Aresztowanie Generała „Nila”
Ten tekst jest fragmentem książki Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz „Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia”.
Był chudy i mizerny – koledzy żartowali, że długo w wojsku nie wytrzyma i wróci do mamy do Krakowa. Jednak dziewiętnastoletni August, zwany przez wszystkich Emilem, okazał się w kamaszach urodzony. Pierwsza wojna światowa, polsko-bolszewicka czy domowa roku 1926 – a on zawsze na najniebezpieczniejszych odcinkach frontu. „Panie Emilu, był pan w najgorszym ogniu, czy nie myślał pan wtedy o żonie, o dzieciach?” – spytał go wreszcie jeden z generałów. „Emil odpowiedział mu od razu: »Nie, nie myślałem«. Tak, takim on był i takim pozostał do końca” – wspominała poślubiona w 1919 roku Janina Kobylińska-Fieldorf.
[…]
Byłego dowódcę AK potraktowano jak cywila, dlatego wniosek o tymczasowe aresztowanie trafił na biurko nowo mianowanej szefowej Wydziału VII. Helena Wolińska wydała decyzję we wtorek 21 listopada.
(Ten dzień zaważył na jej późniejszym życiu. Za złożony wtedy podpis była ścigana do śmierci. Tragiczna historia Fieldorfa wróciła do niej po ponad czterdziestu latach w postaci publicznych zarzutów, listu gończego i wniosków o ekstradycję – Lena do końca życia utrzymywała, że ani 21 listopada 1950 roku, ani żaden inny szczegół sprawy nie zapisał się w jej pamięci). Niech zatem przemówią dokumenty.
Pierwsze, co rzuca się w oczy w podpisanym przez Wolińską postanowieniu, to niezgodność dat dziennych: trzymiesięczny areszt prokuratorka zastosowała do 9 lutego 1951, a nie 21 lutego. „Oznaczało to odmowę pokrycia dwunastodniowego bezprawnego przetrzymywania gen. Fieldorfa przez organy bezpieczeństwa” – tak tłumaczyła po latach wymiarowi sprawiedliwości III RP.
Lecz znaczyło to również, że była świadoma, kiedy „Nil” faktycznie trafił na Koszykową. „Organy bezpieczeństwa po prostu zatrzymywały »podejrzanego« i dopiero potem, przeważnie wbrew przepisom, daleko później niż po 48 godzinach, występowały do prokuratora o postanowienie tymczasowego aresztu”. Tak wyjaśniała w 1991 roku w liście do rodziny Fieldorfów.
„W pierwszym okresie mojej pracy w wydz. VII sprawa przestrzegania terminów nie była traktowana poważnie ani przez bezpieczeństwo, ani – trzeba to przyznać – przez nas”. Tak zeznawała w 1956 roku przed specjalnie powołaną komisją do spraw nadużyć w wymiarze sprawiedliwości.
Podsumujmy: sposób zapisu, jaki zastosowała Helena Wolińska, uwidaczniał nieprawidłowości resortu bezpieczeństwa, ale też de facto je zatwierdzał – jako niepożądaną, ale powszechną praktykę.
Postanowienie o tymczasowym aresztowaniu „Nila” Wolińska wypełniła niechlujnie, w typowym dla siebie stylu. Nie zaznaczyła żadnego z czterech powodów zastosowania aresztu (uzasadniona obawa, że oskarżony będzie się ukrywał / będzie namawiał świadków do fałszywych zeznań / nie ma w kraju ani stałego miejsca zamieszkania, ani stałego źródła dochodu / jest przestępcą nałogowym, zawodowym lub recydywistą). Brakowało też opisu zarzuconego czynu. Prokuratorka zanotowała jedynie artykuł 86 punkt 2 Kodeksu karnego Wojska Polskiego („Kto usiłuje przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego, podlega karze więzienia na czas nie krótszy niż 5 lat albo karze śmierci”).
Czy to ona zdecydowała o takiej, a nie innej kwalifikacji prawnej? Jeśli tak, to na jakiej podstawie? Wniosek MBP nie był kompletny – brakowało w nim treści w kluczowej rubryce: „podejrzanemu o dokonanie przestępstwa z art…”.
Czy Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego udostępniło jej akta śledztwa? „Nie wydałabym nakazu tymczasowego aresztowania, gdybym nie otrzymała wstępnych materiałów obciążających” – twierdziła w latach dziewięćdziesiątych.
Czy rzeczywiście? Przecież skarżyła się w raportach, że prokuratura, zwłaszcza w sprawach najwyższej wagi, nie jest informowana o kierunkach i celach śledztwa.
Powtórzyła to również w 1956 roku przed komisją: „Kiedy objęłam wydział VII, nie było jeszcze żadnych form nadzoru nad śledztwem. Brak było obowiązujących obie strony – NPW i MBP – zarządzeń czy instrukcji, które by formy nadzoru regulowały. Sprawa nadzoru była przedmiotem ciągłych tarć – dopuszczanie nas do nadzoru dopiero wtedy, gdy organa śledcze uważały, »że już można«”.
Czy zatem pokazano jej protokoły pierwszych przesłuchań Fieldorfa? Jeśli tak – musiała widzieć, że nie było w nich dowodów na antypaństwową działalność generała.
Jeśli nie – podpisany przez nią areszt był sankcją „operatywną”. W prokuratorskim żargonie oznaczało to, że postanowienie wydano bez okazania jakichkolwiek materiałów śledztwa. Zgodę na taki tryb wydał naczelny prokurator wojskowy Zarakowski.
Wolińska: „Niewątpliwym błędem mej pracy był fakt, że nierzadko, kierując się źle rozumianą dyscypliną partyjną i wyższymi racjami, których nie znałam, a na które powoływali się dyrektorzy MBP, udzielałam sankcji na areszt” – przyznała w 1956 roku.
Zastosowanie artykułu 86 Kodeksu karnego Wojska Polskiego nie pokrywało się z kierunkiem prowadzonego śledztwa, ten mówił bowiem o próbie obalenia socjalistycznego ustroju. Tymczasem MBP interesowała wojenna przeszłość Fieldorfa, a przede wszystkim – Kedyw. W grudniu 1950 roku Kazimierz Górski rozpoczął wielotygodniowy maraton przesłuchań w więzieniu na Mokotowie, dokąd przewieziono „Nila”. Dwudziestoczteroletni śledczy MBP wypytywał o zakres władzy generała w strukturach Państwa Podziemnego.
Fieldorf tłumaczył, że jako szef Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej nie miał wpływu na tak zwane Kedywy okręgowe, bo te zostały podporządkowane lokalnemu dowództwu AK. „Teren na żadnym odcinku nie był mi podległy” – podkreślał.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz „Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia” bezpośrednio pod tym linkiem!
Górski drążył: chciał wiedzieć, czy przesłuchiwany otrzymywał raporty z działalności Kedywów okręgowych. Ten tłumaczył, że nie był ich bezpośrednim adresatem, ale treść korespondencji była mu znana.
– Co wiadomo wam jest o działalności Kedywu KG oraz Kedywów okręgowych na odcinku walki antylewicowej? – dopytywał Górski.
Fieldorf zapewnił, że Kedyw KG nie prowadził walki na odcinku antylewicowym, gdyż nigdy nie było takiego rozkazu. Dodał, że okręgi również nie meldowały o prowadzeniu takowej walki. I wtedy śledczy MBP wyciągnął przygotowane materiały.
– Okazuję wam między innymi meldunek z dnia 1 sierpnia 1943 roku pod tytułem „Sprawozdanie z akcji dywersyjno-partyzanckiej z okręgu »Cyranka«”, który archiwizowany był w Kedywie KG…
To musiał być moment triumfu Kazimierza Górskiego. Fieldorf nie miał bowiem pojęcia, że w listopadzie 1950 roku podczas próby przemytu za granicę przechwycono część archiwum Kierownictwa Dywersji KG AK. Były to „meldunki sabotażowo-dywersyjne z Okręgów Białostockiego, Lubelskiego i Nowogródzkiego AK z lat 1943–1944”. Informowano w nich o licznych likwidacjach Sowietów (zwanych też „turystami”), komunistów, Żydów, Białorusinów, Ukraińców, a także Polaków.
[…]
Odpowiedzialnością za treść przechwyconych raportów MBP obarczyło Fieldorfa. Ten przyznał w końcu, że „poszczególne okręgi, a szczególnie okręgi wschodnie, prowadziły działalność przeciwko partyzantom radzieckim i skoczkom Armii Radzieckiej”. Podkreślał wielokrotnie, że nie miał wpływu na działania wschodnich okręgów. „To był odrębny rodzaj walki, gdzie wchodziły w grę czynniki polityczne”. Powtórzył, że jego wyłącznym celem jako dowódcy Kedywu KG AK była walka z Niemcami.
Dalsze czynności
Dziewiątego lutego śledczy Górski skierował do NPW wniosek o przedłużenie aresztu tymczasowego o dalsze trzy miesiące. Wolińska zatwierdziła go, ale dopiero po sześciu dniach – w czwartek 15 lutego (z terminem do 9 maja).
Czy zapoznano ją z materiałem dowodowym w postaci archiwum Kedywu? A może wystarczyło zapewnienie, że Fieldorf jest odpowiedzialny za śmierć radzieckich, komunistycznych i żydowskich partyzantów? Miała przecież własne rachunki krzywd. (Jeszcze jako Felicja Danielak wraz z uciekinierami z getta doświadczyła trudów życia w leśnej „bandzie”. Rok później jej nazwisko znalazło się na listach akcji antykomunistycznych Państwa Podziemnego – i z tego powodu musiała ukrywać się nie tylko przed Niemcami).
Tyle że podane przez MBP uzasadnienie przedłużenia aresztu – „sprawa ta wiąże się z będącą w rozpracowaniu grupą b. działaczy org. AK, którzy po ujawnieniu wszczęli dalszą działalność konspiracyjną” – nie pokrywało się z kierunkiem prowadzonego śledztwa. Oficjalnie Fieldorfowi wciąż zarzucano próbę obalenia ustroju.
Rola Wolińskiej ograniczała się do zawiadomienia rodziny o prowadzonym śledztwie oraz korespondencji w sprawie zabezpieczenia mienia podejrzanego. Cały ten „majątek” stanowiły tapczan, szafa, krzesła i stół z łódzkiego mieszkania.
Jeśli wiedziała o archiwum Kedywu, została o nim poinformowana bocznymi kanałami przez Jóźwiaka – ale czy on cokolwiek wiedział? Trudno wyrokować.
Niezgodna ze stanem faktycznym kwalifikacja czynu, jak również to, że archiwum przechwycono 15 listopada, a Fieldorfa aresztowano sześć dni wcześniej, dowodzą, że dla MBP był to tylko wygodny pretekst do rozprawy z wysoko postawionym wojskowym AK.
„Atmosfera przesłuchań była moim zdaniem właściwa, określiłbym ją nawet jako przyjemną – mówił Górski w 1992 roku, próbując się wybielić. – Nigdy nie dochodziło pomiędzy mną a generałem do jakichkolwiek scysji. Nie było po prostu ku temu powodu. Fieldorf zawsze chętnie i rzeczowo odpowiadał na każde pytanie”.
W przesłuchaniach „Nila” uczestniczył sam szef Departamentu Śledczego Józef Różański.
Siódmego maja bezpieka, przy poparciu Wolińskiej, zwróciła się do Wojskowego Sądu Rejonowego o kolejne przedłużenie aresztu. Nowy „tymczas” Fieldorfa miał trwać do 9 sierpnia.
Wypadki potoczyły się jednak inaczej. Już 5 lipca 1951 roku Helena Wolińska w imieniu NPW – po ośmiu miesiącach formalnego nadzoru nad śledztwem – przekazała więźnia „do dyspozycji Generalnej Prokuratury RP w Warszawie”.
„Od momentu przejęcia sprawy przez Prokuraturę Generalną nie miałam z nią nic wspólnego. Nie brałam udziału w śledztwie, nie przesłuchiwałam gen. Fieldorfa, nie pisałam ani nie podpisywałam aktu oskarżenia, nie skierowałam sprawy do sądu, nie oskarżałam na procesie, nie znałam nawet trybu postępowania ani sposobu przeprowadzenia przewodu sądowego, ani miejsca procesu, ani wyroku, ani wykonania egzekucji” – tłumaczyła w latach dziewięćdziesiątych.
To nie ona zdecydowała o przekazaniu sprawy cywilnemu wymiarowi sprawiedliwości. Zgodnie z wewnętrznymi procedurami NPW „w poważniejszych sprawach” wszelkie rozstrzygnięcia zapadały na poziomie co najmniej zastępcy naczelnego prokuratora wojskowego (Wydział VII podlegał Józefowi Feldmanowi). Śledztwo przeciwko Fieldorfowi było zaś najwyższej wagi. Decyzje podejmowano wysoko ponad głowami prokuratorów.
O istnieniu około dwustu spraw „o szczególnym znaczeniu państwowym i politycznym”, które były poza nadzorem Naczelnej Prokuratury Wojskowej i „koncentrowały się w całości w MBP”, wspominał sam Zarakowski. Akta te przechowywał u siebie bezpośredni przełożony Wolińskiej, pułkownik Feldman. „Z inicjatywy MBP sukcesywnie przekazywane były do właściwości Generalnej Prokuratury”.
Jedną z nich było niewątpliwie śledztwo przeciwko Fieldorfowi.
