Dlaczego Portugalia i Hiszpania toczyły wojny o przyprawy?
Ten tekst jest fragmentem książki Rogera Crowleya „Walka o przyprawy”.
Nawet bez najazdów Hiszpanów Moluki nie były dla Portugalczyków tropikalnym rajem. Antónia Galvão, który przybył tam w 1536 roku, ogarniały złe przeczucia:
Wyspy te mają kształt głowy cukru, spodem zanurzonej w wodzie, otoczone [są – A.J.] rafami oddalonymi od nich niewiele dalej niż rzut kamieniem: podczas odpływu można tam dojść w bród. Dostać się na nie można przez kanały w rafach, które z zewnątrz są bardzo wysokie, i oprócz pewnych piaszczystych zatoczek nie ma miejsca na rzucenie kotwicy – to niebezpieczne! Wyglądają ponuro, posępnie i przygnębiająco. Takie wrażenie odnosi się, patrząc na nie po raz pierwszy, gdyż zawsze albo prawie zawsze ich szczyty spowija mgła. A przez większą część roku niebo jest zachmurzone, przez co często pada deszcz, a jeśli nie pada, to usycha wszystko oprócz drzew goździkowych, które rozkwitają. Od czasu do czasu pada tam ponura mżawka, która okulawia, a czasem nawet zabija kozy […]. Niektóre z tych wysp plują ogniem i mają wodę ciepłą jak gorące źródła. A są tak gęsto porośnięte gajami, że wyglądają jak jedna zwarta masa i dlatego są dobrymi kryjówkami dla złoczyńców.
Tropikalne lasy na równiku: gęste i groźne, gdzie czaiła się śmierć, gdzie stale padał deszcz, świat łowców głów, krokodyli i węży tak dużych, że mogły połknąć człowieka, „gdzie nic nie można uznać za niewiarygodne, chociaż mamy przykłady i przestrogi, że nie należy rozpowiadać takich sensacyjnych historii”.
Jezuitę Franciszka Ksawerego, który znalazł się tam wiele lat później jako misjonarz, uderzyła geologiczna niestabilność Moluków:
Jedna z wysp niemal bezustannie, na całej długości i szerokości, drży od wstrząsów ziemi i wyrzuca płomienie i popiół. Tubylcy mówią, że podziemny ogień płonie tak gwałtownie, iż warstwy skał, na których zbudowane jest pewne miasto, stale goreją. To, co mówią, brzmi wiarygodnie; opowiadają, że często zdarza się, iż w powietrze wyrzucane są głazy wielkie jak największe drzewa, a gdy wieje bardzo silny wiatr, unosi ze szpar w ziemi takie ilości popiołu, że mężczyźni i kobiety, którzy pracują na polach, wracają do domów tak nim pokryci, że ledwie widać ich oczy, nosy czy twarze. Można by pomyśleć, że to demony, nie ludzie. Tak mówią tubylcy, bo ja sam nigdy tego nie widziałem; podczas całego mojego pobytu nie było ani jednego huraganu. Słyszałem też od nich, że podczas tych gwałtownych wiatrów popiół wzbija się w powietrze w takiej ilości, iż oślepia i dusi dziki, a potem znajdują je martwe na polach. Powiadają też, że wtedy znajduje się na brzegach wiele martwych ryb, zabitych w ten sam sposób, na co dowodem jest to, że ryby pijące wodę, w której jest popiół, na ogół zdychają. Pytali mnie, co to wszystko znaczy. Odparłem, że to miejsce jest piekłem.
Ksawery miał marne zdanie o wyspiarzach; opisał ich jako „bardzo barbarzyńskich i podstępnych […] ludzi, którzy trują tych, których nie lubią, i w ten sposób w dużej liczbie wzajemnie się zabijają”. Praca misjonarza był niebezpieczna i niewdzięczna.
António Galvão był siódmym gubernatorem portugalskim na Molukach, wysłanym tam na cztery lata przez Jana III z rozkazem zapewnienia Koronie monopolu na eksport goździków. Chociaż późniejsza portugalska kolonia w Makau była dziełem niezależnych kupców, podbój Wysp Korzennych pozostawał w gestii władcy, ale z powodu wielkiej odległości od stolicy imperium jego edykty nie były skutecznie wcielane w życie. Ksawery oszacował, że trzeba było czekać trzy lata, aż list stamtąd dotrze do Europy i nadejdzie odpowiedź. Nawet poczta z Goa przychodziła tylko raz w roku.
Galvão przeszkadzało w wypełnianiu królewskich rozkazów to, że wyspy nie były jednością pod względem etnicznym, rasowym, politycznym ani językowym. „Te ludy – pisał – mają wiele różnych języków, tak że te wyspy są wieżą Babel […], gdyż nie tylko każda z nich ma własny język, ale są tu też miasta, gdzie mówi się różnymi językami”. Ta wielorakość wysp, języków, grup plemiennych i interesów handlowych sprawiała, że zamiar ustanowienia przez Portugalczyków monopolu był od początku skazany na porażkę. Galvão, człowiek wykształcony, inteligentny, zdolny i nieskazitelnie uczciwy, wdepnął w istne gniazdo szerszeni, jakim były rywalizujące ze sobą wyspy i skorumpowani Portugalczycy. Nazwał to „piekielnym labiryntem”. Najazdy Hiszpanów jeszcze bardziej spotęgowały kłopoty. Naczelny dowódca stwierdził, że Ternate jest „w znacznie gorszym stanie, niż mu opowiadano, zrujnowana, wyludniona, miasto spalone, wszystko zniszczone”. „Ten kraj jest zawsze zbuntowany”, a rdzenna ludność „zdradziecka, złośliwa, kłamliwa i niewdzięczna”.
Głębokie tropiki miały demoralizujący wpływ na Portugalczyków. Afonso de Albuquerque, człowiek z poprzedniego pokolenia, pisał proroczo o skutkach kolonialnej przygody swego kraju: „Portugalia jest bardzo biedna, a gdy biedacy są chciwi, stają się ciemiężcami. Aromaty Indii odurzają – obawiam się, że nadejdzie czas, kiedy zamiast sławy wojowników, jaką obecnie się cieszymy, zyskamy miano łapczywych tyranów”. Aromaty Ternate i Tidore odurzały dosłownie i w przenośni. Chociaż niektórzy dowódcy mający zadanie zapewnienia Portugalii monopolu starali się postępować zgodnie z królewskimi rozkazami, większość przybyła tam tylko po to, by napełnić sobie i swoim krewnym mieszki. W liście wysłanym do króla stwierdzono jasno, że Moluki znajdują się poza królewską kontrolą: „mamy tu dowódców, którzy – będąc tak daleko poza zasięgiem władzy – zamiast służyć Waszej Wysokości, zaspokajają własne zachcianki i nie tylko nie wykonują w całości lub częściowo rozkazów [Waszej Wysokości – A.J.], ale też nie pozwalają ich wykonywać innym oficerom, a nawet [nie pozwalają – A.J.] zarządcom sprawować ich powinności”.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Rogera Crowleya „Walka o przyprawy” bezpośrednio pod tym linkiem!
Galvão przedstawiał świat kolonialnego zła, spotęgowanego zastępczymi wojnami toczonymi przez sąsiadów z Półwyspu Iberyjskiego, coś w rodzaju Botany Bay dla szumowin powstających w trakcie portugalskich starań stworzenia imperium. Był to najniższy krąg piekła: „ci mordercy przybywają do Indii, a stamtąd są zsyłani do Malakki, a za najbardziej potworne zbrodnie przenoszeni na Moluki, które są siedliskiem wszelkiej niegodziwości na świecie”. Zepsucie zaczynało się od góry. Jednego z uczciwych dowódców, Gonçala de Pereira, zabili jego ludzie, ponieważ próbował położyć kres przemytowi goździków. W czasie sześćdziesięcioletniego panowania Portugalczyków nad Ternate wielu innych dowódców wysłanych tam dla utrzymywania porządku zasłynęło z okrucieństwa i chciwości. Meneses szczuł Molukańczyków psami, które rozszarpywały ich na strzępy. Tristão de Ataide, poprzednik Galvão, obcinał im ręce, nosy i uszy. Jemu też należy przypisać wyjątkową zasługę – doprowadzenie do zawarcia przez wojujących ze sobą wcześniej sułtanów Ternate i Tidore sojuszu w celu wypędzenia kolonialnych ciemiężców. Z kolei Duarte de Deca kazał zadźgać lojalnego sułtana Ternate, poćwiartować i wrzucić do morza jego szczątki, by uniemożliwić ich godny pochówek.
„Wyspy te – pisał ówczesny portugalski historyk João de Barros o destrukcyjnym wpływie przypraw – są wylęgarnią wszelkiego zła i nie ma [na nich – A.J.] ani jednej dobrej rzeczy poza goździkami; a ponieważ jest to rzecz, którą stworzył Bóg, możemy nazwać ją dobrą; lecz ponieważ jest też materialną przyczyną, z której udają się tam nasi ludzie, jest kością niezgody. I można ją przekląć bardziej niż samo złoto”.
Galvão wyróżniał się spośród wszystkich przybywających tam i wracających do ojczyzny oficjeli. Ustabilizował pozycję Portugalczyków i częściowo odzyskał zaufanie wyspiarzy. Zabezpieczył fort na Ternate, nakłonił rezydujących tam portugalskich handlarzy do zawziętej obrony, prowadził wojnę z Tidore i jej sojusznikami oraz rozbił antyportugalskie przymierze. Odznaczał się niezłomną determinacją, ale zważał na obyczaje tubylców i dobrze się z nimi obchodził, nie dopuszczając do odwetów i zabraniając swoim podwładnym niszczenia ich zbiorów i upraw. Zajął się także pracami budowlanymi. Dzięki niemu przebudowano fort na Ternate. Niebezpieczny kanał, przez który okręty przedostawały się na tę wyspę, oczyszczono z raf i stworzono bezpieczne kotwicowisko – „dzieło bardzo pokrzepiające zarówno dla Portugalczyków, jak i rodowitych mieszkańców”. Chociaż to, że w swojej napisanej w trzeciej osobie relacji z czasów pobytu na wyspach, Traktacie o Molukach, przedstawia siebie jako wzór cnót, może rodzić podejrzenia o autoreklamę, rzeczywiście zapewnił wyspom odrobinę spokoju. Nawet rozbitkowie z kastylijskich okrętów, którzy przecież nie byli poddanymi portugalskiego króla, dziękowali mu za załagodzenie konfliktu.
W końcu jednak sytuacja go przerosła. Społeczność miejscowych kupców portugalskich nie miała ochoty na podporządkowanie się władzom kolonialnym, a monopol króla na handel przyprawami zagrażał jej interesom. Aromat goździków był zbyt kuszący. „Gdy Portugalczycy poczuli zapach goździków i pokoju, nigdy już nie odzyskał nad nimi kontroli”, żalił się w swym dziele. Jego pozycję całkowicie podkopało wysłane z Goa rozporządzenie przywracające prywatnym osobom prawo swobodnego handlu. Po stracie rzeczywistej władzy wrócił w niesławie do Lizbony, gdzie nie doczekał się podziękowań za swoje zasługi i zmarł w ubóstwie, niewątpliwie oszkalowany przez wrogów. Zarówno portugalscy, jak i hiszpańscy królowie wyraźnie nie potrafili z daleka docenić i wesprzeć swoich najwierniejszych i pracowitych sług.
Do naszych czasów przetrwał jedynie brudnopis Traktatu o Molukach. Był on po części obroną Galvão przed krytykami, napisaną w biedzie, prawdopodobnie w nadziei na uzyskanie renty ze Skarbu Korony. Chociaż był przesiąknięty uprzedzeniami Europejczyków, zawierał niezwykle wnikliwe obserwacje antropologiczne i przyrodnicze, opisy wszystkich aspektów Wysp Korzennych: ich flory i fauny, struktury społecznej zamieszkujących je plemion, ich wierzeń religijnych, mitów o pochodzeniu, praktyk seksualnych, sposobów prowadzenia wojny, świąt i uroczystości, metod uprawy roli i wielu innych spraw.
Galvão przedstawił w traktacie kulturową mozaikę tamtejszych ludów i bogactwo przyrody – niezwykłą obfitość ryb w okalających wyspy morzach („łupacze, barrakudy, turboty, makrele, barweny, sole, alozy, a także żółwie”), różnorodność ziół, krzewów i drzew, a przede wszystkim to, po co przybyli tam Portugalczycy – goździki („podobne do wawrzynów”) oraz „drzewo dostarczające gałkę muszkatołową i macis [podobne do] gruszy”. Właśnie w poszukiwaniu źródła tych przypraw opłynęli świat. Galvão pisał:
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Rogera Crowleya „Walka o przyprawy” bezpośrednio pod tym linkiem!
Zbierają goździki, jak tylko zaczynają dojrzewać, gdyż jeśli tylko osiągną dojrzałość, drewnieją i spadają, niezdatne do użytku. Zbieracze wdrapują się na drzewa i zabierają ze sobą liny i tyczki. Opuszczają linę na dół, a ci, którzy tam stoją, przywiązują do niej kosz, który zostaje wciągnięty na górę. I przymocowują go jakimś sznurem opasują cym ramiona do pleców. Zrywają goździki rękami, łamiąc końcówki gałęzi, na których wiszą, i wrzucają do saloi [kosza]. Gdzie nie mogą dosięgnąć ręką, używają tyczki, a gdy kosz jest pełen, spuszczają go na linie […] i rozkładają [to, co zebrali] w dymie na matach albo trzcinach [tak jak robi się to z] orzechami.
Mimo złych przeczuć Galvão napotkał tam wiele zachwycających i godnych podziwu rzeczy. Podczas święta kończącego ramadan muzułmańscy konwertyci zapalali świece i „puszczali je na morze, gdzie unosiły się przez całą noc, gdyż robi się je ze smoły i oleju, i woda wygląda, jakby cała była nimi pokryta”. Podobnie jak Urdaneta przed nim i Wallace długo po nim, podziwiał pomysłową konstrukcję różnych typów budowanych bez gwoździ i szczeliwa łodzi, które były dwustronne, „dzięki czemu mogą pływać do przodu i do tyłu”, a szczególnie pewien ich rodzaj, z „długą wężową szyją i głową i jelenimi rogami” na dziobie, oraz świetną jakość wioseł „pięknie obrobionych i lekkich”. Duże królewskie łodzie miały osadę składającą się z nawet 200 wioślarzy. „Wiozą ze sobą bębny, gongi i sistra, co jest przywilejem króla, przy których wiosłują i rytmicznie śpiewają jak ludzie w Galicji. [W tych śpiewach] wspominają o wszystkim, co zrobili albo mają nadzieję zrobić zarówno podczas wojny, jak i pokoju”. Opisał wyścigi łodzi i pozorowane walki:
Przystępują do nich z inkrustowanymi mieczami […] a ich tarcze są pomalowane na czerwono, z żółtymi wyżłobieniami inkrustowanymi muszlami porcelanek. Na głowach noszą pewnego rodzaju hełmy z zielonymi, czerwonymi i żółtymi grzebieniami, które pochodzą z Persji, a na czołach szerokie wielobarwne pióropusze podobne do czapek błazeńskich, którymi potrząsają tak mocno, że przypominają papugi. Biegają i skaczą dziko z boku na bok.
Do rozrywek należały gry w szachy, kręgle i kości, rzuty oszczepem oraz gra, która już wtedy cieszyła się na całym świecie wielką popularnością: „Grają nogami w kulę. Nie wolno jej dotykać ręką [te kule] są z rattanu i całkiem okrągłe, jak te, które wystrzeliwuje się z armaty”.
Swój traktat Galvão dedykował królowi i sporządził na jego życzenie: „Otrzymałem wiadomość, że Wasza Wysokość napisał do Gubernatora i kapitanów, iż powinni starać się poznać styl życia w tych krajach, wytwarzane w nich produkty, szerokość geograficzną i klimat, w których są położone, oraz obyczaje, ubiory i języki ich mieszkańców”.
Takie informacje, często uzyskiwane podczas rozmów z tubylcami, były cenne jak złoto; stanowiły paliwo silników, które napędzały światową ekspansję Europejczyków i zapoczątkowywały nową erę tworzenia archiwów i gromadzenia danych. Zarówno Portugalczycy, jak i Hiszpanie byli żądni wiedzy w postaci map odkrywanych lądów, map nawigacyjnych, szlaków żeglarskich, cen artykułów, informacji meteorologicznych, geograficznych, językowych i etnologicznych. Prym wiedli w tym Portugalczycy, którzy mieli duże doświadczenie z odkryć w drodze do Indii. Na kapitanów okrętów nałożono obowiązek kreślenia map, nanoszenia na nie szerokości geograficznej i sporządzania opisów ludów i miejsc. Stworzono szereg instytucji sprawujących scentralizowany nadzór nad importem towarów i wiedzą zdobywaną podczas tych podróży. Od koń ca XV wieku w Casa da Guiné e Mina, od 1500 roku powszechnie zwanej Casa da Índia, znajdowała się Padrão Real – najdokładniejsza, trzymana w ścisłej tajemnicy mapa świata, stale aktualizowana dzięki informacjom dostarczanym przez powracające floty.
Nieco później do tej gry włączyła się Hiszpania, ustanawiając w 1503 roku w Sewilli, wzorem Portugalii, Casa de Contratación z własną mapą Padrón Real, także na bieżąco aktualizowaną w celu dostarczania nawigatorom kolejnych ekspedycji najnowszych informacji. Iberyjscy pionierzy byli renesansowymi zbieraczami danych, osiągającymi sukces dzięki stworzeniu sprzężenia zwrotnego między wiedzą a umiejętnościami. Wprawdzie z bocianiego gniazda na szczycie masztu nie można było daleko sięgnąć wzrokiem, ale to właśnie te wspaniałe umiejętności, rozwinięte w czasie wypraw żeglarskich wzdłuż wybrzeża Afryki, pozwoliły Portugalczykom w ciągu zaledwie kilku lat stworzyć na Oceanie Indyjskim sieć handlowych i strategicznych placówek.
Gromadzone informacje starannie utajniano. Królewscy urzędnicy pilnie strzegli zbiorów obu Casas, uznanych za dokumenty wagi państwowej. Już w 1505 roku król Portugalii Manuel I zakazał tworzenia globusów i kopiowania map żeglarskich. Rywalizujący ze sobą władcy iberyjskich monarchii dokładali wysiłków, by cenzurować i zniekształcać wiedzę, z której mógł skorzystać konkurent. Zbiory map, takie jak Atlas Millera, stały się narzędziami dezinformacji, zwłaszcza w odniesieniu do położenia Wysp Korzennych i linii z Tordesillas, przesuwanej to w jedną, to w drugą stronę w celu udowodnienia prawa własności. Gdy wiadomości o nowych odkryciach rozeszły się po Europie, wzbudziły wielkie zainteresowanie kupców, monarchów i myślicieli. W pierwszej po łowie XVI wieku Portugalczycy, którzy o przyprawach i źródłach ich pochodzenia wiedzieli najwięcej, nie opublikowali prawie nic na ten temat. Mimo że opisy Wysp Korzennych krążyły w manuskryptach, prowadzili politykę milczenia. Dokładny opis Moluków pióra Galvão nigdy nie ujrzał światła dziennego, a w jego jedynej wydanej drukiem pracy o historii odkryć nie ma żadnej wzmianki o Wyspach Korzennych; pierwszy tom portugalskiego historyka z połowy XVI wieku Fernão Lopesa de Castanheda wycofano do „korekty”, a wydanie pozostałych dwóch wstrzymano na rozkaz króla. W Suma Oriental Tomé Piresa brakowało rozdziałów o handlu przyprawami. Przywrócono je dopiero w 1944 roku.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Rogera Crowleya „Walka o przyprawy” bezpośrednio pod tym linkiem!
A jednak mimo usilnych starań Portugalczyków – i ich hiszpańskich rywali – nie można było utrzymać tej wiedzy w całkowitej tajemnicy. Pojawiały się przecieki. Dużą część członków wypraw wysyłanych przez Portugalczyków stanowili cudzoziemcy, wiedza była poszukiwanym towarem, a na portugalski kapitał intelektualny czekał chłonny rynek po drugiej stronie granicy z Hiszpanią. Można było przekupić powracających marynarzy, kupić, pożyczyć albo skopiować mapy i locje [pisemne zbiory informacji przydatnych podczas nawigacji na jakimś obszarze], nawigatorzy i kartografowie mogli zbiec do Sewilli, do Lizbony przyjeżdżali szpiedzy. Wśród tych, którzy przeszli na stronę Hiszpanii, byli kosmograf Ruy Faleiro, główny organizator wyprawy Magellana, Duarte Bar bosa, znający się na rzeczy autor książki o Wschodzie, któremu przyszło umrzeć na Filipinach, kartografowie Pedro Reinel i Luís Teixura oraz bardzo poszukiwani ze względu na ich znajomość dróg morskich nawigatorzy.
Wenecki szpieg Leonardo da Ca’ Masser w 1504 roku dużo się dowiedział na lizbońskim nabrzeżu. „Widziałem mapy morskich dróg do Indii i jak pokazują one wszystkie miejsca, w których handlują Portugalczycy i które odkryli”, pisał w liście do domu. Mniej więcej w tym samym czasie do Ferrary dotarła piękna kopia portugalskiej mapy świata znanej jako mapa Cantino. Jedyny rękopis traktatu Galvão znalazł się w posiadaniu Alonsa de Santa Cruz, nadwornego kartografa hiszpańskiego króla, i dopiero kilkaset lat później został odkryty w Sewilli. XVI stulecie było złotym wiekiem kryptografii. Do dworów europejskich monarchów nadchodziły i wychodziły z nich zaszyfrowane wiadomości. W zawiłym świecie dyplomacji krążyły ukryte w cyfrach i zwodniczych znakach sekrety, plany i spiski.
Gwałtowny rozwój drukarstwa w dobie renesansu podsycał zainteresowanie Europejczyków odkryciami geograficznymi. Szybko rosła liczba osób umiejących czytać i złaknionych wiedzy o świecie. Szeroko przekładano i drukowano Opisanie świata Marca Polo. Ilustrowane listy Ameriga Vespucciego, które ukazały się w 1505 roku, miały w ciągu zaledwie kilku lat dwadzieścia pięć wydań, głównie w krajach niemieckojęzycznych, gdzie kupcy obliczali potencjalne zyski z wymiany towarowej z nowymi ziemiami. Główne europejskie ośrodki handlowe – Wenecja, Lizbona, Sewilla, Antwerpia, Lyon, Londyn – były także głównymi ośrodkami drukarskimi. Opisy nowego świata z pierwszej ręki były na wagę złota, więc drukarze w różnych krajach, zwietrzywszy okazję, wydawali je w miejscowych językach. W połowie XVI wieku włoski kartograf Giovanni Ramusio opublikował Navigationi et viaggi (Żeglugi i podróże), serię tomów z takimi opisami. Znalazła się wśród nich Suma Oriental Tomé Piresa, chociaż Ramusio nie wiedział, kto jest jej autorem, a w książce brakowało najtajniejszych i najcenniejszych informacji o Wyspach Korzennych. Rósł apetyt na mapy, a coraz częściej tworzone globusy pozwalały Europejczykom oglądać planetę jako całość – to dawało oszałamiającą zmianę perspektywy spojrzenia na miejsce człowieka w świecie. W 1548 roku Giacomo Gastaldi wydał pierwszy atlas „kieszonkowy”. Można było trzymać świat w dłoni, obracać go i okrążyć palcem po mapie, docierając po najdalsze kresy: Chiny Marca Polo i Wyspy Korzenne. Na mapach Gastaldiego nazwa Gaitam (Japonia) zastąpiła po raz pierwszy stosowane przez Marca Polo określenie Cipangu. Ten wysyp map dosłownie przekształcał świat. W roku 1569 ukazała się mapa świata Mercatora, a w następnym roku Theatrum orbis terrarum Orteliusa, pierwszy naprawdę nowoczesny atlas. Obaj autorzy uwzględnili ogrom Pacyfiku.
Podczas rewolucji informacyjnej, która zaczęła się w pierwszej połowie XVI wieku, wydrukowano około 10 milionów książek. W drugiej połowie wieku proces ten gwałtownie przyspieszył. W całym stuleciu wydrukowano ogółem 150–200 milionów tomów, przyćmiewając cały wcześniejszy dorobek piśmienniczy ludzkości. To stale rozszerzające się uniwersum nowej wiedzy, do którego drogę otworzyli Portugalczycy i Hiszpanie, znacznie pogłębiło europejskie pojmowanie świata i zwiększyło możliwości odkryć i podbojów.
Portugalczycy słusznie obawiali się szpiegów i potęgi druku. W końcu ich monopol na handel przyprawami przełamała książka napisana przez szpiega. Jego sekrety wykradł Holender, Jan Huy gen van Linschoten, który w latach osiemdziesiątych XVI wieku był sekretarzem biskupa Goa. Skopiował potajemnie mapy i informacje nawigacyjne, które kupcom chętnym do podróży na Wschód dostarczyły potrzebnych do tego informacji. Jego Itinerario, wydane po holendersku, a wkrótce potem po angielsku, stało się bronią, za pomocą której Holendrzy przypuścili atak na handel przyprawami. Do rozbicia portugalskiego imperium na Molukach i Wyspach Banda wystarczyła jedna książka.
Próby pozbawienia ich roszczeń do panowania nad światem zaczęły się jednak dużo wcześniej. Już w latach trzydziestych tamtego stulecia przebywający w Sewilli przybysze z Europy Północnej patrzyli łakomym wzrokiem na potencjalne łupy.
