Największy absurd Gułagu. Tak wyglądała opieka medyczna w łagrach. „Logika umarła tu już dawno temu”

opublikowano: 2026-08-18, 11:56
wszelkie prawa zastrzeżone
Władze komunistyczne deklarowały, że biorą odpowiedzialność za zdrowie i życie ludzi wtrącanych do łagrów – i rzeczywiście zorganizowały w strukturach Gułagu służbę sanitarno-medyczną. Ta jednak miała jeden cel – jak najszybciej postawić chorych na nogi, by móc dalej korzystać z ich katorżniczej pracy. Między oficjalnymi założeniami a rzeczywistością łagrów istniała przepaść.
reklama
Blok karny w jednym z oddziałów Workuckiego Obozu Pracy Poprawczej (fot. Rosyjskie Archiwum Państwowe)

Pierwsze łagry zaczęły powstawać w ZSRR już po rewolucji październikowej – wówczas pozostawały jeszcze pod zarządem Czeka. Od 1923 roku zaczęto tworzyć rozbudowaną sieć łagrów podporządkowanych Zjednoczonemu Państwowemu Zarządowi Politycznemu (OGPU). Władze Związku Radzieckiego przedstawiały je jako element systemu penitencjarnego – jednostki te miały służyć „resocjalizacji przez pracę”.

Liczba osób potrzebujących – zdaniem komunistycznych władz – resocjalizacji lawinowo rosła. Zaliczali się do nich nie tylko przeciwnicy polityczni czy wszelkiego rodzaju opozycyjni działacze kulturowi, ale także duchowni, chłopi uznani za kułaków, sabotażyści – czyli osoby, które nie chciały podporządkować się nowemu systemowi – dezerterzy z armii, jeńcy wojenni czy pospolici przestępcy.

W tym modelu „resocjalizacji” państwo deklarowało również odpowiedzialność za zdrowie więźniów. Formalnie w strukturach Gułagu – podmiotu zarządzającego łagrami – funkcjonowała więc rozbudowana służba sanitarno-medyczna. W większych jednostkach znajdowały się tzw. jednostki sanitarne (sanczasty) zatrudniające lekarza i felczera, podległe administracji obozu oraz jego kierownictwu. Były one podstawowymi jednostkami opieki medycznej w łagrach – w założeniu do ich zadań należało przyjmowanie i diagnozowanie chorych więźniów, prowadzenie ambulatoriów, kierowanie do szpitali obozowych oraz kwalifikowanie więźniów do kategorii pracy i wystawianie zwolnień od niej.

W większych kompleksach obozowych znajdowały się również dodatkowo laboratoria medyczne – ich pracownicy mieli zajmować się badaniem chorób zakaźnych, analizami bakteriologicznymi czy opracowywaniem sposobów leczenia chorób typowych dla więźniów Gułagu. Niektóre z nich przypominały bardziej ośrodki badawcze. Oficjalnie władze komunistyczne tłumaczyły ich zakładanie chęcią poprawy diagnostyki i skuteczniejszej ochrony zdrowia więźniów. W praktyce jednak cel funkcjonowania tak ich, jak i jednostek opieki medycznej w łagrach, był zgoła inny.

Wyzwolenie od koszmaru łagrów

Obozowa służba zdrowia była jednym z największych paradoksów i absurdów sowieckich łagrów. Dla wielu osadzonych lekarz był czymś w rodzaju obozowego anioła stróża — miał bowiem możliwość choćby na pewien czas wyrwać ich z koszmaru pracy w łagrze i skierować do obozowego szpitala, w którym warunki były nieporównywalne do tych panujących w barakach.

reklama
Szpital mieścił się w jedynym obok Domu Swidanij baraku, który zbudowany i utrzymany był nie gorzej niż domy ludzi wolnych w pobliskim Jercewie. Z szerokiego korytarza wchodziło się po obu stronach do izb przeznaczonych dla chorych; w każdej z nich były dwa okna i stało co najwyżej osiem łóżek. Wszędzie panowała wzorowa czystość, tym bardziej niezwykła, że oglądało ją się, mając świeżo w pamięci brud w barakach. Gdyby nie legowiska na korytarzu, na których chorzy czekali czasem parę dni i nocy na zwolnienie się łóżka, nasz szpital nie różniłby się niczym od skromnych, ale starannie utrzymanych szpitalików w prowincjonalnych miastach europejskich

– tak obozowy szpital wspominał Gustaw Herling-Grudziński, który w latach 1940-1942 był więźniem w sowieckim łagrze w Jercewie niedaleko Archangielska.

„W barakach dla rekonwalescentów czuliśmy się jak królowie” – tak pisał z kolei Thomas Sgovio.

