Joanna Olczak-Ronikier – „Korczak. Próba biografii” – recenzja i ocena

opublikowano: 2026-08-13, 09:30
wolna licencja
Janusz Korczak jest dziś legendą i jednym z pionierów nowoczesnej pedagogiki. Znamy jego dorobek, ale znacznie mniej oczywisty jest człowiek kryjący się za tą legendą. Jakim był człowiekiem, czym się kierował i dlaczego związał swoje życie z dziećmi? Na te pytania odpowiada Joanna Olczak-Ronikier w książce „Korczak. Próba biografii”.
reklama

Joanna Olczak-Ronikier – „Korczak. Próba biografii” – recenzja i ocena

Joanna Olczak-Ronikier
„Korczak. Próba biografii”
nasza ocena:
8/10
cena:
69,99 zł
Wydawca:
Wydawnictwo W.A.B.
Rok wydania:
2026
Okładka:
twarda
Liczba stron:
544
ISBN:
978-83-8449-006-8
EAN:
9788384490068

Żeby zrozumieć późniejsze decyzje Korczaka, autorka zaczyna od jego domu rodzinnego i żydowskiego pochodzenia. Józef Goldszmit – bo tak naprawdę nazywał się Korczak – dorastał w środowisku, w którym dziecko zajmowało szczególne miejsce. W tradycyjnym żydowskim domu było postrzegane jako dar Boży, a troska o jego zdrowie, edukację i przyszłość stanowiła jeden z podstawowych obowiązków rodziny.

Dzieci w żydowskim domu traktowano jak najcenniejszy dar boży. Troska o ich zdrowie, wykształcenie, przyszłość stanowiła sens życia rodziny. Role wychowawcze były sprawiedliwie rozdzielone. Ojciec karcił, gonił do modlitwy i do nauki, matka chwaliła, karmiła i rozpieszczała. Do dziś powiedzenie „jidysze mame” oznacza nadopiekuńczą i bezkrytyczną miłość.

Rodzinny dom nie był jednak wyłącznie przestrzenią czułości. Korczak doświadczał również surowości ojca i własnych dziecięcych lęków. Olczak-Ronikier nie sprowadza jego późniejszego zainteresowania wychowaniem do prostego mechanizmu psychologicznego, ale pokazuje, że doświadczenia dzieciństwa stały się jednym z elementów jego późniejszej wrażliwości na problemy najmłodszych.

W młodości Korczak był postrzegany przede wszystkim jako pisarz, dlatego jego decyzja o podjęciu studiów medycznych zaskoczyła najbliższych. Medycyna szybko stała się jednak czymś więcej niż tylko zawodem. Wiedza zdobyta podczas studiów i późniejszej praktyki okazała się ważnym narzędziem w jego pracy z dziećmi.

Jeszcze ważniejsza była decyzja o założeniu Domu Sierot. Od tego momentu opieka nad dziećmi przestała być jednym z wielu zajęć Korczaka, a stała się zasadniczym celem jego życia.

Przypominam sobie chwilę, gdy postanowiłem nie zakładać własnego domu. Było to w parku koło Londynu. Niewolnik nie ma prawa mieć dzieci. Żyd polski pod zaborem carskim. I zaraz odczułem to jako zabicie samego siebie. Z siłą i mocą poprowadziłem swoje życie, które było na pozór nieuporządkowane, samotne i obce. Za syna wybrałem ideę służenia dziecku i jego sprawie. Na pozór straciłem.

Połączenie medycyny i pedagogiki pozwoliło mu stworzyć model opieki nad dziećmi, który wykraczał daleko poza zapewnienie im dachu nad głową i wyżywienia. Korczak przez lata pomagał również dzieciom z najuboższych rodzin, często bez wynagrodzenia. W jego podejściu troska o dziecko oznaczała nie tylko leczenie choroby, lecz także uważność na jego emocje, lęki i codzienne potrzeby.

reklama
Wieczorem jodynował skaleczone palce, smarował wazeliną popękane wargi, rozdawał lekarstwo na kaszel. Potem opowiadał bajkę. Wreszcie szedł do siebie. Na korytarzu mijał pannę Stefę. Mówili sobie: „Dobranoc”. Ale zaraz wzywała go, bo któregoś z chłopców ząb rozbolał, płakał. Musiał dać lekarstwo, pocieszyć. Za chwilę rozpłakał się inny. Miał zły sen albo tęsknił za rodziną. Siedział przy nim, uspokajał: „No, śpij już, śpij synusiu”.

Ta praktyczna znajomość problemów wychowawczych przydała mu się także podczas I wojny światowej. Zmobilizowany w 1914 roku Korczak trafił jako lekarz w okolice Kijowa. Nie ograniczył się tam do obowiązków wojskowych. Odwiedzał placówki opiekuńcze i interesował się ich funkcjonowaniem. W jednym z internatów dla polskich uczniów, prowadzonym przez Marię Falską, w ciągu zaledwie kilku dni wprowadził rozwiązania, które wcześniej sprawdził w Domu Sierot.

Już podczas trzydniowego pobytu w kijowskim ośrodku Korczak pokazał, na czym polegała jego metoda wychowawcza. Uporządkował życie placówki, wprowadzając elementy samorządności, a w sprawie niesłusznie oskarżonego o kradzież trzynastolatka zastosował znany z Domu Sierot sąd koleżeński. Dzieci nie tylko przekonały się dzięki temu, że mogą uczestniczyć w rozstrzyganiu własnych spraw, ale także że ich prawa mają realne znaczenie.

Późniejsze lata przyniosły doświadczenia znacznie trudniejsze. Wojna i okupacja sprawiły, że liczba dzieci potrzebujących pomocy gwałtownie rosła. Dom Sierot musiał przyjmować kolejnych podopiecznych, a Korczak zabiegał o żywność, pieniądze i podstawowe środki do życia. Pisał apele do instytucji i osób prywatnych, szukając wsparcia wszędzie, gdzie było ono jeszcze możliwe.

W pierwszych miesiącach okupacji liczba podopiecznych w Domu Sierot wzrosła. Trzeba było przygarnąć dzieci, które straciły bliskich podczas bombardowania Warszawy, a także przyjezdnych z innych miast. Centos przejął odpowiedzialność za kilkanaście sierocińców i internatów warszawskich i podwarszawskich – między innymi za sierociniec Korczaka. Ale trudno było sprostać rosnącym potrzebom. Inicjatywę przejmował więc Doktor. Kierował do społeczeństwa odezwy i apele o pomoc.
reklama

Pomoc, nawet jeśli udawało się ją zdobyć, szybko okazywała się niewystarczająca. Największym problemem stał się głód. Dzieci umierały nie tylko wskutek wojennych obrażeń, lecz także z powodu chronicznego niedożywienia. W pewnym momencie opiekunowie musieli podejmować decyzje, których nie sposób uznać za moralnie sprawiedliwe: komu podać żywność, jeśli nie wystarczy jej dla wszystkich?

Prawie co dzień pojawiał się w Głównym Domu Schronienia. Miał zajmować się zakładem przez miesiąc, ale pozostał mu wierny do końca. W Pamiętniku ciągle powtarzają się wzmianki, że musi zajrzeć na Dzielną. Mimo rozpaczliwych starań działo się tam coraz gorzej. Oficjalne przydziały żywności były tak małe, że na dziecko przypadało około trzystu kalorii. Nie miały dość sił, żeby płakać. Umierały cichutko z głodu. Ludwik Hirszfeld pisał: „Gdyby chciał nakarmić wszystkie dzieci, zginęłyby one w ciągu niewielu miesięcy. Bo żyć niepodobna przy tej ilości kalorii. Wobec tego zdecydował się nie karmić niemowląt, by uratować dzieci, które już miały świadomość tego, że żyją”.

W tym miejscu biografia Korczaka przestaje być opowieścią o pedagogicznych eksperymentach czy społecznej działalności, a staje się historią człowieka postawionego wobec sytuacji granicznej. Szczególnie wyraźnie widać to w opowieści o jego ostatniej drodze.

Istnieją relacje i wspomnienia sugerujące, że Korczak mógł uniknąć deportacji do Treblinki, lecz zdecydował się pozostać ze swoimi wychowankami. Nie mamy jednak pewności, jak dokładnie wyglądały jego ostatnie chwile przed transportem. Sama legenda o możliwości ocalenia i jej odrzuceniu jest jednak znacząca: dobrze współgra z konsekwencją, z jaką przez całe życie traktował odpowiedzialność za swoich podopiecznych. Człowiek, który świadomie zrezygnował z własnej rodziny, by poświęcić życie dzieciom pozbawionym opieki, prawdopodobnie nie zdecydowałby się opuścić ich także w obliczu śmierci.

reklama

Książka Joanny Olczak-Ronikier ma jednak wartość nie tylko dlatego, że opowiada historię człowieka, którego biografia niemal sama prosi się o pomnik. Jej mocną stroną jest przede wszystkim sposób prowadzenia narracji. Autorka pisze barwnie i potoczyście, dzięki czemu mimo znacznej objętości książkę czyta się bez większego wysiłku. Liczne fragmenty listów i Pamiętnika Korczaka pozwalają zejść z poziomu biograficznego opisu do konkretu: codziennych problemów, emocji i drobnych decyzji.

Dzięki temu Korczak nie pozostaje wyłącznie symbolem. Staje się człowiekiem – z własnymi słabościami, przekonaniami, dylematami i konsekwencjami podejmowanych decyzji. I właśnie ten wymiar książki wydaje się jej największą zaletą.

Trudno natomiast znaleźć równie mocne uzasadnienie dla obszernego wątku dotyczącego wolnomularstwa. Sam fakt zainteresowania Korczaka masonerią jest oczywiście istotny dla pełnego obrazu jego światopoglądu. Problemem jest raczej proporcja. Opisy inicjacji, informacje dotyczące funkcjonowania środowiska wolnomularskiego oraz osobiste komentarze autorki na temat jego idei zajmują w książce zbyt wiele miejsca w stosunku do znaczenia tego wątku dla zasadniczej opowieści.

Momentami można odnieść wrażenie, że autorka przestaje opowiadać o Korczaku, a zaczyna opowiadać o własnym zainteresowaniu tym zagadnieniem. Ma do tego oczywiście prawo, pytanie jednak, czy w biografii poświęconej tak wielowątkowej postaci dygresja nie zaburza proporcji. Przy tak bogatym materiale dotyczącym samego Korczaka dodatkowe rozważania tego rodzaju wydają się po prostu zbędne. Rozmiar publikacji jest raczej konsekwencją jej rozmachu niż rzeczywistym mankamentem.

„Korczak. Próba biografii” to więc książka wartościowa, dobrze napisana i – co najważniejsze – pozwalająca zobaczyć przede wszystkim człowieka. Jej największym atutem jest właśnie ta próba odbrązowienia, lub raczej: ukazania ludzkiej strony bohatera bez odbierania mu wielkości. Zastrzeżenia budzi przede wszystkim nadmiernie rozbudowany wątek wolnomularstwa, który nieco rozsadza konstrukcję całości.

Nie zmienia to jednak ogólnej oceny – jest to udana biografia popularnonaukowa, która przybliża Korczaka bez nadmiernego patosu, a zarazem pozwala lepiej zrozumieć, skąd wzięła się jego konsekwencja w służbie dzieciom.

Zainteresowała Cię nasza recenzja? Zamów książkę Joanny Olczak-Ronikier „Korczak. Próba biografii”!

reklama
Komentarze
o autorze
Katarzyna Promińska
Absolwentka Akademii Pomorskiej na kierunku: filozofia. Obecnie pracuje w placówce edukacyjnej. Zainteresowania historyczne odziedziczone po dziadku, głównie dotyczą historii Polski, chociaż nie zawsze.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone