Mieszko I i ukryty skarb

opublikowano: 2026-08-16, 16:56
wszelkie prawa zastrzeżone
Mieszko rusza pod Brennę, lecz już planuje kolejne uderzenie. Tymczasem w ręce jego drużynników wpada Słowianin, który ukrył srebro. Nie wie jeszcze, że jego tajemnica może kosztować go znacznie więcej niż utrata skarbu...
reklama

Ten tekst jest fragmentem książki Roberta F. Barkowskiego „Opowieści piastowskie”.

Mieszko kruszy w swym państwie bałwany pogańskie, grafika z Album Wileńskie Jana Kazimierza Wilczyńskiego (rys. z 1850 roku)

Mieszko wysłuchiwał wyjaśnień syna z trudem tłumiąc zniecierpliwienie. Ganił się w duchu, ale cóż, sam sobie winien, że zezwolił mu na przejęcie inicjatywy w naradzie. Co gorsza, wodzowie i doradcy wokół, w miarę wywodów książęcego syna jakby dawali się oplątać czarowi jego słów.

Mieszko nie wytrzymał:

– Ostudźcie łby! Wodzi was niczym pogwizdywanie durnej fujarki ogłupiałe gęsi po podwórcu.

– Ostaw syna – sprzeciwił się namiestnik Santoka. – Mądrze prawi. Na co nam siły pod Brenną wykrwawiać, kiedy nieopodal Kopanik.

Mieszko zaperzył się:

– Kopanik nie do zdobycia! Ilekroć już żeśmy próbowali?

Dowódca jazdy zauważył:

– Książę, Bolesław przedni plan przedstawił. Wykazał się dotąd nie tylko nieprzeciętnym męstwem w bojach, ale sprytem i chytrością niejednego weterana zadziwił.

Mieszko odmachnął z poirytowaniem dłonią:

– Ja w jego wieku uczyłem się od starszych wojowników jak własnym sikiem uleczyć jątrzenie rany po strzale. Mimo to zdobyłem dla ojca Gdańsk.

Milczący dotąd Czcibor wtrącił:

– Gdańsk zdobyłeś, bom ci podstępem posłużył bracie. Coś się zaparł przeciwko synowi? Bez podjęcia ryzyka zasiądźmy od razu przy niewieścich kądzielach.

– Nie mieszaj ryzyka z pewnym wysłaniem na śmierć moich zastępów – odparł mu karcąco książę. – Wojownicy podpłyną pod wyspę z grodem pod wodą oddychając wystawionymi nad lustro trzcinowymi rurkami, tak? Taki jest plan Bolka? W ilu popłyną? Stu, trzystu, więcej? Chyba więcej, skoro muszą się wdrapać na wał i zdobyć koronę palisady. Silnie bronionej palisady, wiecie o tym doskonale, w grodzie co najmniej ośmiuset przednich szprewiańskich wojowników. Oprócz tego załoga stodorańska i ludność gotowa za broń chwycić. Na koronie co najmniej stu ichniejszych nieustannie wypatrujących otaczające wody, bo przecież wiedzą, że zmierzamy pod Brennę. Myślicie, że są ślepi i nie dojrzą kilkuset wystających nad wodę trzcinek zmierzających w kierunku wyspy? Albo niech tylko który z naszych zakrztusi się pod wodą i wypłynie na powierzchnię, masakra gotowa.

– Można by nocą – wtrącił naburmuszony Bolesław.

– Nocą liczne patrole na łódkach oświetlają wody pochodniami – odparł mu spokorniałym głosem namiestnik Santoka.

reklama

Mieszko powstawszy począł się przechadzać między zebranymi. Po chwili oznajmił:

– Sojusz z cesarstwem zobowiązuje do stawienia się zbrojnie pod Brenną. Czeka nas tam okrutna walka o stolicę Stodoranii. Mimo że wspólnie z Sasami siłę wielką stanowimy, ale na pomoc stolicy Stodoranów nadchodzą zastępy Lutyków. Jako margrabia z nadania regentki Teofano na ziemie Lutyków zobowiązany jestem do wojowania z nimi w imieniu cesarstwa. Nie w tym trudność jak zdobyć Kopanik – uczynił przerwę rozglądając się z namysłem po obserwujących go twarzach – lecz by dokonać tego bez własnych strat. Pojmujecie?

Po dłuższej chwili jako pierwszy odezwał się Bolesław:

– Czyli jednak napieramy na Kopanik, ojcze?

Mieszko przystanąwszy przy nim położył mu obie dłonie na ramionach. Lekko się uśmiechnąwszy rzekł:

– Tak, dumo naszego księstwa, lecz wedle mojego zamysłu. Przed wszystkim nie teraz, ale gdy będziemy wracać spod Brenny.

* * *

Łódź bujała się na łagodnych falach, kołysząc miarowo ciałem niewyspanego Śćmicha. Głowa chyliła brodą ku piersi, z trudem podnosił ociężałe powieki. Że też na niego padło! Prawie całą noc strawił na zakopywaniu zdobycznych monet. Poszedł hen, aż pod zabagnioną puszczę na wschodzie, gdzie Szprewa przez jezioro przepływa. Ostrożności nigdy za wiele, zawistni sąsiedzi, brat żony który już kiedyś go z jej polecenia śledził… tak, każdy każdemu wydarłby ostatni kawałek skruszonego srebra. Miejsce znalazł odpowiednie, na niewielkim pagórku w korzeniach olbrzymiego dębu, skrytka w sam raz na owinięty szmatami gliniany dzban wypełniony połamanymi monetami. Zdobycz po ostatniej wyprawie przeciwko Sasom. Wracając natknął się nieopatrznie na niedźwiedzi barłóg. Rozdrażniona bestia goniła za nim uparcie przez dwie mile. Musiała być matka, bo kątem oka dojrzał dwa biegnące przy niej miśki. Takie zajadłe. Ledwo uszedł spod morderczych pazurów, ratując się skokiem w ciemną toń Dębowej, dopływu Sprewy. Stąd mocno pobłądził w ciemnościach. Do grodu dotarł na krótko przed świtem, słaniający się z umęczenia, dygoczący na ciele ze strachu. Nadchodzące zło rozpoznał w żonie, stojącej przed wejściem do domostwa z założonymi na piersiach rękoma. Z bijącej w jej twarzy zajadłości i gniewnego tonu z jakim coś perorowała stojącemu obok wodzowi oddziałów patrolowych wyczuł, że na ten czas Trzygław i pomniejsi bogowie zsyłają na niego nieszczęście. Przeczucie go nie zawiodło. Wódz nakazał mu wyruszyć natychmiast łodzią na zakole Dębowej, trzy mile na południe od grodu. Miał się zaszyć na płyciznach nieopodal brodu, warować do upadłego i wypatrywać pojawienia się polskich wojowników.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Roberta F. Barkowskiego „Opowieści piastowskie” bezpośrednio pod tym linkiem!

Robert F. Barkowski
Opowieści piastowskie
cena:
35,70 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
RYTM
Rok wydania:
2026
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
140
Format:
145x210 mm
ISBN:
978-83-68809-78-7
EAN:
9788368809787
reklama
Graficzna rekonstrukcja grodu Brenny ok. 1100 roku (aut. RonnyKrüger)

– Rozgorzała wojna nie chce ugasnąć – oznajmił wódz. – Przed miesiącem przeszły tędy zastępy Polaków w pochodzie na Brennę. Potem Lutycy. Zwiadowcy donieśli, że walki o Brennę zakończone. Mieszko z armią wracają do Polski. Znowu przejdą południowym obrzeżem naszego grodu. Armia Lutyków z samym naczelnym kapłanem wraca nad Dołężę, ale nie wiemy czy nie poważą się na zaatakowanie nas. Każdy nastawa na nasz Kopanik. Drapieżny Mieszko z licznymi zastępami niepocieszony niepowodzeniem pod Brenną. Takem dwie armie ciągną przez naszą ziemię. Śmierć, zniszczenie i pożoga zawisły nad nami. Musimy przygotować gród na najgorsze. Zrozumiałeś ważność zadania?

– Kiedy ja całą noc w puszczy spędziłem – próbował oponować Śćmich.

– Bo skarby przed rodziną ukrywa! – zakrzyknęła żona. – Potajemnie nas z dobytku okrada! O!

– Ulituj się nad mężem, zacna kobieto – skarcił ją wódz. – Przedni on wojak, niejednokrotnie w bojach sławnymi czynami wyróżniony. Chytrością podstępów mało kto mu dorówna. Mało masz srebrnych obręczy na rękach, szat znakomitych? Ród wasz w dobytek opływa. Ostaw ty go w spokoju. No – zwrócił się do Śćmicha – przygotuj natychmiast potrzebny osprzęt.

Śćmich westchnąwszy zapytał z rezygnacją:

– Będą Polacy próbowali sforsowania brodu?

Wódz przysiadłszy na ławie pod oknami wyjaśniał:

– Innej drogi nie mają. W drodze na Lubusz muszą wejść na jedyny szlak prowadzący południem od Spędowa do nas. Do wyboru mają kilkanaście brodów na Dębowej. Porozstawiamy obserwatorów na czujkach.

– A gdy wyjdą na moim odcinku? – bąknął nieśmiało Śćmich.

– Strzelasz z łuku płonącą strzałę w kierunku żeremi nieopodal zakola oschłych lip. Nasi wodzowie wyjdą z oddziałami na zachodni brzeg Dębowej i zasadzą się w zasiekach. Przetrzebimy Polaków, ile się da i wycofamy do grodu.

Dlatego teraz tkwił tutaj nieopodal brodu, zmagając się z sennością.

* * *

Gwałtowne szarpnięcie wyrwało go z drzemki. Zaciśnięte kurczowo dłonie z trudem utrzymywały silnie targaną wędkę. Rzuciło nim do przodu, uderzył kolanami o burtę łodzi. Wędka wyprężyła się łukowato świszcząc jękliwie. Rozbudzony na dobre Śćmich zaparł się w sobie. Nie popuści. Opuścił drzewiec wędki na dół mocząc czubek w falach wody.

reklama

– Musi być wielgachny sum chyba – pomyślał – ale ciągnie, żarłacz.

Na chwilę wędka jakby zwiotczała, następnie wyprostowała się. Śćmich przyklęknął, wychylając lekko głowę poza burtę. Linę umocowaną do drzewca wędki owinął sobie wokół prawego nadgarstka. Nie da mu ujść. Sznur mocny, wytrzyma. Wychylił się jeszcze bardziej, spozierając uważnie w toń. Sznur zadygotał lekko. Pociągnąć? Odczekać? Raptem z otchłani wychynęła potężna głowa… potwór jakowyś, zdążył jedynie przelotnie pomyśleć. Łeb suma większy od nagrobnego kamienia skrywającego pod sobą prochy ojca, rozczapierzone szerokie wargi z obnażonymi zębami, na głowie obręcz z splecionych trzcin, olbrzymie, wyłupiaste oczy wpatrujące się w niego z krwistą pożądliwością… Śćmich zdrętwiał, z przerażenia wypuścił wędkę, stwór zarzucał już płetwy na obrzeże łodzi, coraz bliżej… Okrutne zęby, siekacze jak u odyńca…

Rozwarł oczy. Ktoś chlastał go na otrzep dłonią po twarzy, jakieś gwałtowne głosy docierały jakby z oddali… Ocknął się. Dygocząc nadal całym ciałem, spoglądał z przestrachem w oblicze nieznajomego. Z tyłu ktoś pomagał mu zasiąść na ławce łodzi. Rozglądał się, powoli dochodząc do siebie. Czyli straszliwy rybi demon był zjawą, senną maszkarą. Przysnął, o rzesz… co to za ludzie, w jego łodzi… zbrojami obleczeni… do naszych niepodobni, więc…

– Doszedł do siebie? – spytał go wojownik.

– Kto? Ja? – mamrotał wystraszony Śćmich.

– Przecie ryb nie pytam, kmiocie.

Śćmich rozglądnął się lękliwie. Trzech w jego skromnej łódce, wokół bujały się na falach jeszcze trzy łodzie wypełnione wojownikami. W jednej rozpoznał czterech znajomych z grodu. Siedzieli ze związanymi na plecach rękoma i ustami obwiniętymi szmatami. Wpatrywali się w niego z nieskrywanym przestrachem. Ci wojownicy… na Lutyków nie wyglądali ani z mowy, ani z uzbrojenia. Sumiaste wąsy, żelazne hełmy spiczaście ku czubowi zakończone, miecze… na piersi jednego dojrzał niewielki krzyżyk na łańcuchu… na pewno nie Lutycy. Może piastowscy, przecie ich książę Mieszko wiarę przodków porzucił na rzecz obcego boga na krzyżu…?

– Zabijecie nas? – odważył się zapytać.

Wojownik rzucił swym druhom rozkazującym tonem:

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Roberta F. Barkowskiego „Opowieści piastowskie” bezpośrednio pod tym linkiem!

Robert F. Barkowski
Opowieści piastowskie
cena:
35,70 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
RYTM
Rok wydania:
2026
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
140
Format:
145x210 mm
ISBN:
978-83-68809-78-7
EAN:
9788368809787
reklama

– Ten też się nada. Wiosłujemy na drugą stronę, do obozu. Obwiążcie mu usta szmatą.

Bolesław Chrobry (rys. Aleksander Lesser, 1860 rok)

Na przeciwległym brzegu zaciągnięto ich w kierunku gęstej ściany szprewiańskiej puszczy. Po dłuższym kluczeniu ścieżkami wyszli na przestronne polany z kilkoma małymi jeziorkami. Wszędy mrowie namiotów, w oddali stada koni. Zaprowadzono ich pod leszczynowy zagajnik opływany strumieniem od strony udeptanej łąki. Przed zagajnikiem Śćmich dojrzał kordon wojowników rozstawionych długim rzędem. Za nimi rozkopaną trawę znaczyły w kilkunastu miejscach zwały ziemi i darni. Wilcze jamy, poprzykrywane drewnianymi kratownicami. Śćmich kroczył na przodzie, takoż jego jako pierwszego wrzucono do jednego z dołów. Wojownik podniósł kratę, drugi rozwiązał mu pęta na skrępowanych za plecami dłoniach, uwolnił usta z szmaty i kopnął w zadek, grożąc:

– Otworzysz usta, poczujesz dźgania oszczepu. Zakaz rozmawiania, krzyczenia, głośniejszego sapania, skisły szprewiański ogórku.

Poleciał przed siebie staczając się na dno dołu. Wąski, o ścianach wysokich na dwóch kmieci, przy upadku uderzył boleśnie kolanem o ziemię, oczy zaszkliły mu bólem, nie mógł krzyknąć, strach zdławił oddech w krtani. Był sam, z dosłyszanych odgłosów wynikało, że towarzyszy jego niedoli również wrzucano do dołów, pojedynczo.

Co ja tu robię? Usiadł, opierając się plecami o mokrawy piach ściany. Spojrzał do góry. Do kratownicy nie doskoczy, za wysoko, nie dopnie się, zresztą, wartownicy u góry… może oni w ofierze chcą złożyć? Bogu na krzyżu? Z przestrachu zatkał sobie usta dłonią, przypomniawszy ostrzeżenie wojownika. Ani jednego najmniejszego odgłosu.

Minęło kilka godzin. Z góry dolatywały doń odgłosy, ponaglania, przekleństwa. Dosłyszał co nieco, jak wyciągano kolejno z dołów jego rodaków, prowadzono gdzieś, później cisza, znowu stłumione odgłosy. Wyczekiwał. W międzyczasie rzucono mu na wpół nadjedzone skrzydło kuropatwy, dobrze przypieczone, smakowite, i spuszczono na linie uwiązany bukłak z wodą. Nieźle, rozkoszował się pieczystym, opróżniwszy naprzód bukłak. Może rytuał ofiarny tego wymaga? Poczuł potrzebę. Przykucnął po drugiej stronie jamy, zsunął spodnie do kolan.

Niespodziewanie wartownik spuścił linę, nakazując by się uchwycił. Wciągnięto go do góry i poprowadzono w kierunku namiotów.

reklama

Na uboczu podłużnego stojaka z opartymi włóczniami dojrzał rozsiadłych przy ognisku dwóch wojowników. Za nimi rozstawiona gęsto drużyna. W miarę zbliżania się do ogniska poczęły go ogarniać strach, bojaźń i niemoc. Bogowie, co to za jedni? Pośrodku kręgu mąż okazały, podeszłego chyba już wieku, niebywałą aurę roztaczał. Czy to jego barczysta postać nakryta na ramionach najprzedniejszą narzutką niedźwiedziej skóry, na obszyciach bogatymi złoceniami pokrytą. Pierś pod świecącą srebrnymi cekinami kolczugą, jakiś znak pośrodku na żelaznej płytce, jakby biały kur na czerwonym tle… posiwiałe wąsiska, na głowie hełm z obręczą na otoku, przepiękną, złoconą… ale… szyję owijały mu opatrunki, krwią splamione, kasłał nieco charkliwie… spojrzał trwożliwie na postać obok, chyba demon z naszych opowieści, większy i młodszy od tamtego, ale jaka siła, jaka moc z niego bije. Śćmich struchlał, miękkość zawładnęła kolanami, wojownicy ujęli go silniej pod ramiona. Ten młodszy… bez hełmu, płowe gęste włosy spływały mu na ramiona, czoło okalała wąska obręcz z czerwonym klejnotem pośrodku… rozłożony na kolanach miecz…

Rzucono go przed nimi na kolana.

Ten starszy oznajmił:

– Masz do wyboru. Męczarnie, tortury, bolesne, nieodwracalne, bo ucięte członki nie odrosną, albo, od razu wyjawisz co się należy.

Milczał, nadal unieruchomiony tajemniczą fascynacją bijącą od tego młodszego.

Mieszko pochylił się nieco ku niemu:

– Mowa pobratymcza dociera?

Wojownik za nim trzepnął go dłonią po głowie:

– Czego nie rozumie, durny knopku? Książę pyta.

Ten młodszy podszedł do niego, przyklęknął. Z krótkiej pochwy po prawej stronie pasa wysupłał nóż. Przyłożył ostrze do lewego nadgarstka Śćmicha. Uczynił nieznaczny ruch, jakby odpiłowywał gałązkę brzozy.

– Wystarczy jedno szybkie cięcie – oznajmił Bolesław, nacinając nożem lekko skórę.

– Czego chcecie? – wyjąkał Śćmich.

– Gdzie zakopałeś garnki z srebrem i łupami?

Śćmich przeniósłszy wzrok z ostrza nacinającego mu nadgarstek na twarz wojownika poruszył bezgłośnie wargami. Myśli kołatały mu przestrachem zmieszanym z zdumieniem… dlaczego…? Miejsce zdumienia zajęła wściekłość, począł się szarpać, niepomny noża na nadgarstku, sterczących wokół groźnie wojowników, wzburzenie mąciło mu zmysły… jego garnki!

Zaprowadzenie chrześcijaństwa (mal. Jan Matejko, 1889 rok)

Bolesław trzasnął go pięścią po głowie. Śćmich padł nieprzytomny na bok.

– Dobrze żeś chwilę wybrał – Mieszko pochwalił syna. – Tak kazał Pokarbun, by padali w niemoc z gorzejącym w głowie słowem garnek.

Bolesław odparł nie kryjąc tonu napomnienia:

– Doigrasz się ojcze gniewu Kościoła i duchownych za tę poufałość z Pokarbunem. Już słyszałem jak na Lednicy przy święceniu kaplicy księża pokątnie sarkali. Drużyna też konszachtów z sługą diabła nie pochwala, ale ze strachu milczą.

Mieszko zbył go lekceważąco:

– Nie ich sprawa. I nie twoja. Będziesz po mnie władał, dobierzesz sobie własne hultajstwo. – Wskazując ręką leżącego Śćmicha rozkazał drużynnikom: – Nawilżyć mu usta szmatą nasiąkniętą usypiaczem i położyć do innych za dębowym gajem. – Po zastanowieniu dorzucił: – i ostawcie nas samych.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Roberta F. Barkowskiego „Opowieści piastowskie” bezpośrednio pod tym linkiem!

Robert F. Barkowski
Opowieści piastowskie
cena:
35,70 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
RYTM
Rok wydania:
2026
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
140
Format:
145x210 mm
ISBN:
978-83-68809-78-7
EAN:
9788368809787
reklama
Komentarze
o autorze
Robert F. Barkowski
Polski pisarz, autor książek historycznych opisujących dzieje średniowiecznej Europy. Od wielu lat popularyzuje rodzimą literaturę i wiedzę na temat Polski za granicą. Dotychczas znany był Czytelnikom z publikacji popularnonaukowych (m.in. Słowianie połabscy. Dzieje zagłady, Tajemnice początków państwa polskiego - 966, Historia wojen gdańskich - do 1466 roku, a także pozycje w serii Historyczne Bitwy). Książka Włócznia jest pierwszą powieścią beletrystyczną w jego dorobku, która doczekała się wydania.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone