich miał narzutkę dodatkowo obszytą futrem z kun i wydawało się, że to on dowodzi tym niewielkim patrolem.
Jeźdźcy krążyli wokół czterech leśnych i wyciągali ku nim włócznie. Topory otoczonych leżały porzucone na ziemi. Końskie kopyta już zdążyły wydeptać grząskie błoto. Zwierzęta były niespokojne. Widok, a raczej zapach wilka wyraźnie je płoszył. I nie miało to znaczenia, że zalany posoką drapieżnik się nie poruszał. Wojowie pociągali za końskie wędzidła mocniej niż zwykle. Sami też sprawiali wrażenie wytrąconych z równowagi.
Dowódca, słysząc kłamliwe tłumaczenia, aż poczerwieniał na twarzy. Usta, ledwie widoczne spod długich, zwisających wąsów, zacisnęły się w wyrazie niezadowolenia, by za chwilę rozewrzeć się w krzyku.
– Toporami?! Łgarzu!
Nahajka zaświszczała, leśnemu spadła futrzana czapka. Nie miał odwagi się po nią schylić. Potarł wnętrzem dłoni łysinę wzdłuż bolesnej szramy, jakby miało mu to przynieść ukojenie.
– Toporami my mieli ścinać drzewa, iżby dalej w las nie poszło – zaczął tłumaczyć drugi, który profilaktycznie zdjął czapkę i miętosił ją w dłoniach.
– I coście ścięli? Bo ja tu nie widzę nawet uciętego patyka, poza zaszlachtowanym wilkiem – sierdził się wąsaty jeździec.
Imka usiadła. Nagłe podniesienie się sprawiło, że zakręciło jej się w głowie i przyćmiło wzrok.
– Jętka! – załkała.
– Jętki ninie nie latają – burknął jeden z wojów, wyróżniający się od pozostałych długą brodą.
Imka, nie zważając na mokre trawy, podpełzła na czworaka do martwego wilka leżącego nieopodal rozemocjonowanych ludzi. Wtuliła się w futro wadery, mokre od deszczu i krwi. Wilczyca leżała nieruchomo, z wyszczerzonymi kłami, jakby tuż przed śmiercią chciała kogoś zaatakować. Imka całowała nieruchome, podniesione wargi zwierzęcia, zamglone oczy. Potem położyła głowę na jego brzuchu i wtuliła dłonie w sierść. Wadera nadal wydzielała ziemistą woń, tę, która uspokajała dziewczynę bardziej niż matecznik, chmiel i mak razem wzięte. Tym razem jednak zapach nie zadziałał.
– Jętka. Moja ty – jęczała.
Nie mogła zrozumieć, że pozostał duszny aromat wilczej sierści, a ta, która go wydziela, nie ma w sobie życia. Jest tylko atrapą ukochanego zwierzęcia, jak wylinka, która niegdyś była częścią żywego stworzenia. Imka nie zważała na wojów, tłumaczących się leśnych, nie odpowiadała na zadawane pytania. Żegnała się z najbliższą sobie istotą. Teraz zimną, nieruchomą i przez to coraz bardziej obcą.
Dziwiło jeźdźców zachowanie dziewczyny – jeśli nią była, bo strój miała męski. Wilki raczej nie wzbudzały sympatii wśród ludu. Ich widok wywoływał powszechny lęk. Zwierzęta te zazwyczaj poruszały się w stadach i tak też atakowały ofiary. Rzadko chadzały samotnie, chyba że były już stare i z tego powodu odłączały się od grupy. To jednak była młoda wilczyca, a dziwne stworzenie w skołtunionych włosach opłakiwało ją z takim żalem, jaki inni okazują, gdy padnie im koń, krowa albo zemrze dziecię.
Jeźdźcy przesłuchiwali leśnych, strasząc ich ostrymi włóczniami. Przy siodłach mieli przytroczone toporki oraz tarcze. Ich skórzane pasy przykuwały uwagę nabijanymi aplikacjami z brązu i ozdobnymi okuciami nakończy. Zza pleców wystawały im łęczyska łuków. Pojmani, dźgani grotami włóczni, kotłowali się, wchodząc jeden na drugiego. Brodaty jeździec zaczął przygotowywać pęta ze sznura.
Nagle rozległ się przeraźliwy pisk. To był kobiecy wrzask, wpijający się głęboko w uszy. Woj o gładkiej, pozbawionej zarostu twarzy ruszył sprawdzić źródło krzyku. Nawet Imka podniosła nieco głowę, ale zaraz z powrotem złożyła ją na futrze ukochanej wadery.
Po chwili jeździec prowadził przed sobą piątego leśnego oraz jakąś bagienną boginkę. Była naga, cała umorusana błotem, rękę miała zawieszoną na temblaku i lekko utykała. Te defekty szybko uzmysłowiły wojom, że mają przed sobą ziemską niewiastę. Zasłaniała się rękami z zimna i ze wstydu. Dowódca patrolu odpiął przytroczoną do siodła derkę i litościwie okrył nią kobietę. Wprawdzie ofiarowany pled też był mokry i wcale nie ogrzewał, ale przynajmniej pozwalał zasłonić nagość.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Maciewicz „Wiedźma i mniszka” bezpośrednio pod tym linkiem!
Mlada spojrzała na niego z wdzięcznością. Potem oceniła sytuację. Leśni byli bezbronni, Imka opłakiwała śmierć wilczycy.
– Zbójcy napadli nas i spalili chatę – rzuciła oskarżenie, wskazując leśnych. – Dzięki bogom spadł deszcz i las nie spłonął.
– I za to pójdą w niewolę – oświadczył dowodzący.
– Gołej suce dajecie wiarę? – zapytał jeden z pojmanych i splunął.
Był najniższy spośród otoczonych, ale wydawał się najbardziej hardy. On swojej wełnianej czapeczki nie zdjął z głowy.
– Wszak rzecze to, co i ja. Dla jakiej przyczyny miałbym jej nie dawać wiary? – spytał jeździec w ozdobnym płaszczu.
Zanim skończył mówić, leśny, który nie miał żadnego nakrycia głowy, wybiegł poza wydeptany przez konie krąg. Brodaty woj zarzucił na niego sznur. Najniższy więzień schylił się po toporek. W tym momencie przeszył mu plecy oszczep ciśnięty przez dowódcę patrolu. Mężczyzna, który został przyprowadzony razem z Mladą, wykorzystał zamieszanie i rzucił się do ucieczki. Skończył podobnie jak jego przyjaciel, z oszczepem w plecach. Dwaj pozostali pojmani, widząc rozwój sytuacji, sami wyciągnęli dłonie w geście proszącym o związanie.
– Pojedziecie z nami – odezwał się dowódca do Mlady, bo Imka nie zwracała na nich uwagi, jakby nie istnieli. Opłakiwała wilka.
Wiedźma przytaknęła. Nie miała ochoty zostawać w zgliszczach spalonej chaty. Poza tym woj powiedział, że pojadą, a nie pójdą, i to była bardzo ważna wiadomość. Chciała jak najprędzej dotrzeć do jakiegoś skupiska ludzi.
Podeszła do Imki i martwej wilczycy. Dziewczyna nawet nie podniosła głowy, więc Mlada uklękła przy płaczącej i dotknęła jej ramienia.
– Tu nijak jej nie pomożesz. Ostaw tak, jak leży.
Imka nadal nie reagowała. Kobieta pochyliła się nad nią i zniżyła głos.
– Masz moc. Gdy nauczysz się nad nią panować, możesz wiele zmienić. Kto wie, czy nie odzyskasz wadery.
Dziewczyna podniosła głowę. Jej oczy były ledwie widoczne spomiędzy spuchniętych powiek.
– Udaj się ze mną na Wilcze Uroczysko – kontynuowała wiedźma. – Tam bije woda życia. Tylko ona może tu pomóc.
– Jak? – zapytała z niedowierzaniem Imka.
– Źródło daje życie i uzdrawia. Spróbuj, jeśli nie chcesz na zawsze utracić wilczycy.
Mlada kuła żelazo, póki gorące. Wiedziała, że tylko tym jest w stanie przekonać dziką dziewczynę.
– Gdzie to jest?
– W Kryłowie nad Bugiem.
– Byłaś tam?
– Dawno. Siostry wiedźmy tam bywają. Pomogą nam. Chodź.
Kobieta wyciągnęła do niej zdrową rękę. Imka bez przekonania podała jej dłoń, pozwoliła się podnieść i zaprowadzić do jeźdźców.
– Dokąd nas ninie zabieracie? – spytała Mlada.
– Do Przemyśla. Ksiądz Bolesław, pogromca Rusi, odebrał go, a z nim okoliczne grody. – Wąsaty woj wręcz wydeklamował tę informację jak regułkę, którą się wielokrotnie powtarza.
– Komu odebrał? – zdziwiła się Mlada.
– Zięciowi.
Przemyśl ostatnimi czasy podlegał Rusi Kijowskiej. Przysyłani przez Włodymira wojowie wypuszczali się do okolicznych osad i pobierali daninę. Zwali ją stróżą i tłumaczyli, że będzie przeznaczana na utrzymanie grodów w gotowości przed najeźdźcą. Mimo że od lat pobierali haracz, wiedźma, która tam bywała, nie zauważała efektów tych świadczeń, bo palisady na obronnych wałach od dawna wymagały wymiany, podobnie jak podesty pod częstokołami. Grody pilnowane przez rusińskich wojów były najzwyczajniej zaniedbywane, a Mlada obwiniała o to kijowskiego księcia.
– Wielki Włodymir jest zięciem owego Bolesława?
– Niewiasty! – mruknął z pogardą dowódca. – Nic nie wiedzą. Ninie na stolcu w Kijowie zasiadł Światopołk, syn Włodymira.
Mlada poczuła, jak drży jej ciało. Nie był to tym razem dreszcz wynikający z zimna czy ze strachu. Nie wynikał też z informacji o zmianach władzy na wschodzie. Oburzył ją pogardliwy ton woja.
– Jam nie kniahini, nie przybywają do mnie gońcy z wieściami z Rusi – wycedziła, siląc się na spokój. – Acz cieść odbiera dobra córce i zięciowi, jest to niegodne.
– Niewiasto. – Lekceważenie w głosie woja mieszało się z irytacją. – Dux Bolesław udał się na Ruś ratować swą najmłodszą córkę, a jej męża posadowił na kijowskim stolcu. Mało to? Należy mu się wdzięczność i nagroda od zięcia.
– Wyście wojami Bolesława? – upewniła się.
– Tako. Dux rozkazał zaprowadzić na przejętych ziemiach porządek. Koniec ze zbójowaniem, podpalaniem chat i lasów.
Woj wymownie spojrzał na leśnych. Żaden już nie ośmielił się odezwać.
– A z Przemyśla daleko do Kryłowa? – odezwała się pierwszy raz do jeźdźców Imka. Dowódca patrolu przyjrzał się dziewczynie uważnie.
– Tyś niewiasta czy młodzian? I skąd jesteś, że wiesz o Kryłowie?
– Dola mnie skrzywdziła byciem niewiastą – dodała, bo pomyślała, że gdyby była chłopcem, nie spotkałoby jej tyle zła ze strony innych ludzi. – Jestem stąd. Leśni spalili mi chatę.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Maciewicz „Wiedźma i mniszka” bezpośrednio pod tym linkiem!
– Jam jej o Kryłowie rzekła – wtrąciła się Mlada. – Znam niemało świata, bom jest wiedźmą – dodała z dumą.
Jeźdźcy spojrzeli po sobie, jakby pomyśleli o tym samym. Nikt nie chciał mieć do czynienia z wiedźmami. Były zbyt niebezpieczne i nieprzewidywalne.
Woj z kunim obszyciem na płaszczu zbliżył się do brodatego kompana.
– Nie wezmę wiedźmy do grodu – powiedział cicho. – Co by ksieni na to rzekła?
– Ostawić ją w takim stanie też strach – odparł drugi.
– Odwieź wiedźmę, dokąd ci wskaże. Warto wiedzieć, gdzie takową naleźć. A ja zawiozę ksieni owo chuchro. Chciała jakowąś niewiastę do posług.
Odwrócił się do kobiet i głośno oświadczył:
– Wielki dux Bolesław jest chrześcijaninem i nie zechce mieć u boku nijakiej wiedźmy. Ciebie zatem – zwrócił się do Mlady – Balko odwiezie ku twemu domostwu. A ty – popatrzył na Imkę – i tak nie masz już chaty, zima idzie, to u mniszek na służbie będzie ci dobrze.
– Ona do mnie miała iść na nauki, bo ma zadatki na wiedźmę – wytłumaczyła Mlada. – Pozwólcie jej udać się ze mną.
– Kim są mniszki? – przerwała Imka.
– To święte niewiasty, służebniczki Boga – odparł woj. – Ksieni jest siestrzycą świętych braci męczenników: Izaaka i Mateusza. A Guta to córka potężnego żupana, Stanisława z Kryłowa.
Imka nadal nie rozumiała, kim są mniszki i któremu bogu wiernie służą. Czy Świętemu Panu o czterech głowach, czy temu o pięciu, a może siedmiogłowemu? Nie to miało teraz znaczenie. Jedna z mniszek ma ojca w Kryłowie, a tam przecież jest Wilcze Uroczysko. Wodnic zawsze mawiał, że warto być uważnym i słuchać, a nie tylko słyszeć; widzieć, a nie tylko patrzeć. Wtedy człowiek się przekona, że z każdego dołu prowadzi ścieżka w górę, a na każdą chorobę jest lek, i to tuż pod ręką. Tylko ludzie są ślepi i głusi.
Wprawdzie Mlada obiecała Imce, że wiedźmy jej pomogą dostać się do Kryłowa, ale jeśli one są do niej podobne i sprowadzają same nieszczęścia, to może lepiej by było uniknąć tego spotkania. Zresztą nie poleci z nimi, po nasmarowaniu czarowną maścią, bo nigdy nie była w tym miejscu. I tak musi tam dotrzeć na własnych nogach.
– Pójdę z wami na służbę do mniszek – oświadczyła.
Mlada westchnęła zrezygnowana. Słyszała to i owo o nowej religii. Wprawdzie nie przeszkadzało jej, że niektórzy oddają cześć jakiemuś bezimiennemu bóstwu – wszak jest ich wiele i ludzie w różnych osadach czczą różnych bogów: jedni Porewita, inni Nyję, jeszcze inni Peruna – jednak mimo większej atencji dla jednego, nie ignorują innych i szanują każdego otaczanego kultem. Krystianie zaś uznają tylko swojego, który nawet nie ma imienia, albo boją się je wymówić. W dodatku rozbijają, palą lub topią święte idole, by pokazać wyższość własnego, zawieszonego na krzyżu.
Rozmyślania przerwał jej Balko, brodaty woj. Zeskoczył z konia, wydarł z ciała uciekiniera oszczep, wytarł o mech i przytroczył do siodła. Chwycił wiedźmę za biodra i posadził na końskim grzbiecie. Potem zgrabnie wskoczył i usiadł bardzo blisko kobiety. Wprawdzie Mlada okrywała plecy i piersi derką, ale w siodle siedziała gołą pupą. Woj pokraśniał na twarzy, a jego usta rozciągnęły się w lubieżnym uśmiechu.
Dowódca patrolu pozazdrościł kamratowi towarzyszki w siodle. Jemu zostało wychudzone ni to dziewczę, ni to chłopię, w męskich spodniach. Ale jak się nie ma, co się lubi…
– Zbójców poprowadzimy na postronkach, a ciebie mogę wziąć przed się.
Wyciągnął dłoń w stronę Imki, żeby pomóc jej wsiąść na wierzchowca. Dziewczyna zrobiła krok w tył i uparcie wpatrywała się w zwłoki niedoszłego uciekiniera. Jakakolwiek bliskość ciała innego mężczyzny wywoływała w niej panikę, nawet jeśli miała tylko siedzieć w jego siodle. Od wizyty leśnych znienawidziła płeć męską. Wydawało jej się, że wszyscy jej przedstawiciele są obleśni i okrutni. Jedyne, co mogłoby jej sprawić przyjemność, to widok broczącej z nich krwi. Jak choćby ten, który miała przed sobą, zwłaszcza że Balko wydarł grot z ciała leśnego, który był u niej owego feralnego dnia, a potem sprowadził innych.
– To dotrzymuj koniom kroku – rzucił urażony jeździec.
Imka nawet się nie obejrzała za Mladą. Nikt nie związał jej rąk, jak trzem pojmanym. Tamci szli na postronkach jako niewolni, obijali się o siebie, potykali, bo nikt nie dobierał dogodnej dla nich drogi. Dziewczyna szła za nimi i ta długa wędrówka w ciszy pozwalała jej spokojnie opłakiwać Jętkę. Łzy i monotonia drogi uspokajały. Ból powoli zastępowała nadzieja.
Wilcze Uroczysko. Czy ta fajtłapowata wiedźma, której nić życia zbrukało złośliwe Licho, mówiła prawdę? Jak można ożywić wilczycę, której martwe ciało pozostało w lesie? To wszystko wydawało się niepojęte, ale kiedy w człowieku jest pustka, łatwo ją wypełnić nadzieją.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Maciewicz „Wiedźma i mniszka” bezpośrednio pod tym linkiem!
Poruszali się ubitym traktem, który w pewnym momencie zaczął prowadzić wzdłuż głębokiej, wartkiej rzeki. Imka domyślała się, że to San. Widywała jego wody ze wzgórz, na których pracowała z babką. Nigdy jednak nie miała okazji pobawić się na brzegu czy się wykąpać – musiały jej wystarczać strumień oraz niewielkie stawy w pobliżu chaty. Teraz spoglądała na rzekę z bliska i była pod wrażeniem potęgi drzemiącej w niespokojnym nurcie. Zastanawiała się, jak może wyglądać pan władający Sanem. Czy jest potężniejszy niż Wodnic zamieszkujący zwykły potok?
Tempo marszu było dość intensywne, bo zbliżał się wieczór. Mijali po drodze podobne patrole. Jeźdźcy pozdrawiali się, wymieniali kilka uwag albo rzucali żartami. Niektórzy wojowie mieli płaszcze innej barwy, ale widać było, że wszyscy należą do jednego hufca.
Dotarli do drewnianego mostu. Imka ze zdumieniem obserwowała, jak nad szerokim nurtem ludzie przechodzą suchą stopą po drewnianych drankach. Jeźdźcy zeskoczyli z koni i trzymając je mocno za uzdy, przeprowadzali na drugi brzeg. Z lękiem weszła na pierwszy podest. Nie zatonął. Powoli, ostrożnie dobierając deski, stawała na kolejne. Nurt rzeki był niespokojny, ciemny, ciemniejszy niż cała okolica, którą powoli otulał mrok. Coś chlupnęło, usłyszała czyjś śmiech, przypominający rechot Wodnica. Rzeka żyła własnym życiem. Imka nie widziała jej mieszkańców, ale słyszała szepty, głosy oburzenia, zdziwienia, a także hałasy, których nie potrafiła nawet nazwać. Bała się. Nie chciałaby tam się nagle znaleźć jak intruz zakłócający rytm rzecznego życia. Odetchnęła z ulgą, gdy dotknęła ziemi.
– Pierwszy raz szłaś po moście? – zagadnął woj pozbawiony zarostu.
Mimo zapadającego zmierzchu jej strach musiał być bardzo widoczny.
– Tako – odparła krótko.
– Nasz dux prowadzi z sobą rzemieślników biegłych w tej sztuce. Nie zdali się podczas przeprawy przez Bug, to ich posłał, by godnie, suchą nogą wkroczyć do przemyskiego grodu.
– W Kryłowie też są mosty? – Skoro już Imka została zmuszona do rozmowy, to chciała się dowiedzieć tego, co ją najbardziej interesowało.
Młodzieniec podrapał się po nosie, jakby to mu miało pomóc w myśleniu.
– W Kryłowie zatrzymała się ksieni z podopieczną, gdyśmy walkę toczyli z wojami Jarosława. Ów gród ponoć na ostrowiu się mieści i prowadzi doń most. Alem tam nie był, bom udzielał się w walce. I niejednego wroga ubiłem – dodał z dumą.
– A słyszałeś o Wilczym Uroczysku? Ponoć tam jest.
– Przy ogniu paplali coś o widzeniu, jakie tam miała świętobliwa Guta.
– Przemko, odprowadź zbójów do obozu niewolnych – przerwał rozmowę dowódca, podając podwładnemu końce sznurów, na których prowadził leśnych. A ty – zwrócił się do Imki – chodź za mną.
Przecież cały czas szła, i to z własnej woli. Ale się nie odezwała. Ruszyła za dowódcą, nie pożegnawszy się nawet z młodym wojem.
Jak na późną porę sporo ludzi kręciło się po okolicy. Co najmniej jakby to były sobótki. Woj już nie wsiadł na konia, tylko go prowadził. Szli jakąś ścieżką w górę. Imka całkowicie straciła orientację. Szła, wpatrzona w dwie ciemne, poruszające się sylwetki: woja i jego wierzchowca. W końcu dotarli do podgrodzia. Tu i ówdzie paliły się ogniska. Siedzieli przy nich mężczyźni, czasem w towarzystwie niewiast, które śmiały się zalotnie. Minęli te niewielkie skupiska ludzi i dotarli do chaty stojącej na uboczu. Było w niej ciemno. Woj zapukał do drzwi, odpowiedziała mu cisza. Znów zastukał, tym razem nieco głośniej. Usłyszeli jakieś poruszenie.
– Kogo Bóg prowadzi? – rozległ się piskliwy dziewczęcy głos.
– Gniewomir z Grzybowa. Przyprowadziłem dziewkę do pomocy. Ksieni miała taką wolę.
– Ostaw ją i odejdź w pokoju. Ksieni nagrodzi cię nazajutrz.
Woj westchnął, obrócił się na pięcie i po prostu sobie poszedł, nie obdarzywszy Imki nawet spojrzeniem. A może popatrzył na nią ze współczuciem, tylko było już bardzo ciemno?
Ktoś wewnątrz chaty nasłuchiwał i gdy kroki woja się oddaliły, odsunął skobel. Skrzypnęły drzwi. Wychynęła zza nich jasnowłosa postać ze świecą w ręce. Przyłożyła palce do ust, nakazując tym gestem milczenie, jakby Imka miała zamiar się odzywać. Mieszkanka domostwa dała jej ręką znać, że ma za nią iść, i ruszyły w stronę kolejnego nieoświetlonego budynku. Wręczyła przybyłej świecę, podniosła zapadkę i otworzyła drewniane wrota. W Imkę uderzył ciepły zapach koni.
– Ostań tu na noc – szepnęła jasnowłosa.
Konie zaczęły parskać i podrzucać łbami. Nie było w tym pomieszczeniu zbyt wiele miejsca, więc Imka się przesuwała, prawie ocierając się plecami o ścianę. Zmęczona usiadła na miękkiej słomie.
Drzwi zaskrzypiały i się zamknęły. Potem usłyszała zakładany skobel. Poczuła się jak w pułapce.
