Czy Prus wystarczy, by nakręcić dobrą „Lalkę”?

opublikowano: 2026-10-05, 14:58
wolna licencja
Czy klasykę trzeba poprawiać, żeby znów zaczęła nas obchodzić? A może wierna adaptacja „Lalki” wystarczy, by przemówić do współczesnego widza? Oceniamy nowy film Macieja Kawalskiego.
reklama
„Lalka”, 2026 (fot. Gigant Films; prawa zastrzeżone)

Nowa adaptacja „Lalki”

Na kinową adaptację „Lalki” nie można było nie wybrać się z pewną obawą. Współcześni, nie tylko polscy twórcy często i na siłę próbują wtłaczać dawne opowieści we współczesne schematy społeczne i obyczajowe. Krytycy mają wówczas o czym dyskutować, a  niekiedy wręcz rozpływają się nad odważnym, bezkompromisowym (czytaj: dyletanckim) podejściem do materiału źródłowego. Film Macieja Kawalskiego zaskakuje dlatego, że jest… bezpieczny. Trzyma się literackiego pierwowzoru, stara się uchwycić tło historyczne. Nie robi z Wokulskiego frustrata, nie portretuje Łęckiej jako rozhisteryzowanej feministki. Nie wstydzi się opowiadać Prusem.

Widać tu zresztą inspiracje kostiumowymi serialami ze stajni BBC, filmowym „Lampartem” Viscontiego według di Lampedusy, a momentami można odnieść wrażenie, że Wokulski staje się nawet figurą hrabiego Monte Christo. Cóż – jeśli czerpać z wzorców, to właśnie takich. Lepiej czytać Prusa przez pryzmat udanych dzieł, niż przykładać do niego powtarzalne schematy znane z filmów Quentina Tarantino czy Wojciecha Smarzowskiego. Sama zmiana kostiumu nie wystarczy, by współczesne konflikty i zachowania stały się dziewiętnastowieczne. Trzeba jeszcze zrozumieć reguły świata, w którym żyją bohaterowie. To nie ta kategoria wagowa. I nie ta dyscyplina.

Wróćmy do kinowej „Lalki”. Ogromny, jak na polskie warunki, budżet po prostu widać. Warszawa końca lat siedemdziesiątych XIX wieku prezentuje się świetnie, choć jest trochę pocztówkowa. I czysta, może nawet zbyt czysta. A była przecież miastem kontrastów – z jednej strony eleganckie Krakowskie Przedmieście czy Aleje Ujazdowskie, z drugiej – zaniedbane podwórka, ubogie, przemysłowe Powiśle. Nieczystości płynęły rozległymi rynsztokami, latem dusiły nieznośnym odorem, a w czasie roztopów po prostu zalewały ulice. W mieście brakowało rozbudowanej, nowoczesnej sieci kanalizacyjnej. I choć od lat pięćdziesiątych istniał wodociąg zaprojektowany przez Henryka Marconiego, to nie zaspokajał on potrzeb wszystkich mieszkańców, a i woda dostarczana przezeń nie była dobrej jakości. Dopiero w następnej dekadzie, z inicjatywy prezydenta miasta Sokrata Starynkiewicza, rozpoczęto budowę systemu wodociągów i kanalizacji według projektu Lindleyów. Nowy wodociąg uruchomiono w 1886 roku – już po czasie akcji powieści.

Nie był to u Prusa wyłącznie malowniczy kontrast: brud i nędza stanowiły oskarżenie społecznego porządku. Należy jednak uczciwie przyznać, że w filmie również zobaczymy tę biedniejszą Warszawę. Powiśle w czasach „Lalki” miało zabudowę mieszaną: skromne murowane kamienice czynszowe sąsiadowały z drewnianymi domami i barakami oraz zakładami przemysłowymi. Film pozwala poczuć, że przenieśliśmy się do innej epoki, a nie do jej atrapy. Widz ujrzy nie tylko wnętrza rezydencji i zasmakuje stylu życia najbogatszych, ale będzie miał możliwość spaceru przez biedne dzielnice Warszawy. Zajrzy do gabinetu doktora Michała Szumana czy na stację kolejową. Wszystko to prezentuje się naprawdę dobrze, a zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jr. nadają tej przestrzeni rozmach i wyrazistość.

reklama

Również specjaliści od kostiumów wykonali kawał dobrej roboty. Znawcy zapewne wypunktują historyczne potknięcia, ale całość przekonuje – także na tle wcześniejszych ekranizacji. Pozostaje tylko ten nieszczęsny gorset Łęckiej!

„Lalka”, 2026 (fot. Gigant Films; prawa zastrzeżone)

Rzeckiemu śni się Bonaparte…

Realizacyjny rozmach pozwala wprawdzie rozkoszować się dekoracjami, lecz nie zawsze idzie za nim uwaga poświęcona detalom, które mogłyby dopowiedzieć bohaterów. Byłoby to chyba najlepsze rozwiązanie, gdy na ekranie brakuje czasu. Całość niewątpliwie traci na tym, że nie poznajemy bliżej Rzeckiego – romantyka, który wprawdzie doskonale zna się na prowadzeniu sklepu, ale wciąż tkwi w minionej epoce. W codziennych obowiązkach trzeźwy i skrupulatny, w politycznych nadziejach pozostaje wierny światu swojej młodości. Rzecki to przecież nie tylko poczciwy subiekt i oddany przyjaciel Wokulskiego. Jest żywą figurą romantycznego patriotyzmu, wiary w walkę „za naszą i waszą wolność” oraz przekonania, że historia ma moralny sens. Ten uczestnik węgierskiej Wiosny Ludów nadal wypatruje Bonapartego, który przywróci sprawiedliwość.

Nie sposób jednak uznać go po prostu za przeżytek. Jego rzetelność, lojalność i szacunek dla pracy są równie potrzebne nowej epoce jak przedsiębiorczość Wokulskiego. Prus ukazuje więc bolesną prawdę, nie tylko starzejącego się weterana, który nie nadąża za zmianami. Pokazuje człowieka, którego złudzenia można wyśmiać, ale którego cnót nie da się niczym zastąpić. Sklep się rozwija, a on coraz mniej czuje się u siebie. Postęp gospodarczy nie gwarantuje postępu moralnego.

Szkoda, że filmowy Rzecki został niemal pozbawiony tej historycznej perspektywy. „Pamiętnik starego subiekta” jest wprawdzie sygnalizowany, lecz kilka ukłonów w stronę zapisków pana Ignacego nie może zastąpić jego głosu. A to właśnie drugi narrator pozwala zobaczyć Wokulskiego i jego czasy inaczej, niż widzi je sam zakochany kupiec. Bez niego łatwiej sprowadzić powieść o przemianie społeczeństwa do dramatu jednego człowieka.

Na ekranie praktycznie nie widzimy jego skromnego, ciemnego pokoju za sklepem – tu właśnie mógłby przemówić detal. Ot, choćby portret Napoleona, jakaś pamiątka związana z cesarzem Francuzów. Byłby to raczej skrót adaptacyjny, niż wierne odtworzenie wyposażenia pokoju opisanego przez Prusa, dzięki czemu przywoływałby świat dawnych nadziei. Jeden obraz mógłby powiedzieć więcej niż objaśniający dialog. Uważne oko dostrzeże zresztą możliwy trop – Rzecki w wykonaniu Marka Kondrata z wyglądu przypomina trochę Napoleona III, a charakterystyczna „grzywka napoleońska” przywodzi na myśl samego Napoleona I. To jednak wizualna aluzja, która nie zastępuje opowieści o jego zapatrywaniach. Na ekranie wyraźniej widzimy praktycznego opiekuna sklepu niż osamotnionego spadkobiercę romantycznych ideałów. No dobrze – powie ktoś – jest kilka nut „Marsylianki” wygrywanej przezeń na gitarze. Ale to wszystko zostało pokazane na końcu, więc kompletnie nie buduje postaci rozdartej między „wczoraj” a „dziś”.

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!

reklama

Kondrat tworzy jednak bardzo dobrą kreację, mimo że film pozostawia mu niewiele miejsca. Bliżsi pozostają nam (no, przynajmniej jednemu z nas) świetny Pawlik, a przede wszystkim wspaniały Fijewski. Trudno jednak porównywać te role na równych prawach, bo Kondrat dostał znacznie mniej materiału, by pogłębić postać.

„Lalka”, 2026 (fot. Gigant Films; prawa zastrzeżone)

…Wokulski kocha Izabelę

Przez lata można było się spierać, który ekranowy Wokulski był lepszy: zimny i wyniosły burżuj Mariusza Dmochowskiego czy powściągliwy, zamknięty w sobie i pełen godności bohater Jerzego Kamasa w rozwlekłym serialu Ryszarda Bera. Po seansie filmu Kawalskiego do tego sporu trzeba dopisać Marcina Dorocińskiego, który dorównuje wybitnym poprzednikom, a być może nawet ich przewyższa. Jego Wokulski nie patrzy bowiem na świat z kupiecką wyższością: za stanowczością i sprawnością w interesach kryje się człowiek targany rozterkami, bezradny wobec własnych uczuć. Dorociński pokazuje to wewnętrzne pęknięcie z wielką siłą i wyczuciem. To kreacja, która ma szansę pozostać punktem odniesienia dla kolejnych ekranizacji – za pięćdziesiąt, a nawet sto lat.

Bo też i Wokulski jest człowiekiem wyrosłym z romantyzmu, który – już jako dojrzały mężczyzna – z powodzeniem odnalazł się w nowej epoce. Przynajmniej jako przedsiębiorca. Wyczuł wiatr dziejów i zbudował fortunę, która mogła wprawiać w kompleksy nie tylko „wysadzonych z siodła”, ale i tonącą w długach arystokrację, która miała przekonanie, że to świat powinien się dostosować do jej oczekiwań. Pieniądze kupca są mile widziane; jego pretensja do równego miejsca przy stole – już niekoniecznie.

Wokulski ma szlacheckie pochodzenie, lecz nie ma nazwiska, które otwiera najważniejsze salony. Ma za to kapitał. Łęccy zachowali nazwisko, ale tracą majątek. Ten układ pozwala wprawdzie robić wspólne interesy, nie znosi jednak społecznej hierarchii. Arystokracja chętnie korzysta z energii człowieka, którego nadal może traktować jak intruza.

W tym właśnie tkwi jedna z rozterek epoki po klęsce powstania styczniowego: praca, nauka i przedsiębiorczość mają budować przyszłość, lecz nie usuwają automatycznie dawnych uprzedzeń. Można pomnożyć majątek i pozostać parweniuszem. Można zubożeć i nadal żądać szacunku za samo urodzenie. Wokulski potrafi działać w nowych warunkach, a jednocześnie szuka uznania w środowisku, którego przywileje jego sukces powinien podważać. Jako jedyny przeznacza duże sumy na wsparcie najbiedniejszych. Ma przy tym świadomość, że poprawa ich losu to poprawa losu całego kraju.

reklama

Czerwone dłonie Wokulskiego, choć są śladem odmrożeń na Syberii, budzą w Łęckiej odrazę. Pamiątka zesłania przegrywa z salonowym wyobrażeniem elegancji. Gdy salony zaczynają doceniać nietuzinkowego kupca, Izabela dostrzega również jego urodę: „Teraz dopiero spostrzegła panna Izabela, że Wokulski ma twarz niepospolitą. Rysy wyraziste i stanowcze, włos jakby najeżony gniewem, mały wąs, ślad bródki, kształty posągowe, wejrzenie jasne i przejmujące… Gdyby ten człowiek zamiast sklepu posiadał duże dobra ziemskie – byłby bardzo przystojnym; gdyby urodził się księciem – byłby imponująco piękny. W każdym razie przypominał Trostiego, pułkownika strzelców, i – naprawdę – posąg gladiatora zwycięzcy”.

„Lalka”, 2026 (fot. Gigant Films; prawa zastrzeżone)

Uroda okazuje się więc zależna od tytułu i rodzaju własności. Łęcka kupuje kopię posągu Apollina i sama tworzy zeń figurę idealnego kochanka. W snach bóg ożywa, obejmuje ją i całuje; jego twarz przybiera upiększone rysy mężczyzn, którzy wcześniej ją zainteresowali. Nie jest zatem pozbawiona zmysłowości – jej pragnienia rozmijają się z uczuciami Wokulskiego. Potrafi nawet pomyśleć, że przy podstarzałych konkurentach wygląda on jak Apollo. Ale nadal pozostaje tylko kupcem.

Jeżeli, podobnie jak w wypadku odtwórców ról Wokulskiego i Rzeckiego będziemy się zastanawiać nad najlepszą odtwórczynią roli Łęckiej, tym lepiej dla literatury i kina. Czy rola Kamili Urzędowskiej dorównuje kreacjom Beaty Tyszkiewicz i Małgorzaty Braunek, to już kwestia gustu i wyobrażeń. Należy jednak pochwalić tę pierwszą – aktorka stanęła bowiem przed trudnym zadaniem. Można przypuszczać, że twórcy próbowali zbudować niejednoznaczną postać, która budzi zarazem współczucie i niechęć. Widzimy bowiem z jednej strony zagubioną ofiarę, znajdującą się w trudnej sytuacji związanej z perspektywą ślubu, będącej wynikiem działań jej ojca, a z drugiej – osobę płytką, próżną i wyniosłą. Niestety Łęcka na pewien czas znika z kadru, a kiedy wraca, film dopiero wtedy pozwala mocniej wybrzmieć tym sprzecznościom. Za późno i zbyt pospiesznie. Kreacja zyskałaby, gdyby tę niejednoznaczność rozwijano wcześniej.

