Obóz pracy Zgoda. Miejsce grozy na Śląsku. „To było piekło”
KL Eintrachthütte – podobóz Auschwitz w Świętochłowicach
Przed wybuchem II wojny światowej leżące w uprzemysłowionej części Górnego Śląska Świętochłowice znajdowały się w granicach Polski. Jednym z centralnych punktów tej miejscowości były Zakłady Urządzeń Technicznych „Zgoda”.
Założone zostały przez Detleva von Einsiedela oraz Franza Antona Egellsa w 1839 roku, początkowo jako Graflich von Einsiedel’sches Societäts Eisenwerk, później jako Eintracht-Hochofen-Etablissement, ostatecznie przybrały nazwę Eintrachthütte. Tak było do początku lat 20. XX w. Wtedy to, na skutek powstań śląskich i plebiscytu, dokonano podziału Górnego Śląska i Świętochłowice włączone zostały do Polski, a zakładom nadano nazwę Zakłady Urządzeń Technicznych „Zgoda”.
W ciągu kilku lat stały się one jednym z najważniejszych ośrodków przemysłu maszynowego w Polsce. Zajmowały się produkcją maszyn dla przemysłu górniczego i hutniczego, ale nie tylko – produkowały także dźwigi wypadowe dla gdyńskiego portu, potężne suwnice dla parowozowni Hamburg-Altona – jednej z największych i najnowocześniejszych w ówczesnych Niemczech – czy konstrukcje i sprzęt dla Krakowskich Zakładów Sodowych „Solvay”. Sytuacja zakładów zmieniła się w 1939 roku.
3 września do Świętochłowic wkroczyły wojska niemieckie, wcielając ten teren do Trzeciej Rzeszy – początkowo jako część prowincji śląskiej (Provinz Schlesien), od 1941 roku jako element nowo utworzonej odrębnej prowincji Górny Śląsk (Provinz Oberschlesien). Uprzemysłowiony region Górnego Śląska – jako jeden z największych obszarów wydobycia węgla i produkcji stali – miał bardzo duże znaczenie dla gospodarki i przemysłu zbrojeniowego Trzeciej Rzeszy. Dotyczyło to m.in. zakładów Zgoda. Niemcy postanowili wykorzystać ich bazę techniczną oraz wykwalifikowanych robotników.
W 1939 roku przemianowali zakłady na Eintrachthütte i uruchomili tam produkcję dział przeciwlotniczych, czyniąc z obiektu zakład zbrojeniowy. W 1942 roku dla uzupełnienia siły roboczej – zastąpienia pracowników poległych w czasie wojennej zawieruchy – przy zakładach utworzyli obóz pracy przymusowej i umieścili w nim 180 Żydów. To jednak nie wystarczyło – w 1943 roku postanowili wysłać tam więźniów Auschwitz. Tak powstał KL Eintrachthütte – niemiecki podobóz koncentracyjny Auschwitz.
Początkowo w obozie przebywało 180 Żydów i 300 radzieckich jeńców wojennych, z czasem zaczęto wysyłać do niego Żydów deportowanych z różnych krajów Europy oraz Polaków – więźniów politycznych lub osoby uznane przez Niemców za wrogie lub niebezpieczne. Kierowani oni byli głównie do pracy przy produkcji dział przeciwlotniczych w tamtejszych hutach. Niewielkie grupy wysyłano do pracy w zakładach Holzmann-Posen, Grün und Bilfinger, Königshütter Metallwerke czy hucie Friedenshütte.
Obóz złożony był z kilku drewnianych baraków przeznaczonych dla więźniów – murowany był jedynie barak administracyjny. Cały kompleks otoczony był podwójnym murem kolczastym pod napięciem. Teren oświetlało 10 reflektorów, a w czterech rogach ustawione były wieże wartownicze. Na czele obozu stali SS-Hauptscharführer Josef Remmele i SS-Hauptscharführer Wilhelm Gehring. Warunki w nim panujące były niezwyke trudne. Więźniowie traktowani byli z dużym okrucieństwem – strażnicy bili ich, kopali, szczuli psami.
Do tego dochodziły ciężkie i niebezpieczne prace, zwykle po 12 godzin na dobę, przy słabym wyżywieniu i cągłym terrorze strażników. To wszystko wpływało na wysoką śmiertelność sięgającą kilkanaście osób tygodniowo. Chorzy i ranni odsyłani byli do niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.
Końcem 1944 roku na terenie obozu przebywało około 1200 osób. Na przełomie grudnia 1944 roku i stycznia 1945 roku, w związku ze zbliżającą się ofensywą Armii Czerwonej, został on ewakuowany przez Niemców. Odbywało się to w dwóch etapach. Część więźniów została wysłana „marszami śmierci” w stronę innych obozów na terenie Trzeciej Rzeszy, głównie w głąb Śląska, Czech i Niemiec, część wysłano do innych podobozów Auschwitz lub do obozów koncentracyjnych w Trzeciej Rzeszy. Niektórzy nie przeżyli ewakuacji – zmarli z głodu lub wycieńczenia. W taki sposób KL Eintrachthütte opustoszał – ale nie na długo.
Obóz Pracy w Świętochłowicach
Infrastrukturę obozu pozostawioną przez Niemców – ogrodzony teren, wieże strażnicze, baraki – wykorzystały władze komunistyczne. Już w lutym 1945 roku, na podstawie dekretu PKWN, utworzyły w tym miejscu Obóz Pracy w Świętochłowicach podlegający Departamentowi Więziennictwa WUBP w Katowicach – pracownicy tego wydziału stanowili personel obozu.
Oficjalnie stworzony on został jako miejsce internowania osób uznanych przez komunistyczne władze za Niemców (Volksdeutschów), osób wpisanych na niemiecką listę narodowościową (Deutsche Volksliste) oraz podejrzewanych o współpracę z administracją niemiecką w czasie okupacji. W rzeczywistości jednak trafiało tam sporo ludzi uznanych przez komunistyczne władze za niewygodnych lub mających wrogi stosunek do nowej rzeczywistości politycznej.
Do obozu kierowano bez żadnych sankcji prokuratorskich czy postanowień sądowych, wyłącznie na podstawie decyzji władz bezpieczeństwa. W efekcie nierzadko ludzie trafiali tam na skutek donosów żądnych zemsty czy zysku sąsiadów lub arbitralnej decyzji władz pragnących wyeliminować kogoś z przestrzeni publicznej lub przejąć jego majątek. Wiele osób nie wiedziało, dlaczego jest wysyłanych do Zgody. Tak było przykładowo w przypadku Doroty Boreczek, byłej więźniarki obozu.
Ten artykuł powstał dzięki Waszemu wsparciu w serwisie Patronite! Dowiedz się więcej!
Nigdy nie dowiedziałam się, za co zostałam aresztowana. Nie donosiłam, nie współpracowałam z nazistami. Kiedy w 1991 roku w sądzie w Bytomiu zapytałam: „za co?”, nazwano mnie wariatką
– powiedziała w rozmowie z Dziennikiem Zachodnim.
Czasem wystarczyło mieć niemieckobrzmiące nazwisko. Sporym problemem było też nierozumienie specyfiki regionu przez kierownictwo obozu. Początkowo na jego czele stali ściągnięci tam z województwa lubelskiego 20-letni Aleksy Krut oraz 26-letni Salomon Morel, od czerwca 1945 roku kierował nim tylko ten drugi. Miał on osobiste uprzedzenie do nazistów. Z rąk „niemieckich faszystów” przy pomocy policji granatowej – jak pisał – zginęli jego rodzice oraz brat.
On sam najpierw działał w partyzantce komunistycznej, w połowie 1944 roku został strażnikiem w osławionym więzieniu na Zamku w Lublinie, a stamtąd został karnie przeniesiony do więzienia w Tarnobrzegu. Na Górny Śląsk trafił dopiero w lutym 1945 roku, kompletnie nie rozumiejąc specyfiki narodowościowej tego regionu – mieszkali tam obok siebie Polacy, Niemcy, ale i indyferentni narodowościowo Górnoślązacy, z których ogromna część została wpisana na volkslistę.
Morel nie rozumiał, że niekoniecznie oznaczało to współpracę z Niemcami. Nie było to jednak dla niego ważne. Zdaniem niektórych kierował się głównie pragnieniem zemsty – stąd wynikała jego bewzwględność i brutalne zachowanie wobec więźniów.
Zdecydowaną większość więźniów obozu stanowili mieszkańcy byłego województwa śląskiego i obywatele Trzeciej Rzeszy (Reichsdeutsche), ale wysyłani tym byli również Polacy z centralnej części kraju, Austriacy, Rumuni, Czesi, Francuzi, Jugosłowianie – trafili tam również obywatele Stanów Zjednoczonych, Belgii i Holandii. Morel nie miał przy tym litości – do obozu kierowano także rodziny z dziećmi. Najmłodsze miały około 1,5 roku.
Katastrofalne warunki
Warunki panujące w obozie były katastrofalne. W barakach była przede wszystkim ogromna ciasnota – na jednej pryczy musiało pomieścić się trzech do czterech więźniów, bez sienników czy koców, za to z wszami, pluskwami i szczurami, które stały się prawdziwą plagą obozu.
Spaliśmy na zawszonych siennikach po czterech w jednym łóżku. Łóżka były piętrowe, tak że nieraz deski się załamywały i ludzie spadali na siebie. Zdarzało się, że rano budziliśmy się koło trupów
– wspominał Hubert S. z Chorzowa, jeden z więźniów obozu.
Do tego dochodził powszechnie panujący w obozie głód. Racje żywnościowe przyznawane więźniom były bardzo skromne – składała się na nie czarna kawa zbożowa, około 125 gramów chleba rano i wieczorem oraz wodnista zupa z pokrzyw, buraków pastewnych, czasem odrobiny kapusty, kukurydzy lub marchewki. Opisy więźniów w tej kwestii się różniły, niemal wszyscy zgodnie przyznawali jednak, że nie była ona pożywna – najczęściej przypominała ciepłą wodę z dodatkami. Niektórzy wspominali, że z głodu żywili się trawą czy resztkami jedzenia, które udało im się znaleźć.
Do tego więźniowie nie mieli sztućców ani naczyń – jedli za pomocą starych, zardzewiałych puszek po konserwach znalezionych na śmietniku, często dzieląc je między siebie. Zdarzało się, że dostawali paczki od bliskich, ale często były one konfiskowane przez strażników. Niedożywienie, w połączeniu z wycieńczeniem organizmu, ciężką pracą oraz katastrofalnymi warunkami sanitarno-bytowymi, prowadziło do pojawienia się groźnych chorób epidemicznych, szczególnie czerwonki i tyfusu.
Najtrudniejsze pod tym względem było lato 1945 roku. Brak opieki medycznej, odwszenia czy choćby izolowania chorych sprawił, że epidemia rozszalała się na dobre, prowadząc do masowych śmierci więźniów. W okresie jej największego nasilenia – w ostatnich dniach lipca i początkowych sierpnia – umierało po 20-40 osób dziennie. Zwłoki wywożono nocami, grzebiąc je w masowych mogiłach.
Przemoc i terror
Wysoka śmiertelność była wynikiem nie tylko niedożywienia, chorób czy fatalnych warunków sanitarnych, ale także przemocy i terroru w obozie.
To było piekło. Wszy, szczury, pluskwy, tyfus, czerwonka, głód. Ludzie z wycieńczenia padali na ziemię i marli, byli katowani i głodzeni. W Zgodzie nie było bohaterów. Pamiętam kobietę, która umierała przed barakiem. Rzucili się na nią, zdzierali z niej ubrania, a ona żyła i błagała: „Pozwólcie mi umrzeć”. To było zezwierzęcenie
– wspomina była więźniarka obozu Doroba Beczek w rozmowie z Dziennikiem Zachodnim.
To niejedyna relacja tego typu. Inny z byłych więźniów swój pobyt w obozie wspominał w następujący sposób:
Przypominam sobie, że w sobotę wielkanocną 1945 roku w nocy do mojego baraku przyszli strażnicy oraz komendant Morel, byli wszyscy pijani i bez żadnego powodu bili nas pejczami, nogami od taboretu, rękojeściami pistoletu po całym ciele. Przypominam sobie również, że pewnego razu kuzynka moja przyniosła pod druty dzbanek zupy dla mnie i przekazała jednemu ze strażników. Ja poszedłem do tego strażnika z pytaniem, czy coś nie dostał dla mnie. Odpowiedział wtedy, że nic nie dostał, ale on mi coś da. Zabrał mnie do pustego baraku, gdzie kazał mnie położyć się na ziemi i liczyć do 25-ciu, a on w tym czasie bił mnie pejczem. Nie jestem w tej chwili w stanie podać, ile dostałem uderzeń, gdyż straciłem przytomność.
Ten artykuł powstał dzięki Waszemu wsparciu w serwisie Patronite! Dowiedz się więcej!
Strażnicy obozu stosowali wobec więźniów przeróżne metody tortur. Zmuszali ich do wielogodzinnego stania na placu obozowym – bez jedzenia i picia, nierzadko w deszczu – poniżali ich, zastraszali, zmuszali do śpiewania nazistowskich pieśni. Często też więźniowie byli bici – wielokrotnie robił to sam Salomon Morel lub inni funkcjonariusze obozu w jego obecności. Czasem też zmuszali więźniów do tego, by bili się nawzajem – w toku późniejszego śledztwa udokumentowano przypadki, w których do wzajemnego bicia się zmuszano ojców z synami. Za odmowę lub zbyt łagodne traktowanie współwięźniów groziło pobicie przez strażników lub więźniów funkcyjnych określanych mianem „kapo”.
Więźniowie wspominali też o szczególnej metodzie tortur polegającej na stworzeniu tzw. piramidy – strażnicy, na rozkaz Morela, układali więźniów jednego na drugim, tworząc w ten sposób pięć – sześć warstw złożonych z ludzi. Następnie byli oni bici przez strażników – ci położeni najniżej doznawali często rozległych obrażeń wewnętrznych, nierzadko kończących się śmiercią. Szczególnie okrutnym torturom poddawani byli więźniowie podejrzani o przynależność do NSDAP, Hitlerjugend oraz Związku Niemieckich Dziewcząt. Osadzeni oni byli w baraku numer 7 zwanym również „Deutsche Hause” lub „brunatnym barakiem”. Tam nad więźniami znęcano się praktycznie każdej nocy.
Skrajnie trudne warunki skłaniały niektórych więźniów do podejmowania prób ucieczki – z dokumentacji obozu wynika, że udało się to 69 osobom. Niektórzy, pozbawieni nadziei na wydostanie się z obozu, podejmowali desperackie kroki i próbowali targnąć się na swoje życie – więźniowie wielokrotnie wspominali o próbach samobójczych polegających na rzucaniu się na druty pod napięciem. Znane są również przypadki samobójstwa więźniów przez powieszenie.
Likwidacja obozu
15 września 1945 roku minister Stanisław Radkiewicz wydał zarządzenie dotyczące uregulowania statusu osób znajdujących się w miejscach zamknięcia bez sankcji prokuratora, co dotyczyło niemal wszystkich więźniów obozu w Świętochłowicach. Na przełomie października i listopada 1945 roku przyjechała do niego trzyosobowa komisja na czele z prokuratorem Jerzym Rybakiewiczem, która dokonała przeglądu akt i odbyła rozmowy z osadzonymi.
Zwolniła niemal wszystkich – przed tym musieli jednak podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia nie będą z nikim rozmawiać o tym, co przeżyli w obozie, a zapytani o to powiedzą, że przebywali w dobrych warunkach i nikt nie stosował wobec nich przemocy. Po podpisaniu tego zobowiązania większość osadzonych została zwolniona. Komisja zatrzymała jedynie osoby, wobec których istniały podejrzenia lub dowody wskazujące na ich współpracę z niemieckim okupantem w czasie II wojny światowej – trafiły one następnie do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. Oficjalnie świętochłowicki obóz przestał funkcjonować w listopadzie 1945 roku – jak stwierdził Morel, nie był już potrzebny.
Przez dziewięć miesięcy istnienia obozu Zgoda przewinęło się przez niego co najmniej 5764 osób. Instytut Pamięci Narodowej udokumentował 1855 zgonów, choć nieoficjalnie liczba poległych w obozie osób może sięgać 2500. Przez lata obóz pracy w Świętochłowicach był w komunistycznej Polsce tematem tabu – temat ten żył jedynie w pamięci więźniów.
Sytuacja zmieniła się w 1989 roku. Erna Kołodziejczyk z Radlina wysłała pismo do ministra sprawiedliwości, w którym pytała o okoliczności śmierci ojca – miała jedynie zawiadomienie o jego zgonie z obozu w Świętochłowicach. List został przekierowany do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Katowicach (późniejszej Komisji Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu), która na początku lat 90. wszczęła śledztwo w sprawie obozu. W 1991 roku przesłuchała m.in. jego byłego naczelnika Salomona Morela.
Ten po zlikwidowaniu obozu w Świętochłowicach został przeniesiony na stanowisko komendanta Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie i do 1956 roku pracował w różnych zakładach karnych na terenie Śląska. Przez lata żył w Polsce jako zasłużony działacz Urzędu Bezpieczeństwa – w 1946 roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, w 1954 roku Złotym Krzyżem Zasługi, a w 1960 roku otrzymał odznakę Wzorowego Funkcjonariusza Służby Więziennej.
W 1992 roku, gdy Komisja Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczęła śledztwo w sprawie obozu, Morel wyjechał z Polski do Izraela. Władze polskie w 1998 roku złożyły wniosek o jego ekstradycję, a prokuratura, opierając się na zeznaniach ponad 100 byłych więźniów obozu, postawiła mu kilka zarzutów – w tym o ludobójstwo.
Zarzuciła mu przede wszystkim, że jako naczelnik obozu stworzył więźniom, przetrzymywanym tam ze względów narodowościowych i politycznych, warunki grożące biologicznym wyniszczeniem – głodząc ich, pozbawiając elementarnej opieki medycznej i odpowiednich warunków higieniczno – sanitarnych czy osobiście się nad nimi znęcając lub pozwalając na to funkcjonariuszom obozu.
Mimo tych zarzutów Izrael odrzucił wniosek o ekstradycję, powołując się na przedawnienie przestępstw – mimo że zbrodnie przeciwko ludzkości nie ulegają przedawnieniu. W efekcie Morel nigdy nie stanął przed sądem i nie odpowiedział za swoje czyny. Zmarł w spokoju na emeryturze w 2007 roku.
Ten artykuł powstał dzięki Waszemu wsparciu w serwisie Patronite! Dowiedz się więcej!
Bibliografia:
- Dziurok A., Majcher A., Odpowiedź Państwa Izrael na wniosek o ekstradycję Salomona Morela oraz opracowanie autorstwa dr Adama Dziuroka i prokuratora Andrzeja Majchera dotyczące Salomona Morela oraz historii i funkcjonowania obozu Świętochłowice-Zgoda (dostęp: 20 czerwca 2026 r.).
- Dziurok A., Za niemieckość, za volkslistę, za nic. Obóz pracy w Świętochłowiach, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 9, 2001 (dostęp: 20 czerwca 2026 r.).
- Majcher A., Ucieczka kounistycznego zbrodniarza (dostęp: 20 czerwca 2026 r.).
- Obóz „Zgoda" w Świętochłowicach (dostęp: 20 czerwca 2026 r.).
- Przybytek J., Co noc z baraków obozu w Świętochłowicach dobiegały krzyki i jęki: obóz Zgoda w Świętochłowicach (dostęp: 20 czerwca 2026 r.).
- Woźniczka Z., Obóz pracy w Świętochłowicach-Zgodzie i jego komendant, „Dzieje najnowsze”, XXXI, nr 4, 1991 (dostęp: 20 czerwca 2026 r.).