Urodzony w Buffalo w stanie Nowy Jork syn włoskiego komunisty przymusowo deportowanego do Związku Radzieckiego za nielegalną działalność polityczną w 1935 roku sam przyjechał do tego kraju. Po trzech latach, napatrzywszy się na rzeczywistość polityczną w kraju komunistów, wystąpił o przywrócenie mu paszportu, by wrócić do ojczyzny, ale jego wniosek został odrzucony. 12 marca 1938 roku, w momencie gdy opuszczał gmach ambasady amerykańskiej, został aresztowany i trafił do radzieckiego gułagu na Kołymie.

Thomas Sgovio po trafieniu do radzieckiego łagru

We wspomnieniach poświęconych obecności w łagrze byli więźniowie często opisywali zachwyt, w jaki wprawiał ich widok czystych prześcieradeł, uprzejmość pielęgniarek i przychylne nastawienie lekarzy, z którymi zetknęli się w sanczastach. Nie wszędzie jednak tak było. W większych łagrach rzeczywiście zdarzały się szpitale z prawdziwego zdarzenia – dobrze wyposażone i z fachowym personelem medycznym. Taki był na przykład szpital w Magadanie. W mniejszych obozach wyglądały już one jednak zupełnie inaczej.

Tamtejsze szpitale często niewiele różniły się od zwykłych baraków – były nieogrzane, przepełnione, brakowało w nich podstawowych akcesoriów i leków, a pracującym tam ekipom ciężko było utrzymać elementarne normy higieny i czystości.

Artykuł powstał w ramach kampanii „Pamiętaj. 23 sierpnia” – międzynarodowej inicjatywy społeczno-edukacyjnej poświęconej zachowaniu pamięci o ofiarach nazizmu, stalinizmu i innych ideologii totalitarnych. 

Więcej informacji o kampanii można znaleźć tutaj: Remember. August 23 | ENRS

reklama
Korytarze były zatarasowane leżącymi ciałami. Wszędzie panował brud. Wielu pacjentów bredziło i bełkotało jakieś oderwane słowa w malignie, inni leżeli nieruchomi i bladzi

– tak pobyt w jednym z łagpunktów wspominał były więzień łagrów Jerzy Gliksman. Zdarzało się, że przez brak lekarstw chorzy na dyzenterię leżeli w łóżkach tygodniami bez opieki – ci, którzy mieli szczęście, wychodzili z choroby, inni umierali. Leżący obok nich pacjenci nierzadko ukrywali ich śmierć – po to, by jak najdłużej pobierać racje żywnościowe.

Personel medyczny łagrów

W dwojaki sposób więźniowie łagrów wspominali również personel medyczny obozów. Część lekarzy dbała o pacjentów, okazując im troskę i zainteresowanie. Gustaw Herling-Grudziński wspominał personel medyczny szpitala w łagrze, w którym przebywał, w następujący sposób:

Kto pisze cokolwiek o obozach sowieckich, nie ma prawa nie wspomnieć o ujmującej grzeczności i serdeczności sióstr. Może dlatego, że przebywały przynajmniej za dnia w nieco bardziej ludzkich warunkach, a może dlatego, że szpital był jedynym miejscem w obozie, gdzie można było przyjść z pomocą ludzkiemu cierpieniu – siostry obozowe odnosiły się do chorych z taką troskliwością, czujnością i oddaniem, że uważaliśmy je po trosze za istoty z innego świata, którym chyba tylko niedorzeczny wybryk losu kazał żyć i znosić wraz z nami wszystkie trudy niewoli.

W podobny sposób personel medyczny wspominali także inni, dodając, że nieraz zdarzało się, iż lekarze, chcąc uratować więźniów przed pracą lub wszechobecnym głodem łagrów, wystawiali im nie do końca słuszne diagnozy, byle tylko ściągnąć ich do szpitali.

Rosyjski lekarz i autor wspomnień obozowych Wadim Aleksandrowski wspominał, że „[...] lekarz i felczer byli w obozie jeśli nie bogami, to już na pewno półbogami. Od ich wyroków zależało zwolnienie więźnia na kilka dni od zabójczej pracy, a nawet wysłanie go do sanatorium”.

Nieraz więźniowie robili więc wszystko, by się tam dostać. Na początku najpopularniejszą metodą było samookaleczanie się – zdarzało się, że dla kilku lub kilkunastu dni w szpitalu więźniowie odcinali sobie palce u jednej lub obu rąk. W pewnym momencie skala samookaleczeń wśród więźniów osiągnęła tak duże rozmiary, że zwróciła uwagę władz obozowych – zaczęły traktować to jako sabotaż i karać za to przedłużeniem wyroku. Wówczas więźniowie zaczęli sięgać po inne metody.

reklama
Pierwsza strona książki „Inny świat”, w której Gustaw Herling-Grudziński opisał rzeczywistość panującą w łagrze w Jercewie pod Archangielskiem

Gustaw Herling-Grudziński w książce „Inny świat” pisał o wstrzykiwaniu sobie przez więźniów rozpuszczonego mydła do cewki moczowej, o rozbieraniu się i wychodzeniu nago na siarczyste mrozy, o systematycznym przypalaniu sobie kończyn (tak, by rany nie miały szans się zagoić i doszło do zakażenia), o symulowaniu różnego rodzaju zaburzeń psychicznych. Dochodziło też do przekupstw i gróźb pod adresem lekarzy. Zdarzały się i takie sytuacje, że sami medycy uczyli więźniów skutecznych metod symulacji.

Była jednak i druga strona medalu – lekarze, którzy z rozmysłem zaniedbywali pacjentów czy odmawiali im leczenia, nie wspominając o poniżającym traktowaniu. Wielu lekarzy, pielęgniarzy czy felczerów pracujących w łagrach nie miało także żadnych kompetencji do leczenia ludzi – byli to zwykli szarlatani lub więźniowie, którzy ukończyli co najwyżej podstawowe kursy szkolenia medycznego. Podawali się za medyków, by zdobyć stanowisko cieszące się największym prestiżem w obozie – często bowiem lekarze wywodzili się z grona więźniów łagru.

Wyzysk pod płaszczykiem troski o zdrowie

Sposób funkcjonowania obozowej opieki medycznej ujawniał jeden z większych paradoksów łagrów. O ile w brygadzie roboczej nikt nie zwracał uwagi na dolegliwości więźniów, a ich skargi często kwitowane były w najlepszym przypadku śmiechem, o tyle wystarczyło, że dostali wysokiej gorączki lub ich choroba osiągnęła poważne stadium. Wtedy kierowani byli na rekonwalescencję do szpitali, otrzymywali opiekę medyczną, dużo lepsze racje żywnościowe oraz czas wytchnienia od ciężkiej pracy. Dla więźniów było to niczym wybawienie, dla wielu z nich niezrozumiałe.

Anne Applebaum w swojej książce „Gułag” przywołuje wypowiedź György’ego Biena – Węgra, który przez problemy zdrowotne trafił do bardzo dobrze wyposażonego szpitala w Magadanie:

Artykuł powstał w ramach kampanii „Pamiętaj. 23 sierpnia” – międzynarodowej inicjatywy społeczno-edukacyjnej poświęconej zachowaniu pamięci o ofiarach nazizmu, stalinizmu i innych ideologii totalitarnych. 

Więcej informacji o kampanii można znaleźć tutaj: Remember. August 23 | ENRS

reklama
Zastanawiałem się, dlaczego próbują mnie uratować, skoro wszystko zdawało się wskazywać, że chcą mnie zamęczyć na śmierć – ale logika umarła tu już dawno temu.

Podobne refleksje nachodziły również innych więźniów. Kierownictwo łagrów dbało o chorych, ale nie miało to nic wspólnego z troską o ich życie i zdrowie. Sowieckie władze miały w tym zdecydowanie inny cel – ekonomiczny. Szybko odkryły, że niewolnicza praca więźniów wysłanych do łagrów może być nie tylko sposobem represji, ale również filarem gospodarki kraju. Chorzy, niezdolni do pracy więźniowie, w świetle tej logiki przynosili straty.

Taki obraz wyłaniał się z kontroli przeprowadzanych w łagrach. Autorzy jednego z raportów inspekcyjnych Prokuratury ZSRR, przywołanego przez Annę Applebaum na podstawie dokumentów Państwowego Archiwum Federacji Rosyjskiej w Moskwie (GARF, f. R-8131, op. 37, d. 356), obliczyli, że od października 1940 roku do połowy marca 1941 roku odnotowano w jednym z łagrów 3472 przypadki odmrożeń, co spowodowało stratę 42 334 dniówek roboczych.

W innym raporcie zauważono, że z 2398 więźniów w obozach na Krymie 860 to częściowo, a 273 całkowicie niezdolni do pracy. W Sibłagu w latach 1940-1941 na 63 tys. więźniów 9 tys. zakwalifikowano do kategorii „niezdolnych do pracy”, a 15 tys. jako „częściowo niezdolnych do pracy”. Łącznie przekraczało to jedną trzecią ogólnej liczby uwięzionych. A to osłabiało wydajność pracy i wskaźniki produkcji łagrów, na co sowieckie dowództwo nie mogło sobie pozwolić.

Dlatego też, na polecenie moskiewskiej centrali Gułagu, kierownicy obozów musieli na poważnie zająć się sprawą obozowych szpitali. Ich celem było podleczyć najbardziej chorych więźniów i dodać im sił – tak, by znów mogli wrócić do pracy i można było ich maksymalnie wykorzystać. Kierownictwo łagrów podchodziło do tego jednak w specyficzny sposób.

Maksymalne wykorzystywanie osadzonych

Aby uniknąć „rozleniwiania” więźniów i odwieść ich od symulowania chorób, narzuciło lekarzom limity – bez względu na rzeczywistą liczbę chorych czasowe zwolnienie od pracy mieli prawo wystawić tylko określonej liczbie, zwykle niewielkiej części z nich.

reklama

Za przekroczenie tych limitów groziło lekarzom wszczęcie śledztwa. Podobne konsekwencje mogły ich spotkać w przypadku zbyt dużej liczby zgonów wśród pacjentów, którym odmówiono przyjęcia do szpitala. Często mieli więc związane ręce. To jednak niejedyne ograniczenia nakładane na personel medyczny łagrów – lekarze czy felczerzy byli zmuszeni ukrywać prawdziwe przyczyny chorób czy zgonów więźniów. Przede wszystkim zabroniono im wpisywania do dokumentacji medycznej głodu jako powodu choroby lub zgonu – dlatego też najczęściej zastępowano go takimi określeniami jak awitaminoza, pelagra, wyniszczenie po czerwonce.

Więźniowie łagrów podczas budowy Kanału Białomorsko-Bałtyckiego

Tym też zajmowały się powoływane przez sowieckie władze laboratoria medyczne. Prowadziły one przykładowo badania nad dystrofią, awitaminozą, wyczerpaniem organizmu – władze inwestowały w badania dotyczące skutków problemów, które same wytworzyły przez głodzenie więźniów i zmuszanie ich do pracy ponad siły. Zatrudnieni w tych laboratoriach specjaliści badali też inne kwestie – jak organizm ludzki reaguje na zimno, jak żywić robotników w trudnych warunkach, jak ograniczyć choroby. I w tym przypadku nie chodziło o dobro więźniów, a o realizację celów moskiewskiego kierownictwa Gułagu, które ich rękami chciało eksploatować zasoby Syberii i Arktyki.

Gułag rzeczywiście posiadał więc rozwinięte struktury medyczne – część szpitali w łagrach wyposażona była w nowoczesny jak na tamte czasy sposób, dysponowała wykwalifikowanym personelem i badaczami prowadzącymi wartościowe obserwacje medyczne. Wszystko to podporządkowane było jednak logice obozów pracy – służyło maksymalizacji zysku i maksymalnemu wykorzystaniu pracy więźniów, dodaniu im sił do dalszej niewolniczej pracy.

Dla wymęczonych, pozbawionych nadziei więźniów, szpitale często były jednak jedyną namiastką normalności – i nadzieją na wydostanie się z koszmaru łagrów. Jak ujął to Gustaw Herling-Grudziński w „Innym świecie”:

Szpital był w obozie czymś w rodzaju przystani dla rozbitków. […] Mało było więźniów, którzy by, przechodząc obok masywnego baraku o dużych oknach, nie wzdychali w myślach: gdybyż tak na dwa, trzy tygodnie do szpitala! W czystym łóżku, w widnej sali, z doglądającą troskliwie siostrą, z uprzejmym lekarzem, ze współtowarzyszami więziennymi, którzy spoglądają na siebie inaczej niż w baraku: po ludzku, współczująco... Te dwa lub trzy tygodnie powrotu do człowieczeństwa mogły przywrócić każdemu z nas na chwilę jeszcze przed śmiercią poczucie własnej godności.

Materiał powstał dzięki współpracy reklamowej z Europejską Siecią Pamięć i Solidarność.

Artykuł powstał w ramach kampanii „Pamiętaj. 23 sierpnia” – międzynarodowej inicjatywy społeczno-edukacyjnej poświęconej zachowaniu pamięci o ofiarach nazizmu, stalinizmu i innych ideologii totalitarnych. 

Więcej informacji o kampanii można znaleźć tutaj: Remember. August 23 | ENRS

Bibliografia:

  • Alexopoulos K., Medical Research in Stalin’s Gulag, „Bulletin of the History of Medicine” 90(3), 2016.
  • Applebaum A., Gułag, Wydawnictwo Agora, 2003.
  • Herling-Gruziński G., Inny Świat. Zapiski sowieckie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000.
  • Kosserev I., Crawshaw R., Medicine and the Gulag, „British Medical Journal”, 1994, 309(6970) [dostęp: 10.08.2026 r.].
reklama
Komentarze
o autorze
Katarzyna Łabicka
Absolwentka dziennikarstwa i nauk politycznych. Miłośniczka historii, reportaży i kultury hiszpańskiej.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone