Tak upadało Imperium Gazy

opublikowano: 2026-04-24, 10:15
wszelkie prawa zastrzeżone
Podróż przez ogień i krew kończy się w Sana Benene – miejscu, gdzie kolonialna medycyna przegrywa z potęgą lokalnych wierzeń. Rozpoczyna się okres portugalskiej dominacji nad Mozambikiem.
reklama

Ten tekst jest fragmentem książki Mii Couto „Włócznia i szpada”.

Procesja weselna w Tete. Z „Opowieści Davida Livingstone’a o wyprawie do Zambezi i jej dopływów”, ilustracja z 1893 roku

Rzeki nie przecinają jedynie krain czy ziem. Rzeka, którą płynęliśmy, przemierzała terytorium ognia, przeorane głodem i krwią. Nasze czółno pokonywało jednak pewną odległość – kiedy tak żeglowaliśmy przez leśne gęstwiny, wojna wydawała nam się coraz bardziej daleka i obca.

Aż w końcu dotarliśmy do zatoczki w zakolu rzeki, gdzie nurt był znacznie łagodniejszy. Byliśmy w Sana Benene. Na samym brzegu wznosił się stary kościół, którego mury w dziennym świetle wyglądały tak, jakby zrobiono je z wody. Mwanatu wszedł do rzeki i stawiając ciężko kroki, zaczął pchać naszą łódź w stronę drewnianego pomostu.

Na brzegu sterczały tyczki, na których wisiały rybackie sieci. Kadłub czółna w końcu uderzył ze zgrzytem o nadgniłe bale przystani i po chwili łódź znieruchomiała. Ojciec się uśmiechnął: to nie był zgrzyt, tylko początek melodii. Objął czule jedną z desek pomostu z tym samym marzycielskim upodobaniem, z jakim pieścił sztabki swojej marimby.

– Słyszysz, jak pojękują te deski, Imani? To drzewo przyzywa swoje córki.

Sierżant Germano de Melo, wspierając się na swej włoskiej przyjaciółce, pośpiesznie opuścił łódź. Stanąwszy na stałym lądzie, zatoczył się nieprzytomnie – rzeka weszła mu w oczy. Spojrzał apatycznie na przecinkę pośród krzewów, która wiodła do drobnego skupiska zabudowań. Kościół opleciony był korzeniami i pniami, przez co wyglądał tak, jakby narodził się jeszcze wcześniej niż rzeka.

– Czy to tutaj jest szpital? – zapytał Portugalczyk wątłym głosem.

Do szpitala Georges’a Liengme w Mandhlakazi pozostał jeszcze kawał drogi. Mieliśmy spędzić noc w przykościelnych zabudowaniach, aby o świcie ruszyć ku naszemu ostatecznemu celowi.

Osłabiony sierżant powlókł się ścieżyną u boku Mwanatu, który podpierał mu dłonią plecy. Na środku zbocza walały się resztki tego, co niegdyś było schodami do kościoła. Deszcze i upływ czasu poodrywały od budynku poszczególne stopnie. Wydawało się, że obrobione kamienne bloki powracają teraz do ziemi, której zostały kiedyś wyrwane.

Przed wejściem do kościoła klasnęliśmy kilkakrotnie w dłonie, jak nakazuje szacunek. My nie pukamy do drzwi, jak to robią biali. Drzwi to już jest wnętrze – dom zaczyna się tam, gdzie leżą granice obejścia.

Ojciec Rudolfo Fernandes niemal od razu wynurzył się z półmroku. Nie widziałam go od lat. Spędziłam u jego boku całe moje dzieciństwo, w kościele w Matimani. Od tego księdza nauczyłam się mówić, czytać i pisać w języku Portugalczyków. Przyznajmy też, że to od niego nauczyłam się również, jak przestać być czarną dziewczyną z ludu Chopi. Rudolfo Fernandes postarzał się. Miał teraz siwą brodę i srebrzyste włosy, długie i skołtunione. Szedł w naszą stronę, wycierając dłonie w podartą i brudną sutannę. Kiedy dotarło do niego, kim jestem, wzniósł oczy do nieba, a potem objął mnie ze wzruszeniem.

reklama

– Wszelki duch Pana Boga chwali! Imani, moja Imani! Popatrzcie na nią tylko! Na jaką piękną kobietę żeś wyrosła!

Kiedy weszliśmy do kościoła, przedstawiłam mu swoich towarzyszy podróży. Ksiądz powitał każdego dziarskim uściskiem dłoni, z wyjątkiem mojego brata Mwanatu, którego utulił w ramionach. Sierżant został powitany jako ostatni. Germano de Melo był białym mężczyzną, a do tego osobą wojskową. Zasługiwał na specjalne względy. Rudolfo energicznie wyciągnął w jego stronę dłoń i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że sierżant nie może mu się odwzajemnić. Germano machnął niezdarnie swoimi kikutami i wymamrotał:

– Straciłem te dłonie.

Kolej wąskotorowa w Beirze we wschodnim Mozambiku, 1897 rok

Na zewnątrz tych słów nie dałoby się dosłyszeć. Tu, w czterech ścianach świątyni, słabowity głos sierżanta zyskał dźwięczny, donośny pogłos: „Straciłem te dłonie”. Ksiądz, w ramach pocieszenia, zaczął improwizować:

– Trafiają tutaj ranni, i biali, i czarni. Wygląda to na świątynię. Ale tak naprawdę to jest szpital.

Kościół zalatywał zgnilizną, lepkie ściany perliły się od wilgoci.

– Podczas ostatniego przyboru woda sięgnęła aż dotąd – powiedział ksiądz, wskazując na plamę pleśni na drewnianej sztabie na drzwiach. I roześmiał się, wyczuwając w naszym milczeniu skrywaną odrazę: – Tak mi się podoba. Kościół obmywany przez rzekę.

Na ołtarzu wystawione były religijne rzeźby z postarzałego drewna. Ścierając płatki farby łuszczące się na tych posągach, duchowny stwierdził:

– Drzewo wciąż żyje, ono nigdy nie umiera.

Mój ojciec się uśmiechnął na znak, że zgadza się w pełni. Mwanatu kompletnie się zakałapućkał, usiłując się przeżegnać, jego dłonie i palce plątały się ze sobą, przebiegając po całym ciele, przy czym zwrócił się do Boga jako do „Jego Ekscelencji”. Gołębie polatywały pośród więźby dachowej, tnąc powietrze, jakby ich skrzydła to były zwinne biczyki, kiedy Rudolfo krzyknął w stronę bocznego wejścia:

– Bibliana, chodź, zobacz! Chodź tu zobaczyć, kto się u nas pojawił!

Na dziedzińcu dały się słyszeć ciężkie, powolne kroki. Ten, kto się do nas zbliżał, na pewno nie szedł boso. Ksiądz otworzył gwałtownie drzwi i oznajmił z emfazą:

– A oto i moja Bibliana! Chodź no tutaj, córeczko.

Z mroku zaczęła się wyłaniać czarna kobieta, chuda i wysoka, odziana w suknię z czerwonego jedwabiu. Wojskowe buty na nogach czyniły jej postać jeszcze bardziej imponującą.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Mii Couto „Włócznia i szpada” bezpośrednio pod tym linkiem!

Mia Couto
„Włócznia i szpada”
cena:
59,00 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
ArtRage
Tłumaczenie:
Michał Lipszyc
Rok wydania:
2026
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
392
Seria:
Przeszły/Ciągły
ISBN:
9788368295030
reklama

– Bibliana jest cudotwórczynią, to najlepsza z wszystkich znachorek. Nie ma takiej bolączki, z której nie potrafiłaby wyleczyć.

Kobieta obeszła sierżanta dookoła, po czym przemówiła, po sługując się mieszaniną portugalskiego, chopi i szangana. Głos miała niski, niemal męski:

– Ten mężczyzna chodź ze mną. On połamany, jego dusza zeszła do stóp.

Germano musiał coś zrozumieć, bo ruszył za nią chwiejnie na patio na tyłach kościoła. Ruszyłam w ślad za nim, aby służyć mu ramieniem i pomocą w tłumaczeniu. Bianca, czując, że zaraz zostanie jedyną kobietą wśród samych mężczyzn, też postanowiła do nas dołączyć.

Kiedy już wyszliśmy na dziedzińczyk, dziwna gospodyni zlustrowała mnie od stóp do głów, zatrzymała wzrok na moich butach, po czym pokręciła głową z dezaprobatą:

– Za kogo ty się masz, za jakąś białaskę?

Nie zareagowałam. A Bibliana wcale nie spodziewała się odpowiedzi. Wycedziła w chopi:

– Znałam kiedyś kobietę, która chodziła w butach i spłonęły jej stopy.

