Wojenne losy Marysi

opublikowano: 2026-09-29, 15:08
wszelkie prawa zastrzeżone
Mam na imię Marysia i 1 września 1939 roku miałam pójść do szkoły, do pierwszej klasy. Ale tak się nie stało. A dlaczego? Zapraszam was do przeczytania historii, która wszystko wyjaśni.
reklama

Ten tekst jest fragmentem książki Małgorzaty Janiny Berwid „Wojenne lalki Marysi”.

Polski żołnierz i cywile w Warszawie we wrześniu 1939 roku (fot. Julien Bryan)

Cieszyłam się na myśl, że nareszcie pójdę do szkoły, poznam nowe koleżanki i nowych kolegów. Cieszyłam… ale też trochę się bałam. Mój brat powiedział, że strach przed szkołą jest czymś normalnym. I takie wytłumaczenie nieco mnie uspokoiło. Wierzyłam w to, co mówiło starsze rodzeństwo. A miałam ich troje – dwie siostry: Halinkę – starszą, i Jankę – młodszą, oraz brata Tadeuszka – młodszego od Janki. W tej gromadce ja byłam najmłodsza.

Z sióstr bardziej lubiłam Jankę. Często była dla mnie miła i wtedy bawiła się ze mną. Ale bywało, że się ode mnie opędzała, twierdząc, że jestem skarżypytą, bo nagaduję na nich mamusi. A ja nie skarżyłam, tylko mówiłam prawdę! Przecież nie mogłam okłamywać mamusi.

Wieczorem 31 sierpnia, jak co dzień, przytuliłam moją szmacianą lalkę – Rozalkę. Była moją księżniczką. Zrobiłam ją sobie sama, bo ta, którą odziedziczyłam po siostrze, już się rozpadła. Tak to jest w rodzinach, w których jest więcej dzieci – kiedy jedno z czegoś wyrasta, drugie to otrzymuje: czy to zabawkę, czy ubranie. Na pewno niektórzy z was to znają.

Oczywiście można było kupić lalkę, ale nowe były bardzo drogie, a ja nie chciałam prosić rodziców, bo i po co? Szłam po raz pierwszy do szkoły, więc i tak mieli dużo wydatków. Dlatego Rozalkę zrobiłam sobie sama. I może dlatego tak bardzo ją lubiłam?! Namalowałam jej oczy i usta. Mogłam ją cały dzień przytulać i opowiadać jej zmyślone historie. Obiecałam też, że wszystko jej opowiem, jak tylko wrócę ze szkoły.

Z radości tańczyłam po pokoju i śpiewałam. Razem z dziećmi z podwórka cieszyłam się, że pójdę do szkoły. Cieszyliśmy się nawet wtedy, gdy zobaczyliśmy nadlatujące samoloty, które zaczęły zrzucać coś na miasto. Na początku bardzo nas to zaciekawiło, ale potem baliśmy się bardzo, bardzo… bardzo!

Okazało się, że to nie były fajerwerki, ale straszne bomby, które tam, gdzie spadły, pozostawiały tylko zniszczenie i bałagan. Smutek i łzy. Te bomby, te naloty, to wszystko było takie niespodziewane. A ja miałam siedem lat i chciałam po prostu pójść do szkoły…

Mieszkaliśmy na ulicy Płockiej, w trzecim podwórku. Moi rodzice pracowali w pobliskim szpitalu. Mama była pielęgniarką, a tata pielęgniarzem.

Po nalotach miasto zrobiło się smutne, chociaż my, dzieci, inaczej na to patrzyłyśmy. Dorośli mniej się uśmiechali, ale nas wszystko interesowało, zadawaliśmy dużo pytań… Po kilku dniach zobaczyłam leżące na ulicy konie.

Czy one tam śpią? – zdziwiłam się.

– Mamo, czemu te konie tak dziwnie leżą, a nie stoją? I co ludzie im robią? – zapytałam.

reklama

– Marysiu, one już nie żyją, a ludzie myślą o nakarmieniu swoich najbliższych, nie patrz tam. – Mama szybko pociągnęła mnie w drugą stronę.

Dziewczynka z psem na ul. Żelaznej w Warszawie wśród zniszczeń spowodowanych niemieckimi bombardowaniami (fot. Julien Bryan)

Schowałam się za spódnicą mamy, żeby na to nie patrzeć. Przytuliła mnie i czułam, że teraz żałowała, że mi o tym powiedziała. Niestety widok śmierci zwierząt i ludzi stał się wkrótce czymś codziennym. I trudno było uchronić przed nim nas, małe dzieci.

W szpitalu na Płockiej byli dobrzy lekarze i pracownicy. Lubiłam się tam kręcić. Słuchać, jak rozmawiają. Marzyłam, że kiedyś będę lekarką albo pielęgniarką, tak jak mamusia. Ale lekarze się denerwowali, że wchodzę na oddział i zaglądam do pacjentów. Wszyscy byli poważnie chorzy i mogłam się od nich zarazić! A ja przecież tylko chciałam pomóc, zwłaszcza pacjentom, którzy nie chodzili.

Wielu ludzi pomagało. Żeby chorzy mieli dobre warunki i żeby mieli co jeść. I dlatego, chociaż to śmiesznie wyglądało, na podwórku szpitalnym hodowano świnie, które zabawnie chrumkały. Zdobywano dla nich ziemniaki, bo świnki musiały dobrze jeść, żeby potem… wykarmić człowieka. Lubiłam te świnki i gdy myślałam o ich losie, było mi smutno i płynęły mi łzy. Na pociechę przynosiłam im kwiatki.

W szpitalu pracowały siostry szarytki. Robiły chorym zastrzyki, tak jak pielęgniarki. Kiedy mogłam w czymś pomóc siostrom, czułam się bardzo ważna.

Pacjenci czasem prosili, żeby im coś kupić w sklepiku, i wtedy okazywałam się niezawodna, szybka i zwinna. Lekarze mnie upominali:

– Nie bierz tych pieniędzy, bo mogą być zakażone.

Ale siostry szarytki mówiły, że trzeba pomagać tym, którzy nie mogą się ruszyć. 10

Jako dziecko musiałam sama podjąć decyzję. Dlatego słuchałam jednych i drugich. Raz pomagałam, a raz nie. Częściej jednak pomagałam! Bo jak możesz nie pomóc, kiedy ktoś prosi o pomoc? Na szczęście nie zaraziłam się żadną chorobą.

Czas mijał, a my żyliśmy… prawie normalnie. Dorośli chodzili do pracy, a dzieci do szkoły. Tak, tak, poszłam do wymarzonej szkoły, ale niestety nie było tak, jak sobie wyobrażałam. Mama tłumaczyła mi, że w czasie okupacji nic nie może być zupełnie normalnie.

Najważniejsze było jednak to, że już mogłam chodzić do szkoły i się uczyć! Poza nauką lubiłam bawić się Rozalką.

Drewniany most nad ul. Chłodną w Warszawie łączący małe i duże getto, 1942 rok (Bundesarchiv, Bild 101I-270-0298-14 / Amthor / CC-BY-SA 3.0)

Niestety to, co działo się dokoła, sprawiło, że czułam się coraz starsza i podejrzewałam, że coś wisi w powietrzu… Czułam TO, mimo że otaczały mnie same tajemnice. Widziałam TO po zachowaniu taty, który ciągle gdzieś znikał, i po siostrach, które również miały dużo sekretów. I chociaż bardzo się starałam, nie udało mi się ich odkryć.

Kiedyś leżałam długo pod łóżkiem Janki, żeby pod słuchać, o czym rozmawia z przyjaciółmi. Gdy weszli do pokoju, specjalnie usiedli na łóżku, a ja z jękiem się spod niego wygramoliłam i, żegnana śmiechem, wyszłam jak niepyszna z pokoju.

Wtedy mieszkaliśmy już na ulicy Chłodnej 38. Tuż obok warszawskiego getta.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Małgorzaty Janiny Berwid „Wojenne lalki Marysi” bezpośrednio pod tym linkiem!

Małgorzata Janina Berwid
„Wojenne lalki Marysi”
cena:
36,90 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Wydawnictwo Literatura
Rok wydania:
2026
Okładka:
twarda
Liczba stron:
56
Ilustracje:
Anna Jamróz
ISBN:
978-83-8208-481-8
EAN:
9788382084818
reklama
Komentarze
o autorze
Małgorzata Janina Berwid
Animatorka kultury, pedagog, scenarzystka i dziennikarka. Współautorka pomysłów i scenariuszy do programów TV Ciuchcia i Budzik – mama chrzestna Kulfona i Moniki oraz Budzika. Stworzyła pierwszą w telewizji audycję o książkach dla dzieci – Moliki Książkowe, a jako Ciotka Książkula rozpowszechniała czytelnictwo wśród najmłodszych w radiu. Spośród otrzymanych nagród najbardziej ceni sobie Order Uśmiechu (2003). Kocha zwierzaki i gotowanie. Pisze piosenki. Ma troje dzieci i czworo wnucząt. Jej zdaniem dzień bez czytania książki to dzień stracony.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone
•