Jak wojna secesyjna stworzyła dolara?
Ten tekst jest fragmentem książki Duncana Weldona „Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina”.
Ekonomiści, akademicy i eksperci wypowiadający się na temat strefy euro chętnie powtarzają, że Europa potrzebuje własnego „momentu hamiltonowskiego”. Mówią tak od lat, a ostatnio czynią to coraz częściej, odkąd musical Lina-Manuela Mirandy przybliżył szerszej publiczności postać Alexandra Hamiltona, pierwszego sekretarza skarbu USA.
Zazwyczaj mają na myśli postulat, że Europa powinna pójść w ślady Stanów Zjednoczonych i uwspólnotowić narodowe długi. Strefa euro, zgodnie z tą argumentacją, znajduje się w niebezpiecznej sytuacji, ponieważ stworzyła niepełną unię gospodarczą. Państwa zrezygnowały z kontroli nad własnymi walutami i polityką pieniężną (czyli możliwością ustalania stóp procentowych), ale nie połączyły swoich polityk fiskalnych – kwestii podatkowych, wydatków i długu publicznego. Stwarza to warunki sprzyjające kryzysowi takiemu jak ten, który wydarzył się w latach 2012–2015 w Grecji, Włoszech, Hiszpanii, Irlandii i Portugalii. Dopóki polityka fiskalna pozostaje w rękach państw członkowskich strefy euro, a wspólna waluta nie ma wspólnego długu publicznego, dopóty istnieje ryzyko, że poprzedni kryzys się powtórzy – przynajmniej tak zwykle brzmi wspomniana argumentacja.
Moment hamiltonowski w Stanach Zjednoczonych, według takiego toku myślenia, nastąpił w 1790 roku. Wtedy młode Stany Zjednoczone uchwaliły ustawę o finansowaniu długu (Funding Act), na mocy której długi trzynastu dawnych kolonii, teraz już stanów, zostały przejęte przez nowo powstałe państwo federalne. Decyzja ta nie tylko dostarczyła materiału do napisania drugiego aktu musicalu Hamilton, lecz także bliżej powiązała ze sobą interesy trzynastu stanów i – jak się wydawało – zwiększyła finansową wiarygodność USA.
Jednak mówienie o momencie hamiltonowskim przesłania kolejne siedemdziesiąt lat historii Stanów Zjednoczonych. Stworzenie amerykańskiego dolara było procesem, a nie momentem – i to procesem, który został zakończony dopiero pod wpływem działań wojennych, a konkretnie wojny secesyjnej w latach 1861-1865. Prawdziwy moment hamiltonowski – jeśli ktoś upiera się, by tak to nazwać – nastąpił długo po tym, jak pierwszy sekretarz skarbu został zastrzelony w pojedynku z Aaronem Burrem. Jeśli już, to bardziej sensowne jest mówienie o „procesie hamiltonowskim” – powolnym i długotrwałym – niż o pojedynczym momencie.
Mimo to ustawa Hamiltona o finansowaniu była ważnym wydarzeniem i podobnie jak w przypadku wielu innych istotnych zmian instytucjonalnych na jej kształt wpłynęły wojna i konflikt. Wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775-1783) nie była tanim przedsięwzięciem. Pamiętajmy, że z punktu widzenia głównych mocarstw europejskich, walki toczyły się na drugim końcu świata, więc koszty musiały być spore. Francja wprawdzie ostatecznie znalazła się w zwycięskim obozie, ale wydatki, jakie poniosła, stały się punktem zwrotnym, po którym ancien régime nigdy już się nie podniósł. Wielka Brytania zaś po wojnie pozostała z najwyższym w swojej historii długiem publicznym, wynoszącym ponad 150 procent PKB. Rekord ten został pobity dopiero po wojnach napoleońskich i podczas wojen światowych XX wieku.
Ale nie było to też, jak można by się spodziewać, tanie zwycięstwo dla amerykańskich kolonistów. W kategoriach ekonomicznych wojnę o niepodległość sfinansowali oni sami, zaciągając dług. Kongres Kontynentalny oraz poszczególne kolonie, które wkrótce miały stać się stanami, intensywnie pożyczały – zarówno w kraju, jak i w Europie – aby kupić zapasy i opłacić żołd swoich żołnierzy. Wprowadzały do obiegu pieniądz papierowy, pozbawiony pokrycia, który szybko tracił na wartości. Trudno byłoby nazwać dolara kontynentalnego, emitowanego przez Kongres podczas wojny, walutą odnoszącą sukces. Dziś najlepiej upamiętnia go powiedzenie as worthless as a continental („bezwartościowy jak dolar kontynentalny”), które nadal sporadycznie pojawia się w amerykańskim języku potocznym. Aby zaspokoić bieżące (prawie wyłącznie wojskowe) potrzeby wydatkowe, Kongres był nieustannie zmuszony do drukowania banknotów o większej wartości niż złoto lub inne kruszce, które posiadał i którymi mógłby te emisje zabezpieczyć. W 1778 roku, dwa lata po ogłoszeniu Deklaracji Niepodległości i trzy lata po wybuchu walk, jeden „continental” wart był około 10 centów na dolara; w 1780 roku, gdy działania zbrojne dobiegały końca, jego wartość spadła do około 2 centów na dolara.
Hiszpańskie srebrne dolary – słynne monety o nominale ośmiu reali – były w powszechnym obiegu i korzystali z nich wszyscy, którzy mieli do nich dostęp, podobnie jak obecnie dolar amerykański w krajach słabych gospodarczo bywa walutą popularniejszą od lokalnej, oficjalnej.
Jedną z najpilniejszych kwestii była tragiczna sytuacja finansowa nowego państwa. Nowy rząd federalny był bardzo zadłużony, miał niewiele źródeł dochodów (większość podatków nadal kontrolowały podległe mu stany), a waluta była w zasadzie bezwartościowa. Jednak Alexander Hamilton, nowy sekretarz skarbu, miał przynajmniej plan.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Duncana Weldona „Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina” bezpośrednio pod tym linkiem!
Głównym jego elementem była ustawa o finansowaniu. Hamilton – jak pokazuje musical – mówił, że przede wszystkim „musimy uporać się z naszą sytuacją finansową”. Wcześniej, jako student ekonomii, dokładnie analizował doświadczenia brytyjskie z poprzedniego stulecia. W 1781 roku napisał w jednym z listów, że „dług narodowy, jeśli nie jest zbyt wysoki, będzie błogosławieństwem dla narodu”. W latach 80. i na początku lat 90. XVIII wieku przytaczał trzy argumenty.
Po pierwsze, twierdził, opierając się na brytyjskim przykładzie od lat 90. XVII wieku, że dług narodowy – jeśli jest dobrze zarządzany – może być źródłem siły państwa. Wielka Brytania udowodniła, że kraj o reputacji wiarygodnego pożyczkobiorcy, z solidnymi instytucjami finansowymi, jest w stanie obsługiwać nawet wysokie zadłużenie w stosunkowo tani sposób. Z wojskowego punktu widzenia pozwalało to państwu utrzymywać znacznie większą armię, niż byłoby to możliwe bez takiego zadłużenia – pełniło więc rolę narodowego mnożnika siły. Zdrowa gospodarka z przyzwoitymi dochodami podatkowymi była przydatna, ale gospodarka, która przy takich dochodach podatkowych mogła korzystać z pożyczek, gdy potrzebne były duże sumy – na przykład na prowadzenie wojny – była w jeszcze silniejszej pozycji.
Po drugie, jeśli dług narodowy był dobrze zarządzany, to oprócz wzmacniania rządu i jego zdolności do sprawowania władzy przynosił szersze korzyści całej gospodarce, czego dowodził przykład brytyjski. Co najważniejsze, jak pisał Hamilton w 1790 roku, „w krajach, w których dług narodowy jest właściwie zabezpieczony i obdarzony ugruntowanym zaufaniem, spełnia on większość funkcji pieniądza”. Stwierdzenie to nie tylko doskonale opisuje większość zagadnień ekonomii monetarnej, ale także dowodzi, że Hamilton miał znakomity dar obserwacji. Jeśli kupcy, bankierzy i handlowcy wierzą, że papiery wartościowe emitowane przez rząd – takie jak te, które wchodzą w skład długu publicznego – zostaną na pewno spłacone, to tak naprawdę nie różnią się one zbytnio od prawdziwych pieniędzy. Dla londyńskiego bankiera w latach 90. XVIII wieku otrzymanie płatności w złocie nie różniło się zbytnio od wynagrodzenia w postaci brytyjskiego długu publicznego. Oba środki służyły do przechowywania wartości i oba mogły być wykorzystywane do zakupu towarów lub usług. Dług publiczny z gwarancjami skarbu państwa mógł naoliwić tryby szeroko rozumianego systemu finansowego i zapewnić bankierom i pożyczkodawcom formę zabezpieczenia oraz ułatwić zawieranie transakcji i prowadzenie obrotu gospodarczego. Nawet dziś, ponad 200 lat później, dług publiczny pozostaje centralnym elementem krajowych systemów bankowych.
Argumenty Hamiltona miały jeszcze trzeci filar, bardziej zakorzeniony w polityce niż w ekonomii. Uważał on, że dług publiczny „będzie potężnym spoiwem naszej unii”. Była to kolejna ważna obserwacja. Trzynaście stanów tworzących USA różniło się znacznie pod względem wielkości, kultury i struktury – od rolniczych gospodarek opartych na niewolnictwie na południu po handlowe, kupieckie i zurbanizowane regiony na północy. Rozwijały się one w odmienny sposób, były ukształtowane przez różne typy osadników i, chociaż posługiwały się wspólnym językiem oraz miały wspólne doświadczenie zwycięstwa w wojnie o niepodległość, nie było pewności, że utworzona przez nie unia przetrwa na zawsze. Wspólny dług publiczny był instytucją, która miała połączyć te bardzo różne stany.
W kategoriach czysto politycznych i w perspektywie krótkoterminowej taka sytuacja była potencjalnie jeszcze bardziej korzystna. Nawet wspomnienie niedawnej wojny i zwycięstwa nie było tak naprawdę wspólnym doświadczeniem. Weźmy na przykład Nowy Jork. Liczący około 35 tysięcy mieszkańców był największym obszarem miejskim w Stanach Zjednoczonych i zdecydowanie najbogatszym. Jednak pod koniec 1776 roku stał się miejscem klęski armii George’a Washingtona i był okupowany przez Brytyjczyków do 1781 roku. W latach 70. XVIII wieku liczba jego mieszkańców wzrosła w wyniku napływu uchodźców „lojalistów” – czyli kolonistów popierających Brytyjczyków – uciekających przed Amerykanami. Jego mieszkańcy żyli więc w bardzo skomplikowanej sieci powiązań. Przez większą część wojny prowadzili handel z Wielką Brytanią, importowali brytyjskie towary i współpracowali z brytyjskimi finansistami. Miasto, pod względem gospodarczym i finansowym, zasadniczo pozostawało częścią Imperium Brytyjskiego. Choć początkowo pełniło – w pewnym sensie – rolę stolicy Stanów Zjednoczonych, nigdy nie było do końca jasne, na ile naprawdę było po ich stronie.
Hamilton, sam będący nowojorczykiem z wyboru, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że włączenie zadłużenia Nowego Jorku do wspólnego długu publicznego USA będzie miało tę dodatkową zaletę, że zachęci bogate i wpływowe elity miasta do zainteresowania się nowym państwem. Jeśli czyjaś fortuna była powiązana ze zobowiązaniami wobec Stanów Zjednoczonych, osoba ta mogła być bardziej zaangażowana w sukces nowego państwa.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Duncana Weldona „Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina” bezpośrednio pod tym linkiem!
Idea stojąca za Funding Act stała się znana jako „przejęcie” (assumption), ponieważ nowo powstałe Stany Zjednoczone przejęły długi stanów wchodzących w ich skład. Koncepcja była prosta: USA biorą odpowiedzialność za długi wszystkich trzynastu stanów i dodają je do swoich własnych. Wierzyciele nie posiadaliby już zadłużenia Georgii czy New Jersey, ale nowo wyemitowane papiery dłużne całego państwa. Plany te budziły spore kontrowersje. Po pierwsze, sytuacja finansowa poszczególnych stanów była zróżnicowana: niektóre spłaciły większość swoich długów wojennych, inne nie. Niektóre z nich miały szansę odnieść oczywiste krótkoterminowe korzyści. Co znamienne, krok ten oznaczał centralizację władzy kosztem poszczególnych stanów i chociaż Hamilton, znany federalista, popierał silną władzę wykonawczą, to wielu innych wpływowych Amerykanów – zwłaszcza z południa – wolało luźniejsze porozumienie, zapewniające poszczególnym stanom większą autonomię.
Jak wiedzą wszyscy fani musicalu, ustawa została przyjęta, bo Południe zostało „przekupione”: zgodziło się na wspólny dług w zamian za umiejscowienie nowej stolicy USA, Waszyngtonu, pomiędzy Marylandem a Wirginią. Co ważniejsze, nowy system zadziałał. Dług USA, który w 1789 roku był wyceniany na około 60 centów za dolara, już w 1790 roku, kilka miesięcy po uchwaleniu ustawy, był wyceniany na ponad 90 centów.
Hamilton zatem z powodzeniem uwspólnotowił dług Stanów Zjednoczonych, ale nie zakończył jeszcze swojej pracy – jego „moment” jeszcze nie minął. Drugim etapem planu finansowego było utworzenie Narodowego Banku Stanów Zjednoczonych, wzorowanego na Banku Anglii, co okazało się źródłem potężnych sporów w amerykańskiej polityce przez kolejne sześć dekad.
Hamilton chciał instytucji przypominającej ówczesny Bank Anglii – trochę prywatnej, trochę publicznej – która stanowiłaby centrum zarówno systemu obsługującego publiczne zadłużenie, jak i szerszego systemu finansowego. Instytucja ta miałaby pełnić rolę głównego „bankiera” rządu federalnego, służyć jako łącznik między amerykańskimi a światowymi (zasadniczo w tym czasie europejskimi) centrami finansowymi, a poprzez swoje udziały w papierach wartościowych banków stanowych sprawować znaczącą kontrolę regulacyjną nad całym systemem bankowym państwa.
Bank, który później stał się znany jako First Bank – a pierwsze słowo jego nazwy zdradza już część dalszej jego historii – działał od 1791 do 1811 roku i miał siedzibę w Filadelfii. Odniósł sukces, ponieważ system finansowy Stanów Zjednoczonych przez cały okres jego działalności był stabilny. Jednak z politycznego punktu widzenia okazał się problemem. Szybko zaczęto postrzegać go jako instytucję reprezentującą bogatych, w szczególności finansowe elity miast, takich jak Filadelfia, Boston i Nowy Jork. Prowadził politykę finansową, którą sam uznawał za „zdrową”, ale jego krytycy nazywali ją zbyt rygorystyczną. Ogólnie rzecz biorąc, Bank Narodowy ograniczał wzrost liczby i skali udzielanych pożyczek bankowych w USA. Skutkiem, jak w takich sytuacjach bywało zawsze we współczesnej historii gospodarczej, był konflikt między dłużnikami a wierzycielami. Wyższe stopy procentowe oraz bardziej rygorystyczne zasady udzielania kredytów postrzegano jako rozwiązania sprzyjające wierzycielom z północnych metropolii, a zarazem uderzające w uboższych dłużników z rozwijających się stanów zachodnich i południowych.
Dwudziestoletnia koncesja First Bank wygasła w 1811 roku. Hamilton zginął w pojedynku w 1804 roku, a stworzona przez niego instytucja za ledwie siedem lat później zaczęła się rozpadać. Moment był fatalny. W 1812 roku Stany Zjednoczone znalazły się w stanie wojny z Wielką Brytanią. Bez stabilnego wsparcia banku narodowego USA miały trudności z zaciąganiem pożyczek na finansowanie wojny, która generalnie przebiegała źle dla Amerykanów. Waszyngton został zdobyty i spalony. Leżący u podstaw amerykańskiej gospodarki system finansowy pogrążył się w chaosie.
Można by stwierdzić, że to był kolejny moment hamiltonowski, ale i tym razem nie trwał długo. Wielką zmianę ponownie wymusiła wojna – choć tym razem poprzez swoje zakończenie. Przez większą część pierwszych dwóch i pół dekady istnienia Stanów Zjednoczonych rewolucyjne i napoleońskie wojny szalały w Europie. Ograniczało to zarówno handel międzynarodowy, jak i globalne przepływy kapitału i spowodowało, że USA rozwijały się w dużej mierze jako gospodarka niepodlegająca wpływom zewnętrznym. Pokój w Europie położył temu kres. Zakończenie walk oznaczało, że zasoby rywalizujących potęg – a zwłaszcza Wielkiej Brytanii – nie były już w pierwszej kolejności kierowane na finansowanie armii i flot uwikłanych w prawdziwie globalny konflikt. Mogły teraz zostać przeznaczone na poszukiwanie bardziej zyskownych przedsięwzięć.
Był to również okres, w którym trwająca rewolucja przemysłowa, głównie w Wielkiej Brytanii, naprawdę zaczęła nabierać tempa. Wynaleziona kilka lat wcześniej odziarniarka bawełny miała zrewolucjonizować produkcję tekstyliów. Podczas gdy wcześniej oddzielano nasiona od włókien ręcznie – co było żmudnym i długotrwałym procesem – odziarniarka umożliwiała szybkie i stosunkowo tanie wykonanie tej pracy. W rezultacie popyt na bawełnę gwałtownie wzrósł. W kolejnych dziesięcioleciach nastąpiła równie ważna rewolucja w technologii transportu: gwałtownie przyspieszył rozwój sieci kanałów, a wkrótce potem także kolei.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Duncana Weldona „Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina” bezpośrednio pod tym linkiem!
To właśnie te globalne zmiany technologiczne i gospodarcze zmieniły Stany Zjednoczone w latach 1820-1850. W 1820 roku populacja USA wynosiła około 7 milionów mieszkańców, z czego jedynie około miliona mieszkało na zachód od Appalachów – a większość z nich w Kentucky. Globalny popyt na bawełnę i zboża północnoamerykańskie oraz możliwość szybkiego transportowania ich do portów na wschodnim wybrzeżu za pomocą kanałów, a później kolei, doprowadziły do gwałtownej ekspansji na zachód kontynentu. Na przestrzeni kilku dekad granica Stanów Zjednoczonych przesuwała się w tym kierunku o około 30 kilometrów rocznie, a na nowo zajmowane tereny szerokim strumieniem napływały ludność i kapitał. Do 1850 roku populacja USA sięgnęła 23 milionów, z czego połowa mieszkała już na zachód od Appalachów.
Jednak raz jeszcze dawne polityczne napięcia między wierzycielami a dłużnikami dały o sobie znać. Podczas gdy zachód i znaczna część południa przeżywały rozkwit napędzany gwałtownym wzrostem eksportu produktów rolnych oraz inwestycjami w infrastrukturę transportową, północ – a zwłaszcza stara, zurbanizowana północno-wschodnia część kraju – pozostawała bardziej stabilna. Podobnie jak w latach 90. XVIII wieku i na początku XIX wieku ta ekonomiczna dywergencja wywołała zacięty spór o strategię Banku Narodowego.
Tak zwana wojna bankowa była poważnym politycznym konfliktem w latach 20. i wczesnych 30. XIX wieku, który podzielił zwolenników polityki pieniężnej sprzyjającej dłużnikom, głównie z zachodu i południa, i zwolenników bardziej restrykcyjnej polityki sprzyjającej wierzycielom, głównie z północy.
Daniel Webster, przedstawiciel stanu Massachusetts, opowiadał się za argumentacją Hamiltona, zgodnie z którą restrykcyjna polityka – lub, jak sam ją nazwał, „rozsądna” – w dłuższej perspektywie zdecydowanie służyła interesom narodowym. Uważał, że „pozwoliła stworzyć armię, wyposażyć flotę wojenną i, triumfując brutalną przewagą samych liczb, zapewniła krajowi przewagę opartą na fundamencie inteligencji, bogactwa i dobrze ukierunkowanego przemysłu” – wyobraźmy sobie te słowa wypowiedziane z brytyjskim akcentem z lat 20. XIX wieku… Argumenty Webstera nie przyniosły jednak oczekiwanych przez niego rezultatów. W 1832 roku Andrew Jackson, prezydent uważany za dość populistycznego polityka, pochodzący z zachodniego Tennessee, zawetował przedłużenie koncesji Second Bank. Hamilton po raz kolejny poniósł porażkę. W 1837 roku Second Bank przestał istnieć.
Ten czas w historii Stanów Zjednoczonych jest chętnie pomijany przez komentatorów oczekujących momentu hamiltonowskiego w strefie euro. Od końca lat 30. do lat 50. XIX wieku amerykański system monetarny wyglądał podobnie jak współczesny system wspólnej waluty europejskiej. Choć wszystkie stany używały dolara, pod tą nazwą kryła się cała masa lokalnych różnic.
Skoro politycy popierający interesy dłużników wygrali, to po rozwiązaniu banku narodowego kontrola nad polityką bankową w dużej mierze wróciła do rąk poszczególnych stanów. Zwolennicy łagodniejszej polityki kredytowej i monetarnej mogli zakładać lokalne banki, które prowadziły działalność bez kurateli banku centralnego w Filadelfii. W 1830 roku w Stanach Zjednoczonych działało około 500 banków, a w 1860 roku już ponad 1500. W tym samym okresie łączna wartość kredytów wzrosła z około 200 milionów do 700 milionów dolarów.
Jednak nie wszystkie banki były tworzone na takich samych zasadach. W stanach takich jak Georgia, Alabama i Michigan władze ułatwiały zakładanie takich instytucji finansowych i nakładały stosunkowo niewiele ograniczeń dotyczących utrzymywania rezerw. Co więcej, rezerwy były zazwyczaj nie w postaci złota lub amerykańskich papierów dłużnych, ale papierów stanowych, lokalnych. Należy pamiętać, że chociaż wszystkie nie spłacone długi stanowe zostały przejęte przez bank narodowy w 1790 roku, to stany miały możliwość emisji nowych obligacji po tej dacie.
W rezultacie, choć wszyscy posługiwali się walutą zwaną „dolarem”, charakter i realna wartość tych dolarów bardzo się między sobą różniły. Podczas gdy stany takie jak Nowy Jork czy Massachusetts prowadziły ostrożną politykę fiskalną i utrzymywały niskie zadłużenie, inne, jak Alabama czy Georgia, zadłużały się na dużą skalę. Ogólnie rzecz biorąc, banki każdego stanu funkcjonowały w ścisłym związku z tym, w jaki sposób dany stan się zadłużał i jak handlowano jego papierami dłużnymi.
Ludzie szybko zorientowali się, że banknot z nowojorskiego banku był w rzeczywistości więcej wart niż banknot z banku w Alabamie. Nowojorski bank miał zazwyczaj wyższe rezerwy, a w tych rezerwach trzymał obligacje stanu Nowy Jork, uznawane przez rynek za solidne i godne zaufania. Bank w Alabamie był natomiast znacznie bardziej obciążony ryzykiem: dysponował mniejszymi rezerwami, a to, co formalnie stanowiło jego „poduszkę bezpieczeństwa”, było najczęściej wierzytelnością wobec własnego rządu stanowego, który zadłużył się ponad miarę i w razie problemów mógł po prostu nie mieć gotówki na spłatę. W efekcie, choć oba banknoty nazywały się „dolarem” i żaden z nich nie był tak pewny jak centralnie emitowana złota moneta dolarowa, różnica w ich realnej wartości mogła być bardzo duża.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Duncana Weldona „Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina” bezpośrednio pod tym linkiem!
Prasa finansowa regularnie informowała czytelników o wartości banknotów różnych instytucji. Na przykład na początku lat 40. XIX wieku banknoty z Nowego Jorku i Massachusetts były sprzedawane po cenie niższej od nominalnej o zaledwie 1–2 centy na dolara, podczas gdy banknoty z Tennessee były sprzedawane za 10 centów mniej, a banknoty z Alabamy i Illinois blisko 30 centów mniej.
W czasie paniki z 1837 roku – kryzysu finansowego spowodowanego spadkiem cen ziemi na zachodzie – osiem stanów i jedno terytorium nie spłaciło swoich długów. Ceny obligacji wszystkich nadmiernie zadłużonych stanów gwałtownie spadły, co spowodowało wzrost kosztów zaciągania pożyczek. Tymczasem przedstawiciele (parlamentarzyści na poziomie federalnym) bardziej „rozważnych” stanów, głównie na północy, zawetowali wszelkie centralne programy ratunkowe dla regionów, które nadmiernie się zadłużyły. Podobnie jak niemieccy politycy na początku 2010 roku pytający, dlaczego ich podatnicy mieliby ratować Greków, przywódcy Nowego Jorku nie chcieli ryzykować swoich pieniędzy, ratując Georgię.
Tym, co przywróciło moment hamiltonowski do centrum debaty i faktycznie zamieniło północnoamerykański zbiór rozmaitych „dolarów” w jednego, realnego dolara, była wojna secesyjna z lat 1861-1865. Wojna, jak często bywało w historii, stworzyła nowy system bodźców, w jakim działali kluczowi decydenci, i wymusiła powstanie nowych instytucji.
Zmiany w strukturze bodźców są łatwiejsze do zrozumienia. Przez większą część okresu od lat 90. XVIII wieku aż do lat 60. XIX wieku o kształcie amerykańskiej polityki finansowej decydowało ścieranie się dwóch podejść: jednego, które sprzyjało dłużnikom, i drugiego, które sprzyjało wierzycielom. Z grubsza rzecz biorąc, strona sprzyjająca wierzycielom opowiadała się również za silniejszą władzą wykonawczą na szczeblu federalnym, natomiast obóz prodłużniczy kojarzył się raczej z argumentami na rzecz praw stanów i ich autonomii. W wyniku tego sporu w ciągu kilku dziesięcioleci dwukrotnie utworzono i dwukrotnie rozwiązano bank narodowy. Wojna secesyjna zmieniła tę sytuację, gdy usunęła z gry znaczną część frakcji sprzyjającej dłużnikom i nastawionej na autonomię stanów. Stany, które odłączyły się od Unii, należały do tego obozu, a po ich odejściu przewaga przesunęła się na stronę zwolenników wierzycieli i silnej władzy centralnej.
Zwolennicy planu Hamiltona mogli realizować swój projekt bez balastu wcześniejszych sporów i napięć. Biorąc pod uwagę kształt polityki amerykańskiej po wojnie secesyjnej oraz osłabienie Południa utrzymujące się przez kilka dziesięcioleci, mogli wprowadzić reformy systemu finansowego USA i utrudnić ich cofnięcie.
Jednak zmiany, które zaszły, nie dotyczyły wyłącznie niedokończonej przebudowy systemu z lat 90. XVIII wieku, ale odzwierciedlały również pilne potrzeby wojskowe. W lipcu 1861 roku, zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu walk, Stany Zjednoczone wyemitowały tzw. banknoty na żądanie o łącznej wartości 50 milionów dolarów. Banknoty te zostały oficjalnie sklasyfikowane jako forma pożyczki, ale nie były oprocentowane. Teoretycznie można je było wymienić „na żądanie” na prawdziwe złoto, stąd ich nazwa, ale w praktyce było to trudne. Nowe banknoty, zadrukowane po jednej stronie zielonym tuszem, szybko stały się znane jako „zielone” (greenbacks), a od tego czasu ta nazwa przylgnęła do dolara już na zawsze. Banknoty były używane do opłacania bieżących rachunków za amunicję i wynagrodzeń szybko rozrastającej się armii federalnej.
W 1862 roku rząd poszedł jeszcze dalej. W miarę przedłużania się wojny i wzrostu wydatków stało się jasne, że banknoty „na żądanie” nie są trwałym rozwiązaniem. Ich wartość spadała z miesiąca na miesiąc, ponieważ zwycięstwo wydawało się coraz mniej pewne.
Chociaż rząd mógł płacić swoim żołnierzom takimi banknotami, inni kontrahenci coraz bardziej niechętnie je akceptowali. Rozwiązaniem była ustawa o prawnym środku płatniczym wprowadzająca nowoczesnego dolara, czyli papierową walutę, która w tamtym czasie nie była niczym zabezpieczona. Napis na banknocie głosił: „W Bogu pokładamy ufność” (In God We Trust). Abraham Lincoln, prezydent znany ze swojego poczucia humoru, zauważył jednak, że bardziej odpowiednim cytatem biblijnym byłby: „Srebra i złota nie mam, ale co mam, to ci daję”.
Każdy banknot został uznany za prawny środek płatniczy do regulowania zobowiązań oraz zakupu towarów i usług, a stosowanie innych form waluty zostało wyraźnie zabronione. Późniejsza ustawa National Banking Act poszła jeszcze dalej, zezwalając na emisję papierowego pieniądza – w postaci zielonych banknotów – wyłącznie przez Departament Skarbu USA lub przez banki federalne, które musiały przestrzegać tak surowych przepisów, że ich banknoty były zasadniczo takie same jak „zielone”. Stany Zjednoczone potrzebowały możliwości szybkiego zakupu zaopatrzenia wojennego. Zielone banknoty to zapewniały. Jednocześnie ustawa przekreśliła trzy dekady dotychczasowej polityki finansowej i w sposób fundamentalny odmieniła amerykański system bankowy.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Duncana Weldona „Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina” bezpośrednio pod tym linkiem!
Wartość dolara amerykańskiego, mierzona w złocie, w kolejnych latach nadal się wahała. W ciągu 1862 roku i na początku 1863 roku jego kurs stopniowo spadał, aż 152 dolary w „zielonych” były traktowane jako równowartość 100 dolarów w złocie. Zwycięstwo Unii pod Gettysburgiem w lipcu 1863 roku zapoczątkowało ożywienie gospodarcze, które trwało do połowy 1864 roku. Gdy wojna dobiegła końca w 1865 roku, Kongres zgodził się ograniczyć emisję banknotów i wprowadzić limit ich łącznej ilości w obiegu. Cena nadal rosła aż do 1878 roku, około trzynaście lat po zakończeniu wojny, kiedy to osiągnęła parytet ze złotem. Zajęło to dużo czasu, ale dolar był w końcu naprawdę tak dobry jak złoto.
Południe również próbowało sfinansować swoją wojnę za pomocą papierowych pieniędzy, a konkretnie poprzez szare banknoty, które po raz pierwszy wyemitowano w marcu 1861 roku, jeszcze przed rozpoczęciem walk. Nie powiodło się to. Porażka ta odzwierciedla szerszą nierównowagę sił, która charakteryzowała cały konflikt. Prawie 90 procent całej produkcji przemysłowej USA w 1861 roku przypadało na stany, które pozostały w Unii. Północ produkowała 32 tysiące sztuk broni palnej na każde 100 sztuk wytwarzanych przez Konfederację. Północ miała 23 miliony mieszkańców, podczas gdy Południe miało tylko 9 milionów, a jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Południe (przez większość wojny) odmawiało wykorzystywania niewolników jako żołnierzy, nierównowaga była jeszcze większa. Unia liczyła około 3,5 miliona mężczyzn w wieku poborowym (od 18 do 45 lat), podczas gdy Południe miało tylko milion białych mężczyzn. Podczas gdy 75 procent poborowych na Południu trafiło do służby wojskowej, na Północy była to tylko połowa – proporcja wystarczająco wysoka, aby zapewnić silną przewagę liczebną, a jednocześnie umożliwić funkcjonowanie gospodarki. Ponadto Południe rozpoczęło wojnę, dysponując zaledwie 13 procentami banków i 29 procentami torów kolejowych.
Jednak nie tylko początkowy rozkład zasobów sprzyjał Północy. Z samej swojej natury kultura polityczna Południa kładła nacisk na autonomię stanów – co było, przynajmniej w mniemaniu tej strony konfliktu, przyczyną secesji – i charakteryzowała się głęboko zakorzenionym sceptycyzmem wobec silnej władzy centralnej. Drastyczne i radykalne plany hamiltonowskie wprowadzone na Północy w latach 1861-1863 bez wątpienia byłyby trudniejsze do wdrożenia na obszarze Konfederacji.
Pierwsze banknoty zamówione przez Konfederację zostały wydrukowane w Nowym Jorku, a następnie przemycone na południe, ponieważ tak wielkie były braki zdolności produkcyjnych. Podobnie jak zielone banknoty Północy, papierowe pieniądze Południa nie były oprocentowane i nie można ich było od razu wymienić na metale szlachetne. Obiecano jednak, że banknoty będą wykupione „w ciągu sześciu miesięcy od podpisania traktatu pokojowego między Stanami Zjednoczonymi a Konfederacją”. Liczono, że szybkie zwycięstwo doprowadzi do ugody finansowej, która pokryje koszty wojny. Obietnicę tę później wydłużono do „dwóch lat” po zakończeniu wojny.
W kolejnych latach stany południowe wprowadziły aż siedemdziesiąt dwa różne wzory banknotów. Często były kiepskiej jakości, powstał więc raj dla fałszerzy. Kilka stanów, w tym Wirginia i Alabama, również drukowało i emitowało własne banknoty, co dodatkowo pogłębiało ogólny chaos finansowy. Pod koniec wojny dolar konfederacki był wart około 3 centów w dolarach emitowanych przez Unię.
Unia mogła emitować papierowe pieniądze bez pokrycia, ponieważ miała siłę finansową i gospodarczą, by utrzymać wiarygodność waluty. Konfederacji takiej siły brakowało, zwłaszcza że szanse na szybki koniec wojny rozwiały się już w 1861 roku. Niechęć Południa do podjęcia zdecydowanych działań koniecznych, by papierowy pieniądz naprawdę działał – takich jak zakaz emisji konkurencyjnych banknotów – tylko pogłębiała te problemy.
Bank Anglii i współczesny funt szterling powstały pod wpływem potrzeb drugiej wojny stuletniej między Brytanią a Francją. Współczesny dolar amerykański w znanej dziś formie narodził się pod presją wojny secesyjnej. Ci, którzy wzywają do realizacji europejskiego momentu hamiltonowskiego, powinni pamiętać o dwóch rzeczach: po pierwsze, nie był to moment, lecz wynik kilku dekad pracy; po drugie, i być może ważniejsze, dokończenie dzieła Hamiltona wymagało katalizatora w postaci czterech lat brutalnych walk. Prawdziwym wyzwaniem Europy jest znalezienie sposobu osiągnięcia tego samego efektu bez rozlewu krwi.
