Gniew Świętowita
Ten tekst jest fragmentem książki Patrycji Hereć „Pewnego razu na Ostrowie. Tom I”.
Mieszko otworzył szeroko oczy. Jego nozdrza napełniły się mieszanką pyłu i krwi. W przypływie złości cisnął swój szłom o ziemię. Pulsujący szum w uszach i metaliczny posmak w ustach sprawiły, że na moment stanął w bezruchu. W tej jednej krótkiej chwili ujrzał swoich druhów bezlitośnie wyrzynanych przez Wieletów. Z bezczynności wyrwał go świst broni w powietrzu.
– Jarowit nam sprzyja! – warknął jakiś starzec ubrudzony krwią i błotem. Zaskakująco mąż ten miał więcej krzepy, niż mogło się Mieszkowi wydawać.
Książę rozluźnił nadgarstek i sprężystym krokiem doskoczył do niego. Zaatakował go z góry, ale Połabianin odbił płasko. Mieszko instynktownie obejrzał się za siebie. Jego druh Sieciech jednym pchnięciem miecza powalił woja, który zranił w bok rosłego chłopa.
Choć Mieszko próbował się skupić i szybko pokonać człowieka przed nim, by ruszyć dalej, co rusz zerkał w stronę swego brata Czcibora, który ledwo mógł ustać na nogach. Odetchnął dopiero wtedy, gdy spostrzegł, jak Sieciech zarzuca Czcibora na swoje barki i desperacko odpierając ataki, zaczyna przedzierać się w stronę obozu Lestkowiców. Oddech Mieszka coraz bardziej przyśpieszał. Wreszcie ryknął i zaczął ciąć na oślep. Gdy szał minął, na jego brwiach ostały się krople jeszcze ciepłej krwi, bynajmniej nie jego. Zraniono go może z dwa lub trzy razy, lecz nawet nie miał czasu się nad tym zastanowić, bo już nadbiegał kolejny Wielet. Poruszał się szybko. Mieszko naparł całym ciężarem ciała na wroga, który w końcu zaczął się cofać i potknął się o sztywne ciało jednego ze swoich.
Piast odstąpił od niego na krok i kopnął go z całej siły w splot słoneczny. Odwrócił wzrok i wepchnął leżącemu ostrze prosto w krtań. Nie miał nawet czasu odetchnąć, gdyż jakby spod ziemi wyrósł przed nim kolejny olbrzym z toporem. Siemomysłowic splunął i zaczekał, aż tamten zamachnie się siekierą. Zrobił unik w prawo, w lewo, znowu w lewo i tylko nasłuchiwał świstu topora przecinającego powietrze. W całym tym zgiełku dochodziły do niego inne znajome odgłosy, lecz nie wsłuchiwał się w nie. Parł dalej naprzód.
– Panie! Panie! Musimy się wycofać!
– Macie napierać! – ryknął tonem nieznoszącym sprzeciwu.
I znów dojrzał rosłego chłopa, który uniósł topór niczym kat będący o włos od wykonania wyroku. Mieszko odczekał chwilę i obracając się, zadał mu cios pod pachą. Krew wytrysnęła jak woda ze źródła, brudząc przy tym pancerz księcia.
Wódz Polan złapał upragniony oddech. Miał może mniej niż sekundę, aby rozejrzeć się dookoła. Widząc, jak padają kolejni jego kompani, zrozumiał, iż nie może poświęcić życia reszty drużyny. Oczekiwał od bogów przychylności, a jedyne, co dostał, to kąpiel w morzu krwi swoich wiernych wojów.
– Odwrót! – krzyknął wściekle.
Rozkaz powtórzyli dowódcy jego oddziałów.
Dzień chylił się ku końcowi. Wraz z zachodzącym słońcem opadł bitewny kurz. Piast kroczył w stronę namiotu ciężkim krokiem i z podniesioną głową. Czuł na sobie wzrok swoich druhów. Kątem oka widział, jak jego wojowie ostatkiem sił zwlekają z pola bitwy ciała swoich pobratymców. Bez zastanowienia odsunął kotarę i przeszedł przez próg namiotu.
– Myślisz, że z Siemomysłem nigdy nie przegraliśmy bitwy? – zapytał twardo siedzący w środku starzec, przecierając swoją twarz.
– Teraz przegrywamy wojnę.
Bratomir zdjął swój szłom, spod którego uwolniły się srebrzyste grube kędziory do ramion.
– Skarcisz mnie jak własnego syna. Że nie posłuchałem. Że kazałem napierać…
– Nie – pokręcił głową i poklepał go po plecach. – Rzeknę, że masz czas do następnego zachodu słońca. Wypij tyle miodu, ile zdołasz, żeby przełknąć gorycz porażki. Później się pomyśli.
Bratomir wyjrzał na zewnątrz i chropowatym głosem zawołał, by posłano po książęcych braci. Lecz zamiast dwóch Piastów do namiotu wpadł wycieńczony Sieciech.
– Panie… – Do jego niebieskich oczu napłynęły łzy. Nim się spostrzegł, potok łez powoli zmywał z jego lica bitewny kurz. – Lestek… – Mąż z całych sił próbował opanować drżenie kolan. Czuł, że zaraz obali się na ziemię jak drzewo wyrwane przez wiatr. – Lestek zaatakował Wichmana – wyszeptał.
Mieszko poczuł ból w piersi. Przełknął ślinę i zacisnął usta. Odwrócił wzrok, a jego druh łamiącym się głosem kontynuował:
– Wichman zaprawiony w boju… ja jednego brata uratowałem, panie, ale drugiego… już nie zdołałem.
Mieszko zacisnął pięści tak mocno, że jego knykcie zbielały. Po całym obozie rozszedł się żałosny ryk zranionego niedźwiedzia.
Wypadł z namiotu jak z procy i szybkim krokiem przemierzał obóz, próbując znaleźć swego młodszego brata. Nawet nie dostrzegł, że podąża za nim ubrany w skromną lnianą szatę kapłan samego Świętowita. Kiedy wreszcie go zauważył, przepełniony żalem i rozpaczą doskoczył do niego i złapał mocno za popielate włosy.
– Rzekłeś mi przed bitwą, że jak orzeł mam brać swoje! Że wróżby pomyślne i bogowie są z nami! Że Jarowit przyjął ofiarę!
– Panie… puść mnie, litości! W świętym ogniu jest prawda…
– Gdzie był twój Świętowit?! Czy Jarowit jest zadowolony z krwi mojego brata?
Puścił jego włosy i kopnął go z całej siły jak nieposłusznego psa. Na ten widok w obozie podniósł się raban. Mścibor, syn Bratomira, dobiegł do swego władcy i z całych sił odciągnął go od kapłana, a kiedy miał pewność, że zaatakowany oddalił się prawie na czworaka, puścił. Średni Piast obrócił się i już uniósł rękę, aby ukarać swojego kompana, gdy z jeden wojów zapłakał przeraźliwie. Mieszko odwrócił się i ujrzał, jak dwaj rośli mężowie ostrożnie kładą przed nim ciało młodzieńca, który nie liczył sobie więcej niż osiemnaście wiosen. Wyglądał spokojnie, jakby spał. Wiatr głaskał jego złote loki, a słońce ostatkiem sił ogrzewało jego blade lico i sine usta. Jego tunika była przesiąknięta krwią jak ziemia deszczem. Mieszko nachylił się i ostatni raz odgarnął kędziory z jego czoła. Drżącymi ustami dotknął jego głowy, po czym powoli uniósł wzrok, aby spojrzeć na zachodzące słońce, które razem ze sobą zabrało duszę tego młodzieńca. Wziął jego truchło w ramiona i ruszył ku pradawnej puszczy, a za nim wszyscy ci, co przeżyli rzeź.
Dotarli nad jezioro połyskujące w świetle gasnącego słońca. Tafla migotała to tu, to tam, a woda mieniła się to na pomarańczowo, to na niebiesko. Z oddali zdawał się dochodzić głos trzciny i drzew, które opłakiwały najmłodszego i najdroższego Siemomysłowica. Było spokojnie i cicho, a mimo to w uszach Mieszka dalej rozbrzmiewał szczęk oręża. Sieciech zebrał się w sobie i podszedł do swojego druha.
– Już czas, panie.
– Założyli mu czystą tunikę?
– Tak jak każe obyczaj.
Na samą myśl, że ma podłożyć ogień pod stos Lestka, chciało mu się wyć. Podczas czuwania czuł na sobie wzrok wszystkich druhów, wojów i półprzytomnego Czcibora. Wojowie zmęczeni bitwą powoli wymykali się, aby udać się na długo wyczekiwany odpoczynek.
Mieszko natomiast siedział pod dębem bez ruchu, wpatrując się w naprędce i niedbale ułożony stos, na którym leżało ciało zabitego. Tej nocy nie zasnął ani na chwilę. Długo się zastanawiał. Sam nie wiedział nad czym. Natłok myśli go męczył. Może stało się, jak się stało, bo bogowie po prostu mieli taki kaprys. Odwrócili się od niego i ludu Lestkowica. Siedział tak, aż nastał świt. Słońce leniwie wyłaniało się jakby spod tafli wody. Pierwsze promienie odbijały się od porannej rosy, a wiatr delikatnie kołysał wysokimi trawami. Mieszko ocknął się, kiedy zobaczył wojów i kapłanów powoli kroczących w jego stronę. Wstał z ziemi i ostatni raz spojrzał na umiłowanego brata. Nie było odwrotu. Już nie łudził się, że Lestek zaraz się obudzi.
Podłożył ogień. Po chwili w jego szaroniebieskich oczach odbijały się języki ognia.
– Niedaleko naszego grodu macie usypać kurhan. Największy, jaki zdołacie.
Nie miał ani siły, ani ochoty patrzeć, jak ogień nieubłaganie trawi kruche ciało Lestka. Odszedł w stronę obozu.