„Lalka”, 2026 (fot. Gigant Films; prawa zastrzeżone)

„Lalka” nie jest jednak wyłącznie powieścią o niespełnionym uczuciu. To przede wszystkim dzieło o zaprzepaszczonych nadziejach – zderzeniu idealizmu ze skostniałym systemem społecznym. Towarzyszy temu gorzka refleksja: dla altruisty Wokulskiego po prostu nie było miejsca w świecie zdominowanym przez egoistyczne warstwy zanurzone w skostniałym konwenansie. On sam także je sobie odbiera, podporządkowując życie zdobyciu Izabeli. Prus nie zwalnia go z odpowiedzialności za złudzenia.

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!

reklama

Gdyby autor zamyślał napisanie romansu, zapewne jednoznacznie pochowałby go pod ruinami w Zasławiu. Ale ciała nie znaleziono. Filmowcy podążają tropem wskazówek pisarza i nie udzielają nam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o losy naszego protagonisty. Co więc się stało z Wokulskim? Wciąż go szukamy.

Szlangbaum szlacheckie weksle liczy…

Szkoda, że nie pogłębiono postaci Henryka Szlangbauma – właśnie w jego losach skupia się problem relacji polsko-żydowskich i zawiedzione nadzieje na asymilację. Ten dawny powstaniec styczniowy doświadcza odrzucenia przez społeczeństwo, do którego chciał należeć. Jego późniejszy cynizm i wyrachowanie w interesach można odczytać jako odpowiedź na to rozczarowanie. Tej przemiany niestety na ekranie nie zobaczymy. To ważne, bo samo pokazanie bezwzględnego przedsiębiorcy, bez drogi prowadzącej do jego zgorzknienia, odbiera tej historii zasadnicze napięcie. Prus pyta przecież również o to, co dzieje się z obietnicą wspólnoty, kiedy nawet wspólna walka i zesłanie nie wystarczają, by zostać uznanym za swojego.

„Lalka”, 2026 (fot. Gigant Films; prawa zastrzeżone)

Paweł Wilczak dostaje niewiele do zagrania, a w jednej ze scen dodatkowo przyćmiewa go partner: Dorociński „żydłaczy” w rozmowie ze Szlangbaumem i swoim aktorskim popisem po prostu pożera odtwórcę tej roli. A Szlangbaum zasługuje na pogłębioną opowieść.

Nie ma na ekranie Heleny Stawskiej, nie ma też Marianny, młodej prostytutki, którą powieściowy Wokulski spotyka w kościele podczas wielkanocnej kwesty. Pomaga jej porzucić dotychczasowe życie i kieruje ją pod opiekę sióstr magdalenek, gdzie uczy się szycia. Później pracuje jako szwaczka i wychodzi za mąż. Jej historia pokazuje, że pomoc Wokulskiego potrafi przynieść trwałą zmianę – otwiera drogę do samodzielnego utrzymania się i wyjścia z sytuacji społecznego poniżenia.

Nie chodzi więc tylko o brak kolejnych bohaterów. Każdy z nich niesie za sobą historię, która z losami Wokulskiego w jakiś sposób rymuje się, ale równie dobrze każdą z nich możemy odczytywać jako alternatywę dla owych losów. Marianna pozwala zobaczyć skuteczną pomoc, Stawska – możliwość innej bliskości i domowego szczęścia. Te wątki sprawiają, że świat powieści nie zamyka się wraz z katastrofą uczuciową Wokulskiego. Obok zmarnowanych szans istnieją także szanse wykorzystane.

Sklep zmienia pana, a świat – postać…

Naturalnie wiele z tych braków można tłumaczyć ograniczeniami czasowymi. Trudno w jednym pełnometrażowym filmie zmieścić wszystkie wątki i osoby, na które mógł pozwolić sobie Prus. W efekcie skaczemy po niektórych wątkach, inne są ledwie zasygnalizowane. Metraż wymusza wybór, lecz nie rozstrzyga za twórców, co uznają za najważniejsze.

reklama

Owszem, ograniczenia pełnego metrażu są widoczne. Niemniej jednak cięcia scenarzystów okazują się udane: dostajemy spójną opowieść miłosną, połączoną z próbą zarysowania tła epoki. Pierwszoplanowe postacie otacza przy tym grono skrzących się bohaterów drugiego planu. Nie można, czy raczej nie należy, więc mówić o bryku, lecz o próbie zachowania klimatu oryginału i zniuansowania postaci, zamiast sprowadzania ich do jednowymiarowej pulpy.

Nie znaczy to, że każdy kompromis z materiałem źródłowym oznacza spłaszczenie postaci. Dwa przykłady. Pierwszy – dość nietypowe, ale zasadne rozpoczęcie od sekwencji z wojny rosyjsko-tureckiej, a nie – jak byliśmy przyzwyczajeni – od plotek z renomowanej jadłodajni. Drugi – to pogłębienie postaci pani Meliton. W książce jest postacią epizodyczną, która z nauczycielki i nieszczęśliwej żony alkoholika stała się twardą realistką i swatką. W filmie Kawalskiego gra ją Agata Kulesza. Twórcy powierzają jej niewdzięczne zadanie objaśnienia wyjściowej sytuacji bohaterów, ale aktorka robi to tak dobrze, że szybko zapominamy o ekspozycyjnym szwie. Pani Meliton wnosi sporą dawkę humoru, a zarazem napędza akcję, choć przecież nie robi tego bezinteresownie. Pomaga też spiąć opowieść, w której dramat miłosny wysuwa się przed społeczną panoramę. Ten zabieg działa.

„Lalka”, 2026 (fot. Gigant Films; prawa zastrzeżone)

Autorzy scenariusza, również tym sposobem, starają się ukazać zderzenie nowego bogactwa ze starym, a także ukazać różnice w charakterach postaci reprezentujących obie strony. Warto zwrócić uwagę na przedstawienie przez twórców mentalności, konwenansów arystokracji, jej pełnej cynizmu postawy, interesu skrywanego pod pozorem łaski, a także niezdolności do uznania, że świat zmienia się bez jej pozwolenia. Łęcki chce korzystać z Wokulskiego, ale nie zamierza przyznać mu równej pozycji.

Tym większy żal budzą losy planowanej wersji serialowej. Według producenta pierwotnym zamysłem był film kinowy, a rozszerzenie projektu o serial zaproponowała TVP. Przez pewien czas rozwijano oba scenariusze. Nadawca publiczny odstąpił jednak od serialu, powołując się na (rzekomo) konkurencyjną produkcję Netfliksa i koszty. Trudno nie zapytać, co właściwie TVP rozumie przez swoją misję. Skoro jedna adaptacja klasyki już powstaje, druga staje się zbędna? Przecież odmienne odczytania tej samej powieści nie muszą być powielaniem projektu. Mogą być właśnie powodem, by go podjąć. Zwłaszcza gdy chodzi o „Lalkę”, która daje znakomity materiał do rozmowy o społecznych podziałach, uprzedzeniach, pracy, patriotyzmie i cenie awansu. Obecność Netfliksa mogła uzasadniać ostrożność finansową, ale sama w sobie nie była argumentem przeciw wartości innej adaptacji.

Nie wiemy, czy serial przywróciłby Rzeckiemu jego historyczny wymiar, a Szlangbaumowi pełną drogę przemiany. Dłuższy metraż niczego nie gwarantuje. Dawałby jednak przestrzeń, której brak w filmie tak często odczuwamy. Rezygnacja z tego formatu zamknęła możliwość rozwinięcia opowieści poza romans Wokulskiego i Izabeli. Kawalski nakręcił film, o który warto się spierać. Ocalił wiele z Prusa, choć nie cały ciężar jego społecznej diagnozy. Spierajmy się więc o tragedię polskich idealistów, zastanawiajmy się, gdzie jest Wokulski. Ale pytajmy również, jaki świat pozostał po Rzeckim.

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!

reklama
Komentarze
o autorze
Piotr Abryszeński
Absolwent historii i politologii, doktorant na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Pracownik Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Przygotowuje pracę doktorską poświęconą postawom społeczno-politycznym środowiska akademickiego Politechniki Gdańskiej w latach 1969-1980.
Cezary Wołodkowicz
Historyk i tłumacz. Pasjonuje się dziejami epoki napoleońskiej i historią wojskowości. Niepoprawny fan Arsenalu Londyn.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone
•