I nagle przestałam istnieć, bo Bibliana od razu zajęła się usadzeniem Portugalczyka na krześle pośrodku patia. Potem powoli przeciągnęła dłońmi po jego ramionach, a następnie obwąchała mu twarz i szyję. Wciągnęła głęboko powietrze i kilkakrotnie splunęła. Bianca z obrzydzeniem odwróciła się do niej plecami.

Bibliana wyciągnęła z tobołka kobiece ubrania i odziała w nie sierżanta. Włoszka z dystansu pokręciła głową z odrazą. Mnie te zabiegi też wydały się dziwaczne. Przez chwilę myślałam jeszcze, że ich celem jest wyposażenie chorego w lekki i przewiewny strój. Ale to nie o to chodziło. Cel był inny, a wskazało go proroctwo znachorki:

– Mężczyźni mogą sobie rządzić ziemią. Ale krwią rządzą kobiety. I wskazując na siebie i na Germana, wróżbitka powtórzyła:

– My, kobiety.

Aresztowanie Ngungunyane przez wojska portugalskie w Chaimite w grudniu 1895 roku

Sierżantowi opadała głowa i był już na wpół uśpiony, kiedy Bibliana wezwała kilku chłopaków i poleciła im, aby poszli nad rzekę i przynieśli czółno, którym przypłynęliśmy.

– Ta łódź będzie jego łóżkiem – oznajmiła.

Po niedługim czasie, niczym w orszaku żałobnym, Germano de Melo został przeniesiony w czółnie do wnętrza kościoła. Łódź kołysała się na barkach młodzieńców poważnie jak trumna. Przerażony Germano uniósł głowę i chyba opadł go ten sam niepokój, który dręczył mnie, bo niemal bezsilnie zapytał:

– Już mnie zabieracie?

Postawili czółno na kamiennym stole ołtarza. Znachorka po raz kolejny wezwała do siebie młodzieńców i szeptem wydała im pilne polecenia. Zwinne dłonie przeszukały szybko wszystkie kąty budynku, aby pozbierać leżące w mroku sowie pióra. Wróżbitka usłała nimi dno łodzi.

reklama

– Zabierz mnie stąd, Bianca – zaczął błagać Germano. – Ja się wykrwawiam.

– Jutro zabierzemy cię do Manjacaze – uspokoiła go biała.

Ale sierżanta nic już nie było w stanie uspokoić. Opierając łokcie na burtach czółna i wytrzeszczając oczy, jakby usiłował przezwyciężyć ciemność, która panowała tylko w jego głowie, Portugalczyk przemawiał:

– Właśnie tak czarni zabijają nasze konie: ucinają im uszy, a wtedy one wykrwawiają się w ciągu nocy na śmierć.

Przerwał, wycieńczony. Położył się na plecach na dnie łodzi, po czym ciągnął nieprzerwanie:

– Właśnie tak mordują te biedne konie. Następnego dnia muchy wlatują w nie tysiącami przez dziury po uszach, dostają się do arterii, a potem wyżerają im od środka całe ciało, tak że na koniec wystarczy tylko jeden człowiek, aby usunąć zewłok.

Włoszka pogładziła palcami zmierzwioną czuprynę sierżanta, poprawiła mu kołnierzyk sukienki i szepnęła prosto w twarz:

– Jutro, Germano. Jutro będziemy już w szpitalu Szwajcarów.

Bibliana powtórzyła szyderczo słowa Europejki:

– Jutro, jutro, jutro… – Uśmiechnęła się pogardliwie, po czym skinęła w moją stronę podbródkiem, nakazując mi, abym tłumaczyła: – Ten biały zostanie tutaj tak długo, aż odzyska siły. Dopiero wtedy uda się do Mandhlakazi. To miejsce ma krew w samej nazwie. To właśnie znaczy mandhlakazi: siła krwi.

– Kiedy tylko się przejaśni, ruszamy do Manjacaze – zripostowała Bianca. Po czym, zwracając się do mnie, rozkazała: – Przetłumacz to tej czarnej wariatce.

– Niech pani uważa, dona Bianca – szepnęłam błagalnie. – Ta kobieta rozumie po portugalsku.– No i właśnie chcę, żeby mnie zrozumiała. Bibliana udawała, że nic nie słyszy. Z twarzą zwróconą ku niebu przymknęła oczy i oświadczyła:

– Ten biały się stąd nie ruszy!

To rzekłszy, rozczapierzyła palce i wpiła je w pustkę przed sobą, jak strzały z łuku wbijające się w ziemię. Bianca rozpaczliwie chwyciła się dłońmi za głowę i nie czekając, aż przetłumaczę słowa Bibliany do końca, zawołała:

– I mamy go tu zostawić, bez odpowiedniego jedzenia i podstawowych środków higienicznych?

– Ja będę go karmić – odparła Bibliana. – A nasza rzeka przemyje wszystkie rany.

– Powiedz tej czarnej – poleciła Włoszka – że jej nie lubię. Powiedz jej, że nie ufam czarownicy, która paraduje w czerwonej sukience. I powiedz jej też, że jutro się okaże, kto tu rządzi.

Włoszka mówiła dalej w pustkę. Czarnoskóra Bibliana, obojętna na wściekłość Europejki, pochyliła się nad sierżantem, żeby mu odwinąć bandaże. Starannie pilnowała, aby cała krew spłynęła do białej miski. Wystarczyłaby tylko jedna kropla skapująca na ziemię, aby przyciągnąć złe oko.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Mii Couto „Włócznia i szpada” bezpośrednio pod tym linkiem!

Mia Couto
„Włócznia i szpada”
cena:
59,00 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
ArtRage
Tłumaczenie:
Michał Lipszyc
Rok wydania:
2026
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
392
Seria:
Przeszły/Ciągły
ISBN:
9788368295030
reklama

– Nie ma czegoś takiego jak cudza krew, wszyscy się wykrwawiamy wraz z każdym człowiekiem, który krwawi – mruknęła znachorka.

Ngungunyane, ostatni władca Imperium Gazy

W miarę jak miska wypełniała się czerwienią, docierał do mnie zapach krwi, ta cierpka, metaliczna woń. Sierżant wciąż miał zamknięte oczy, podczas gdy Bibliana dodawała szczyptę popiołu do wyciągu z ziół zmieszanego z olejem mafurra. Sporządziwszy balsam, natarła nim rany żołnierza. Po tym, jak opatrzyła rannego, kobieta rozdarła sobie po obu bokach czerwoną suknię i zaczęła krążyć po całym pomieszczeniu, nadal odziana w wielkie wojskowe buciory. Kopniakami odrzuciła na boki krzesła i ławki. Kiedy przestrzeń już była pusta, Bibliana poszła na patio, przyniosła z płonącego tam ogniska kilka rozpalonych bierwion i ułożyła je na kamiennej posadzce kościoła. Przerażona Włoszka krzyknęła:

– Ta kobieta oszalała! Ona spali kościół!

Stanąwszy okrakiem nad ogniem, znachorka rozchyliła uda, jakby chciała sobie ogrzać wnętrzności. Powoli uniosła ręce i zaczęła nucić jakąś melodię. Jej głos stopniowo przybierał na sile, podczas gdy ona wykonywała samcze taneczne kroki, unosząc wysoko raz jedno, raz drugie kolano, aby następnie tupnąć z całej siły trepem w ziemię. Wyginała przy tym konwulsyjnie plecy to w przód, to w tył, jakby była w środku porodu. Jej dłonie co chwila uderzały o posadzkę, aby wzbijać w górę kłęby kurzu. W pewnej chwili z chusty, którą miała owiniętą wokół głowy, zaczerpnęła garść prochu i cisnęła go w ogień. Jej suchy rechot zmieszał się z odgłosami prochu strzelającego w płomieniach. Potem podniosła głos, bardziej charkotliwy niż kiedykolwiek:

– Ten trujący pył rozsiał się po całym świecie. Ten pył rozdziera gardła, pożera piersi, a na koniec wywołuje ślepotę narodów. Ta ślepota nazywa się wojna.

Prostując tułów, z dłonią na biodrze i głową zadartą w górę, wygłaszała wojownicze odezwy. Było oczywiste, że opanował ją czyjś duch. Męski głos, który się z niej dobywał, należał do jakiegoś dawnego wojownika. Ten zabity żołnierz mówił w chopi, moim ojczystym języku. Przez usta Bibliany zmarły nalegał:

– Proszę was, moi przodkowie, pokażcie mi wasze blizny! Pokażcie mi przecięte żyły, złamane kości, rozdarte dusze. Wasza krew jest tą samą krwią, która znajduje się w tej misce, czerwona i żywa.

Po czym Bibliana znowu zaczęła przemierzać wnętrze kościoła w czymś, co było połączeniem tańca z wojskowym marszem. Po chwili zatrzymała się i ciężko dysząc, zadeptała buciorami ogień. Podeszła do ołtarza, zanurzyła palce w czuprynie sierżanta i zwracając się w naszą stronę, wyznała:

reklama

– Ten biały jest już prawie gotowy.

– Co to znaczy? – spytałam wylękniona.

– Już traci ręce, potem straci uszy, a następnie nogi. W końcu stanie się rybą. I wróci na statek, którym trafił do Afryki.

Takie w tych stronach panowało przekonanie na temat Portugalczyków: że byli rybami pochodzącymi z dalekich mórz. Ci, którzy schodzili na stały ląd, to byli młodzi na rozkazach starszych, którzy pozostawali na statku. Ci, którzy nas odwiedzali, mieli jeszcze członki wystające z ciała. Z czasem zatracali dłonie, stopy, ręce i nogi. I wtedy wracali na ocean.

– Przygotuj się, siostro: niedługo zostaniesz bez towarzystwa tego białego – stwierdziła Bibliana, szczypiąc mnie w ramię.

Kiedy zasnęłam, przyśniło mi się, że ja też jestem rybą i że u boku Germana przemierzam nieskończone wody. Ocean był naszym domem. Mogłam się spodziewać, że obudzi mnie łagodne kołysanie. Stało się inaczej. Wzburzone krzyki wyrwały mnie z łóżka i kazały podbiec do drzwi. Pod kościołem zgromadziła się niewielka, lecz rozwścieczona grupa ludzi. W środku zgromadzenia znajdował się rozebrany do naga i związany mężczyzna, którego wygląd świadczył o tym, że został pobity.

– To jeden z żołnierzy Ngungunyane! – pokrzykiwano.

Niektórzy twierdzili, że to szpieg, ale większość zapewniała, że pojmany to „nocny łazik”; jeden z tych czarowników, którzy pracują na czyjeś zamówienie. Domniemany czarownik miał ciało tak oblepione czerwonym piachem, że wydał mi się raczej kawałkiem ziemi, który kształtem przypomina człowieka. Może dlatego mniej bolało mnie przyglądanie się, jak go kopią.

Zdjęcie z 1895 roku przedstawiające przedstawiające mszę polową w Ponta Vermelha, niedaleko Lourenço Marques, w której uczestniczyła armia portugalska, świętująca podbój Imperium Gazy

Ksiądz uniósł ramiona, prosząc ludzi o opamiętanie. Następnie zaczął wypytywać obcego, jakie były jego zamiary. Ten odparł, że przyszedł, aby „zobaczyć kobiety”. Wrzawa zagłuszyła dalszą część jego wyjaśnień. I znowu posypały się ciosy i kopniaki, aż w końcu nieszczęśnik stracił ducha do obrony. Przestał być ziemią. Był już zwykłym pyłem.

Wtedy właśnie pojawiła się Bibliana i opanowała sytuację. Zawlokła intruza nad rzekę i rozkazała przywiązać go do pnia drzewa. Mężczyzna znosił w milczeniu, kiedy przemocą wiązano go do drewnianego pala, jak to się robi ze zwierzęciem przed ćwiartowaniem. I nawet nie przymknął powiek, kiedy słońce uderzyło go prosto w twarz. Na rozkaz wróżbitki – na którą wszyscy mówili sangoma – pień drzewa wraz z uwiązanym do niego mężczyzną został wrzucony do wody. Panowała całkowita cisza, kiedy ta przedziwna tratwa została porwana przez prąd. Wtedy Bibliana zawołała:

– Chciałeś zobaczyć kobiety? No to otwórz oczy w wodzie, tam zobaczysz ich całe mnóstwo!

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Mii Couto „Włócznia i szpada” bezpośrednio pod tym linkiem!

Mia Couto
„Włócznia i szpada”
cena:
59,00 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
ArtRage
Tłumaczenie:
Michał Lipszyc
Rok wydania:
2026
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
392
Seria:
Przeszły/Ciągły
ISBN:
9788368295030
reklama
Komentarze
o autorze
Mia Couto
(Ur. 1955) - mozambicki pisarz tworzący w języku portugalskim.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone