Gisela Pou – „Trzy imiona Ludki” – recenzja i ocena
Gisela Pou – „Trzy imiona Ludki” – recenzja i ocena
Tytułowa Ludka jest fikcyjną postacią, jednak jej konstrukcja opiera się na autentycznych relacjach świadków. To w zasadzie figura symboliczna, odbijająca tragiczne losy polskich dzieci, którym druga wojna światowa odebrała dzieciństwo. Były to zarówno ofiary niemieckiego programu rabunku dzieci i germanizacji (Lebensborn), jak i potomstwo polskich robotników przymusowych. Niedożywione, straumatyzowane i pozbawione tożsamości, w 1946 roku trafiły do dalekiej Hiszpanii, która miała stać się dla nich bezpieczną przystanią i miejscem powrotu do normalności.
Niemcy zrobili z niej Heddę i oddali pod opiekę niemieckiej rodzinie, w której wychowywano ją w nienawiści do języka polskiego i wszystkiego, co z Polską związane. Wymazano jej przeszłość, by zgodnie z ideologią narodowego socjalizmu stworzyć „nowego człowieka”.
Jedyną postacią występującą pod prawdziwym nazwiskiem, która przewija się na kartach recenzowanej książki, jest Wanda Morbitzer-Tozer. To właśnie ona, działając w Konsulacie RP w Barcelonie (rząd hiszpański utrzymywał stosunki dyplomatyczne jedynie z Rządem RP na Uchodźstwie), roztoczyła opiekę nad grupą polskich sierot. Dla tych dzieci stała się niczym matka: uczyła języka polskiego, zapoznawała z polską literaturą, podtrzymywała narodowego ducha, ale też pomagała zaadaptować się do nowej, śródziemnomorskiej rzeczywistości. Warto podkreślić, że Morbitzer-Tozer organizowała dla nich nie tylko edukację, ale i turnusy wypoczynkowe.
Po wojnie nie wszystkie losy potoczyły się jednakowo – niektórym udało się odnaleźć rodziny i powrócić do kraju, inni zaś zdecydowali się pozostać w Barcelonie przez kolejne lata, tworząc tam małą, polską diasporę.
Zadziwiające jest, że w Polsce Wanda Morbitzer-Tozer jest postacią praktycznie nieznaną. Jedynie władze emigracyjne odznaczyły ją Złotym Krzyżem Zasługi. Zmarła w 1990 roku. Symbolicznym uhonorowaniem i przypomnieniem jej heroicznej postawy były uroczystości zorganizowane przez władze Barcelony i Konsulat RP, w czasie których zaprezentowano książkę rzucającą światło na jej działalność. Gdy Gisela Pou usłyszała o tej niezwykłej polskiej działaczce i zapoznała się z historią dzieci, które doświadczyły niemieckiego okrucieństwa, postanowiła przekuć te fakty w przejmującą powieść.
Niech czytelników nie zmyli okładka, która sugeruje typową lekturę nastawioną na łatwą grę na emocjach z Holokaustem w tle. Owszem, historia opisana przez katalońską autorkę jest poruszająca, ale katalońska autorka unika taniego sentymentalizmu, prowadząc narrację w sposób subtelny i głęboko przemyślany. Skupia się bardziej na psychologicznym procesie odzyskiwania własnego „ja” niż na samym opisie okrucieństwa. Jej powieść nie pozostawia obojętnym, w czym ogromna zasługa dynamicznego przekładu autorstwa Magdaleny Pabisiak.
„Trzy imiona Ludki” to opowieść o dorastaniu w cieniu wielkiej historii. Autorka na potrzeby narracji wprowadza postać Emmy, która zaprzyjaźnia się z Ludką. Wątek ten, choć na pierwszy rzut oka wydawałoby się typowy, jednak właśnie ta relacja najlepiej obrazuje całą paletę dramatów, niepewności, ale także nadziei. W ten sposób emocje zyskują intymny – ale nie tani – wymiar. Dzięki temu dojrzewanie staje się procesem odzyskiwania tożsamości i walki o przywrócenie ludzkiej godności.
Wybrzmiewa tu zderzenie dwóch, tak odległych od siebie światów. Dla Polaków i Hiszpanów ich kultury stanowią niemal egzotykę, a Pou umiejętnie wykorzystuje ten kontrast. Autorka pokazuje, jak śródziemnomorskie słońce, zapachy i hiszpański temperament konfrontują się z traumą dzieci przybyłych z „północnego mroku”. Ta wzajemna obcość – początkowo bariera – staje się w powieści narzędziem poznawczym, pozwalającym obu stronom lepiej zrozumieć własne nieszczęścia i odnaleźć punkty wspólne w powojennym mozole budowania życia na nowo.
Dla polskiego czytelnika dodatkową wartością będzie panorama klimatu frankistowskiej Hiszpanii – autorka kreśli ją sugestywnie zarówno pod względem politycznym, jak i w sferze plastycznych opisów miejsc i zdarzeń, oddając duszny nastrój powojennej Barcelony.
Dzieci są największymi ofiarami wojen, a powieść Giseli Pou z całą mocą o tym przypomina, oddając sprawiedliwość tym, których głos przez dekady był niesłyszalny. Książka stanowi również literacki pomnik wystawiony Wandzie Morbitzer-Tozer, przywracając jej należne miejsce w polskiej i hiszpańskiej pamięci zbiorowej. Zachęcam do lektury!
