Procesy zwierząt, czyli kiedy świnia stanęła przed sądem?
Aby dobrze zrozumieć kontekst skazania wspomnianej świni, należy zrozumieć znaczenie zwierząt w średniowieczu. Zwierzęta stanowiły wówczas nieodłączny element życia ludzi. Wspomnieć wystarczy ich obecność i znaczenie w heraldyce, numizmatyce, czy choćby jako symboli pewnych cech i zachowań ludzkich. Takie porównania wielokrotnie pojawiały się w dziełach homiletycznych, gdzie mowa była o przeciwstawianiu zachowań ludzkich i zwierzęcych. Stąd też bardzo liczne i nieskuteczne zakazy, które obejmowały np. przebieranie się za zwierzęta, naśladowanie ich zachowań, w tym także w sferze seksualnej, okazywania im nadmiernej troski, czy – co wydaje się dość oczywiste – utrzymywania z nimi stosunków seksualnych.
Po co komu sądzić zwierzę?
Nie ulega wątpliwości, że dla średniowiecznych temat był ważny i często poruszany. W epoce przesiąkniętej chrześcijaństwem wiele miejsca poświęcono temu, czy zwierzęta mają duszę, czy może ona osiągnąć zbawienie, a także na ile zwierzę odpowiada za swoje czyny. I pod jakie prawo podlega: świeckie, czy kościelne.
Świeckiemu sądownictwu podlegały te zwierzęta, które zostały udomowione, a zatem stanowiły własność ludzi i/lub przebywały w ich bliskim otoczeniu, czyli np. świnie, konie, woły i kozy. Ten podział był wynikiem przekonania, że te zwierzęta, które żyją bliżej człowieka, powinny wiedzieć więcej i lepiej rozumieć. Na tej liście brakuje psów, które przecież też żyły przy ludziach. Według Joyce E. Salisbury wynikać to może z faktycznie wysokiej inteligencji tych zwierząt oraz z tego, że ze swej natury popełniały znacznie mniej czynów zabronionych.
Kto zatem podlegał pod prawo i sądy kościelne? Nieudomowione zwierzęta i grupy zwierząt, które żyły na wolności. Do ich głównych przewin należała dewastacja ludzkiego mienia, np. upraw, ale to też profanacja zwłok. Uważano, że jako istoty żyjące na wolności podlegały bezpośrednio Bogu, a zatem powinny podlegać jego prawu. Duże ssaki, jak np. wilki, czy niedźwiedzie, również były traktowane jako sprawcy zbiorowi, z tą jednak różnicą, że wyrok nie musiał być wykonany akurat na nich. Panowało przekonanie, że to myśliwi wymierzą im sprawiedliwość, kiedy nadejdzie odpowiedni czas. Nie miało znaczenia, że nie będzie to ten sam osobnik, funkcjonowała bowiem odpowiedzialność zbiorowa.
Dla współczesnych pomysł, aby postawić świnię, czy konia przed sądem może wydawać się absurdalny i trudno oprzeć się wrażeniu, że mogło to być żartem lub ironią. Nic bardziej mylnego. Oskarżona świnia mogła spodziewać się analogicznego procesu, jak jej właściciel. Oznaczało to, że mogła liczyć na takie samo traktowanie, jak jej właściciel w analogicznej sytuacji. Przez określony czas musiała też przebywać w areszcie, do którego ktoś musiał ją doprowadzić, a wcześniej znaleźć to konkretne winne zwierzę. Podczas procesu miała obrońcę, była „przesłuchana”, a na rozprawie obecny był sędzia, który następnie wydawał wyrok i wyznaczał kata do jego wykonania.
Te wszystkie czynności, nawiasem mówiąc niezwykle kosztowne, pozostawiły ślady w źródłach, dzięki czemu mamy pewien wgląd w te procedury. Niemal benedyktyńską pracę w tej kwestii wykonał Edward P. Evans, który w swojej książce The Criminal Prosecution and Capital Punishment of Animals z 1906 roku wyodrębnił około 80 wzmianek lub opisów dotyczących procesów zwierząt w średniowieczu. Badał on dokumenty sądowe i finansowe, dzięki którym możemy choć częściowo odtworzyć przebieg całego procesu. On też skompilował źródła na temat najbardziej znanego, ale też niezwykłego procesu tzw. maciory z Falaise.
Maciora z Falaise
Normandia, początek 1386 roku. Maciora, lat około 3, została oskarżona o pożarcie części twarzy oraz ręki 3-miesięcznego niemowlęcia, w wyniku czego dziecko zmarło. Proces trwał 9 dni. W tym czasie zwierzę przebywało w areszcie, gdzie było karmione i pilnowane. Dostało też „obrońcę z urzędu”, którego zadaniem była obrona oskarżonej. Niezbyt skuteczna, bo maciora usłyszała wyrok śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano na placu targowym, na którym umieszczono szafot w obecności wicehrabiego z Falaise. Oskarżona ubrana była w ludzki strój, tj. kubrak i pludry, spodnie na tylnych nogach oraz rękawiczki na przednich. Wyrok odczytał wspomniany wicehrabia w celi oskarżonej i prawdopodobnie również to on przewodniczył egzekucji. W porównaniu do procesu człowieka zabrakło oczywiście obecności kapłana, który wysłuchałby spowiedzi. Maciora oprócz powieszenia przeszła również podwójny rytuał okaleczenia ciała. Jego opis jest bardzo drastyczny, dlatego nie będę go tu przytaczać. Oprócz wspomnianego wcześniej hrabiego, w egzekucji udział wzięli także jego dworzanie oraz mieszkańcy miasta i okolicznych wsi, a także stado świń oraz właściciel zwierzęcia oraz ojciec zmarłego dziecka. To właśnie ich obecność jest tu szczególnie wymowna. Pierwszy znalazł się tu, aby zawstydzić go za to, co zrobiła maciora. Drugi, aby ukarać go za niedopilnowanie dziecka. Mieszkańcy wsi natomiast mieli przyjść ze swoimi świniami, aby odebrać stosowną lekcję, co może czekać ich zwierzęta.
Polecamy e-book Aleksandry Niedźwiedź – „Z czego się śmiano w średniowieczu?” :
Książkę można też kupić jako audiobook, w cenie 11,90 zł.
Jest to jeden z najbardziej szczegółowo opisanych procesów przeciwko zwierzęciu. Tak skrupulatnie opisana historia to rzadkość, zdecydowanie częściej spotkać można krótkie wzmianki na temat podobnych procesów. Bez wątpienia jednak ten był dla społeczności i wicehrabiego szczególnie istotny. Istotny na tyle, że wydarzenie zostało uwiecznione na malowidle w kościele Świętej Trójcy w Falaise. Co ciekawe, dzieło zostało zniszczone w 1417 roku, a następne odmalowane w innej części świątyni, gdzie przetrwało ponad 400 lat. Kiedy we Francji nadeszły czasy ancien régime, wspomniany kościół został wybielony wapnem i ślad po malowidle zaniknął. Historycy jednak coraz częściej wspominają o potrzebie szukania tego dzieła i zweryfikowania jego treści.
Źródła do badań
Przypadek z Falaise jest jednym z nielicznych tak dobrze udokumentowanych i opisanych. Skąd więc czerpać wiedzę o procesach, które nie wzbudziły tak szerokiego zainteresowania współczesnych? Pomocne okazują się dokumenty sądowe i finansowe. Tym bardziej, że opisane działania do najtańszych nie należały.
Kosztowny był niemal każdy etap procesu. Najpierw trzeba oskarżone zwierzę znaleźć i doprowadzić do aresztu, który trzeba opłacić. Kosztochłonne jest również wyżywienie go przez ten czas oraz zatrudnienie strażnika, aby go pilnował. Ten etap może trwać nawet 3 tygodnie. Następnie należy zapewnić dostępność kata, jego pomocników, a także m.in. cieśli czy murarzy, którzy stawiali szafot. Z uwagi na sumę kosztów dość skrupulatnie podchodzono wówczas do podobnych podsumowań. W przypadku wspomnianego procesu Maciory z Falaise wiemy na przykład, że zatrudniony kat otrzymał wynagrodzenie w wysokości 10 su i 10 denarów - spora suma jak na Francję pod koniec XIV wieku. A dodatkowo kolejne 10 su na nowe rękawice. Kaci rzadko dostawali tego typu ekwiwalent, ale rzadko też bardzo zdarzało się, by ich narzędzie pracy nie nadawało się do dalszego użytku.
Takie wzmianki prowadzą nas właśnie do kolejnych przykładów procesów. Na przykład w 1408 roku, w dokumentach odnotowano konieczność zakupu liny do przetransportowania oskarżonej do miejsca stracenia, gdzie została powieszona. Podobny koszt widzimy w analogicznym przypadku w 1394 roku.
A co z właścicielem?
Współcześnie uważa się, że za zachowanie zwierzęcia, odpowiada właściciel i to on jest odpowiedzialny za psa, który kogoś ugryzie. Inaczej rzecz się miała przed wiekami. Właściciel nie ponosił winy za zachowanie zwierzęcia. Założenie było takie, że jest ono wystarczająco inteligentne, aby samodzielnie odpowiadać za swoje czyny. Prawo jedynie w niektórych przypadkach nakazywało właścicielowi np. odbyć pielgrzymkę. Jednak największą karą zdecydowanie była utrata zwierzęcia.
Wyjątek stanowiła sytuacja, kiedy właściciel zwierzęcia próbował w jakiś sposób zmanipulować organ sądowniczy. Tak było w przypadku procesu z 1332 roku, kiedy to w parafii Bondy pod Paryżem koń spowodował wypadek, w wyniku którego zginął człowiek. Parafia ta podlegała pod bardzo surowego przeora z Saint-Martin-des-Champs. W związku z tym właściciel, obawiając się werdyktu, przyprowadził konia do innej jurysdykcji. Efekt? Właściciel musiał zapłacić sumę równą wartości konia, a dodatkowo dostarczyć wspomnianemu przeorowi figurę tegoż konia, aby można jej było przygotować taki proces jak należy. Sam koń jednak zachował życie. Choć bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że to właściciel zachował zwierzę.
Można z tego wysnuć kilka wniosków. Pierwszy jest taki, że na właścicielu zwierzęcia, które dopuściło się takiego czynu, spoczywa obowiązek oddania go w ręce sprawiedliwości. Drugi natomiast pozwala przypuszczać, że skazanie zwierzęcia jest czynem symbolicznym, który może i powinien się odbyć, ale nie zawsze są ku temu odpowiednie warunki. Tak jak to było w 1462 r. kiedy maciora pożarła dziecko w czasie, kiedy jego rodzice przebywali w kościele. Maciora została osądzona i skazana, ale z uwagi na bardzo zły stan szafotu, zrezygnowano z wykonania kary, a winna wróciła do właścicieli.
Czemu tak wiele świń szło na szafot?
Przyglądając się wspomnianym przykładom i procesom, trudno oprzeć się wrażeniu, że głównymi oskarżonymi są świnie. I nie jest to kwestia jedynie selekcji źródeł czy wyboru odpowiednich przykładów.
Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że to właśnie świnie najczęściej występowały w gospodarstwach Europy w wiekach średnich. Były to też zwierzęta żyjące bez stałego nadzoru. W epoce nie było zwyczaju ani potrzeby, żeby trzymać świnie w zamknięciu. Włóczyły się więc ulicami miast i wsi mimo wielokrotnych napomnień i ostrzeżeń władz. Nie można pominąć jednak jeszcze jednego aspektu. Wspomniałam wcześniej, że surowo oceniane były te zwierzęta, o których sądzono, że inteligencją zbliżają się do tej ludzkiej. A w wiekach średnich to właśnie świnię uważano za ssaka najbliższego człowiekowi i nie chodziło jedynie o kwestię inteligencji, ale również podobieństwa wewnętrznego. Ówcześni lekarze właśnie na świniach badali organy wewnętrzne, wierząc, że u człowieka wyglądały one podobnie. Nic więc dziwnego, że wymagano od nich więcej i pozwalano na mniej.
Polecamy e-book Antoniego Olbrychskiego – „Pojedynki, biesiady, modlitwy. Świat średniowiecznych rycerzy”:
Książka dostępna również jako audiobook!
Jaki wyrok dla gąsienic za zniszczenie pola?
Wspomniałam o sprawach podlegających prawu świeckiemu. Nie należy jeszcze zapominać o tych, które trafiły przed sądy kościelne. Sprawy te zostały zresztą przebadane znacznie dokładniej, co wynika prawdopodobnie z większej skrupulatności sądów biskupich.
Do naszej wiedzy o tego rodzaju sprawach widocznie przyczynił się Barthelemy Chasseneuz, urzędnik z Burgundii, pierwotnie adwokat króla w sądzie w Autun. Chasseneuz był autorem wielu dzieł dotyczących prawa, które pozwoliły historykom zgłębić między innymi kwestię obrony zwierząt przez adwokatów w trakcie procesu. Najwięcej informacji na ten temat można znaleźć w dziele Coutume de Bourgogne. W pierwszej części tej książki autor porusza kwestie procesów przeciwko zwierzętom wyrządzającym szkodę. Zalicza do nich m.in. szczury, myszy polne, ślimaki, chrząszcze itp. Odpowiada też na wiele pytań, które pojawiały się wśród ówczesnych adwokatów. Według niego drobne stworzenia zdecydowanie powinny stawać przed sądem. Jednocześnie jednak adwokat może bronić ich, nawet jeśli osobiście nie stawiły się przed sądem duchownym. Tenże sąd może też nakazać oskarżonym opuszczenie wskazanego terenu, a jeśli uzna to za konieczne, powinien obłożyć ich anatemą, klątwą lub nawet ekskomuniką. Są źródła, które ten dyskurs potwierdzają!
Tak było w roku 1516 w Troyes, gdzie biskup dał szarańczy 6 dni na opuszczenie diecezji pod karą ekskomuniki za to, że atakowała okoliczne winnice. Podobne ostrzeżenie dostały w 1543 roku ślimaki oraz w 1585 roku gąsienice, które spotkały się z ogromnym przejawem dobrej woli ze strony biskupa. Uprzejmie poprosił, aby przeniosły się na tereny nieuprawne, które zostały im przydzielone.
Sam Chasseneuz jest zresztą znany przede wszystkim ze słynnej sprawy szczurów, których bronił, używając bardzo zmyślnych argumentów. W 1507 roku, Chasseneuz został adwokatem z urzędu grupy szczurów, które atakowały okoliczne pola jęczmienia. Bardzo przyłożył się do przygotowania linii obrony. Przekonywał on sąd, że jedno wezwanie na przesłuchanie to za mało, szczury w końcu mieszkają w wielu wioskach i na pewno nie wszystkie dowiedziały się, gdzie i kiedy powinny się stawić. Sąd zgodził się na dodatkowe ogłoszenia. Następnie Chasseneuz przekazał, że jego klienci obawiają się przybycia do sądu z uwagi na dużą populację kotów, które są ich naturalnymi wrogami, więc droga jest dla nich szalenie niebezpieczna. Nie mogą zatem stawić się przed sąd skoro ich życie jest zagrożone. Chasseneuz tak długo przeciągał sprawę, że w efekcie sprawa upadła i nigdy nie doczekała się swojego finału. Historia ta brzmi naprawdę intrygująco i często można spotkać się z jej wykorzystaniem w temacie procesów zwierząt. Trzeba jednak mieć świadomość, że sam Chasseneuz nigdy nie odniósł się do tej sprawy i w żadnym ze swoich dzieł jej nie opisał, a pierwsze o niej wzmianki pojawiają się dopiero kilkanaście lat po rzekomych wydarzeniach. Przekazał je też – skonfliktowany z Chasseneuzem – protestant, co tym bardziej podważa wiarygodność całej opowieści.
Do kiedy skazywano zwierzęta?
Z dostępnych źródeł można wnioskować, że z procesami przeciwko zwierzętom mamy do czynienia od drugiej połowy XIII wieku i trwają przez kolejne trzy stulecia, a w niektórych miejscach Europy nawet dłużej, do początku XX wieku. Zdecydowanie jednak częstotliwość występowania takich procesów zmniejsza się od początku XVI wieku, a przykłady późniejsze są marginalne. Najwięcej źródeł dot. procesów pochodzi z Francji, a przykładowo w Anglii nie znajdujemy ich wcale, co świadczy o tym, że mieszkańcy wysp traktowali zwierzęta jako swoją własność, nie dodając im cech samodzielności w myśleniu, czy przewidywaniu konsekwencji działań.
Pojawienie się takich procedur w tym, a nie innym momencie też nie powinno budzić zdziwienia. To wtedy kościół szczególnie skupiał się na budowaniu swoich kompetencji prawnych – powstały duchowne trybunały, umacniała się instytucja Inkwizycji, a także procedura śledztwa.
Jednak czytając w XXI wieku opowieść o tym, jak świnia czy koń mają adwokata, przechodzą przez proces, a następnie dostają - często bardzo surowy - wyrok, trudno nie pomyśleć o tym jako o pewnym kuriozum. Trudno się też nie uśmiechnąć na myśl o szczurach, które nie stawiły się w sądzie, bo bały się kotów, albo o świni, która stanęła przed sędzią jak człowiek. A jednak dla średniowiecznych nie było w tym nic zabawnego. Procesy zwierząt nie były żartem ani pomyłką – były próbą nadania sensu światu, w którym odpowiedzialność nie kończyła się na człowieku. I być może to właśnie ta potrzeba porządku mówi o nich więcej niż same wyroki.
Zapisz się za darmo do naszego cotygodniowego newslettera!
Bibliografia:
M. Pastoureau, Średniowieczna gra symboli, Warszawa 2006
J. E. Salisbury, The Beast Within: Animals in the Middle Ages, Nowy Jork 2011.
E. P. Evans, The Criminal Prosecution and Capital Punishment of Animals, William Heinemann, Londyn 1906.
redakcja: Jakub Jagodziński
