Wojenne losy Marysi
Ten tekst jest fragmentem książki Małgorzaty Janiny Berwid „Wojenne lalki Marysi”.
Cieszyłam się na myśl, że nareszcie pójdę do szkoły, poznam nowe koleżanki i nowych kolegów. Cieszyłam… ale też trochę się bałam. Mój brat powiedział, że strach przed szkołą jest czymś normalnym. I takie wytłumaczenie nieco mnie uspokoiło. Wierzyłam w to, co mówiło starsze rodzeństwo. A miałam ich troje – dwie siostry: Halinkę – starszą, i Jankę – młodszą, oraz brata Tadeuszka – młodszego od Janki. W tej gromadce ja byłam najmłodsza.
Z sióstr bardziej lubiłam Jankę. Często była dla mnie miła i wtedy bawiła się ze mną. Ale bywało, że się ode mnie opędzała, twierdząc, że jestem skarżypytą, bo nagaduję na nich mamusi. A ja nie skarżyłam, tylko mówiłam prawdę! Przecież nie mogłam okłamywać mamusi.
Wieczorem 31 sierpnia, jak co dzień, przytuliłam moją szmacianą lalkę – Rozalkę. Była moją księżniczką. Zrobiłam ją sobie sama, bo ta, którą odziedziczyłam po siostrze, już się rozpadła. Tak to jest w rodzinach, w których jest więcej dzieci – kiedy jedno z czegoś wyrasta, drugie to otrzymuje: czy to zabawkę, czy ubranie. Na pewno niektórzy z was to znają.
Oczywiście można było kupić lalkę, ale nowe były bardzo drogie, a ja nie chciałam prosić rodziców, bo i po co? Szłam po raz pierwszy do szkoły, więc i tak mieli dużo wydatków. Dlatego Rozalkę zrobiłam sobie sama. I może dlatego tak bardzo ją lubiłam?! Namalowałam jej oczy i usta. Mogłam ją cały dzień przytulać i opowiadać jej zmyślone historie. Obiecałam też, że wszystko jej opowiem, jak tylko wrócę ze szkoły.
Z radości tańczyłam po pokoju i śpiewałam. Razem z dziećmi z podwórka cieszyłam się, że pójdę do szkoły. Cieszyliśmy się nawet wtedy, gdy zobaczyliśmy nadlatujące samoloty, które zaczęły zrzucać coś na miasto. Na początku bardzo nas to zaciekawiło, ale potem baliśmy się bardzo, bardzo… bardzo!
Okazało się, że to nie były fajerwerki, ale straszne bomby, które tam, gdzie spadły, pozostawiały tylko zniszczenie i bałagan. Smutek i łzy. Te bomby, te naloty, to wszystko było takie niespodziewane. A ja miałam siedem lat i chciałam po prostu pójść do szkoły…
Mieszkaliśmy na ulicy Płockiej, w trzecim podwórku. Moi rodzice pracowali w pobliskim szpitalu. Mama była pielęgniarką, a tata pielęgniarzem.
Po nalotach miasto zrobiło się smutne, chociaż my, dzieci, inaczej na to patrzyłyśmy. Dorośli mniej się uśmiechali, ale nas wszystko interesowało, zadawaliśmy dużo pytań… Po kilku dniach zobaczyłam leżące na ulicy konie.
Czy one tam śpią? – zdziwiłam się.
– Mamo, czemu te konie tak dziwnie leżą, a nie stoją? I co ludzie im robią? – zapytałam.
– Marysiu, one już nie żyją, a ludzie myślą o nakarmieniu swoich najbliższych, nie patrz tam. – Mama szybko pociągnęła mnie w drugą stronę.
Schowałam się za spódnicą mamy, żeby na to nie patrzeć. Przytuliła mnie i czułam, że teraz żałowała, że mi o tym powiedziała. Niestety widok śmierci zwierząt i ludzi stał się wkrótce czymś codziennym. I trudno było uchronić przed nim nas, małe dzieci.
W szpitalu na Płockiej byli dobrzy lekarze i pracownicy. Lubiłam się tam kręcić. Słuchać, jak rozmawiają. Marzyłam, że kiedyś będę lekarką albo pielęgniarką, tak jak mamusia. Ale lekarze się denerwowali, że wchodzę na oddział i zaglądam do pacjentów. Wszyscy byli poważnie chorzy i mogłam się od nich zarazić! A ja przecież tylko chciałam pomóc, zwłaszcza pacjentom, którzy nie chodzili.
Wielu ludzi pomagało. Żeby chorzy mieli dobre warunki i żeby mieli co jeść. I dlatego, chociaż to śmiesznie wyglądało, na podwórku szpitalnym hodowano świnie, które zabawnie chrumkały. Zdobywano dla nich ziemniaki, bo świnki musiały dobrze jeść, żeby potem… wykarmić człowieka. Lubiłam te świnki i gdy myślałam o ich losie, było mi smutno i płynęły mi łzy. Na pociechę przynosiłam im kwiatki.
W szpitalu pracowały siostry szarytki. Robiły chorym zastrzyki, tak jak pielęgniarki. Kiedy mogłam w czymś pomóc siostrom, czułam się bardzo ważna.
Pacjenci czasem prosili, żeby im coś kupić w sklepiku, i wtedy okazywałam się niezawodna, szybka i zwinna. Lekarze mnie upominali:
– Nie bierz tych pieniędzy, bo mogą być zakażone.
Ale siostry szarytki mówiły, że trzeba pomagać tym, którzy nie mogą się ruszyć. 10
Jako dziecko musiałam sama podjąć decyzję. Dlatego słuchałam jednych i drugich. Raz pomagałam, a raz nie. Częściej jednak pomagałam! Bo jak możesz nie pomóc, kiedy ktoś prosi o pomoc? Na szczęście nie zaraziłam się żadną chorobą.
Czas mijał, a my żyliśmy… prawie normalnie. Dorośli chodzili do pracy, a dzieci do szkoły. Tak, tak, poszłam do wymarzonej szkoły, ale niestety nie było tak, jak sobie wyobrażałam. Mama tłumaczyła mi, że w czasie okupacji nic nie może być zupełnie normalnie.
Najważniejsze było jednak to, że już mogłam chodzić do szkoły i się uczyć! Poza nauką lubiłam bawić się Rozalką.
Niestety to, co działo się dokoła, sprawiło, że czułam się coraz starsza i podejrzewałam, że coś wisi w powietrzu… Czułam TO, mimo że otaczały mnie same tajemnice. Widziałam TO po zachowaniu taty, który ciągle gdzieś znikał, i po siostrach, które również miały dużo sekretów. I chociaż bardzo się starałam, nie udało mi się ich odkryć.
Kiedyś leżałam długo pod łóżkiem Janki, żeby pod słuchać, o czym rozmawia z przyjaciółmi. Gdy weszli do pokoju, specjalnie usiedli na łóżku, a ja z jękiem się spod niego wygramoliłam i, żegnana śmiechem, wyszłam jak niepyszna z pokoju.
Wtedy mieszkaliśmy już na ulicy Chłodnej 38. Tuż obok warszawskiego getta.
