„Zabili nawet mojego najlepszego przyjaciela”
W 48. rocznicę powołania Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża warto przypomnieć o tragicznej śmierci Tadeusza Szczepańskiego. Ten dwudziestoletni mechanik samochodowy należał do grupy WZZ założonej przez Lecha Wałęsę w zakładzie „Elektromontaż” na gdańskiej Przeróbce. Bywał na spotkaniach w mieszkaniu Anny Walentynowicz i uczestniczył w obchodach dziewiątej rocznicy rewolty grudniowej przy bramie nr 2 stoczni. Fascynowała go postać Leszka Moczulskiego. Szczepański zaginął 16 stycznia 1980 r., a jego okaleczone zwłoki odnaleziono 17 marca tego roku w Kanale na Stępce.
Postępowanie Leszka Lackorzyńskiego z Prokuratury Rejonowej w Gdańsku, wszczęte po odnalezieniu zwłok, umorzono z końcem maja 1980 r. Prokurator uznał, że „śmierć Tadeusza Szczepańskiego nastąpiła w sposób niezawiniony przez inne osoby, wskutek nieszczęśliwego wypadku […] śledztwo nie dostarczyło jakichkolwiek innych dowodów mogących pozwolić na stwierdzenie, że Tadeusz Szczepański zginął wskutek przestępstwa”. Decyzję tę podtrzymała Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku.
Nie byłoby w tym orzeczeniu nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że od chwili odnalezienia ciała chłopaka Służba Bezpieczeństwa była żywotnie zainteresowana przebiegiem śledztwa. Lackorzyński zeznał przed prokuratorem IPN, że „funkcjonariusz […] ze Służby Bezpieczeństwa w Gdańsku [przyszedł do mojego gabinetu i rozmawiał o wynikach śledztwa]. On był głównie zainteresowany szybkim zakończeniem śledztwa”. Sprawą interesowali się również jego przełożeni z Prokuratury Rejonowej i Wojewódzkiej. Lackorzyński zapewniał, że nikt go do niczego nie zmuszał. Zapewne rzeczywiście nie wprost formułowano oczekiwania wobec niego – samo zainteresowanie dochodzeniem musiało na nim jednak wywrzeć odpowiednie wrażenie, skoro „życzenie” dotyczące prędkiego umorzenia sprawy spełnił.
Udziału służb w skierowaniu śledztwa na określony tor (nieszczęśliwy wypadek) dowodzi notatka służbowa mjr. Ryszarda Bartnickiego z Departamentu III MSW w Warszawie, który 10 kwietnia 1980 r. zalecał prokuraturze, by „przed umorzeniem śledztwa […] dokonać […] uzupełniających czynności śledczych”. To według niego „wyeliminowałoby możliwość ewentualnego składania przez adwokata wniosków dowodowych w zakresie uzupełniania postępowania przygotowawczego”. Dalej nakazuje on m.in. uzyskanie z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej raportu o stanie pogody 16 stycznia, jednostkach pływających po Motławie w tym czasie i ewentualnym stopniu jej zamarznięcia, a także akt Szczepańskiego z zakładu pracy i pisma z Ligi Obrony Kraju w sprawie egzaminu na prawo jazdy, którego zdanie opijał on z kolegami feralnego dnia. Bartnicki polecił też „przesłuchać w charakterze świadka lekarza z zakresu medycyny sądowej na okoliczność działania morza i rzek na topielca, czy działanie to pozbawia go ubioru. Wytypowany lekarz powinien powołać się w trakcie przesłuchania na znane mu osobiście oraz ze spraw o utonięcie i specjalistycznej literatury tego rodzaju przypadki”.
Polecenia te zostały przez prokuratora Lackorzyńskiego wprowadzone do akt śledztwa. Zgodnie z nimi lekarz medycyny z Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Gdańsku Roman Zbychorski stwierdził, że „Tadeusz Szczepański zmarł śmiercią gwałtowną, nagłą, wskutek utonięcia […] rozległe zmiany urazowe mogły powstać wskutek działania np. śruby przepływających statków na zwłoki znajdujące się w wodzie. Przy tego typu mechanizmie powstawania uszkodzeń ciała, jak uczy doświadczenie sądowo-lekarskie, mogło równocześnie dojść do całkowitego pozbawienia odzieży”. Zbychorski nie zapomniał dodać, że takie przypadki „znane są i opisywane w literaturze fachowej”, choć nie przytoczył przy tym żadnego z nich. Co więcej, w zgodzie z intencją mjr. Bartnickiego casus Szczepańskiego zrelacjonowano w wybrzeżowej prasie jako przyczynek do kampanii uświadamiającej zgubne efekty konsumpcji nadmiernej ilości alkoholu.
Kanał na Stępce jest zbiornikiem płytkim, o słabym nurcie, nie wpływały więc do niego np. statki Żeglugi Gdańskiej kursujące po Motławie. Mogły się po nim co prawda poruszać małe jednostki, w tym motorówki, sternicy zgodnie jednak stwierdzali, że przez 20–30 lat nie zdarzyło im się natrafić na zwłoki, a każde uderzenie w jakikolwiek przedmiot zostałoby na pewno odnotowane. To w praktyce obalało tezę o przemieszczeniu zwłok z kierunku Motławy czy wciągnięciu ich w śruby jednostek pływających.
Niektórzy powątpiewają w udział SB w śmierci Szczepańskiego, twierdząc, że w rzeczywistości był mało znaczącym uczestnikiem opozycji i gdyby bezpieka chciała posunąć się do skrytobójstwa, zainteresowałaby się bardziej znanym działaczem. Esbecy mogli jednak przecież wyrządzić krzywdę komuś słabszemu, by postraszyć przywódców.
Ze śmiercią Szczepańskiego mogło się wiązać dwukrotne spalenie tablicy propagandowej PZPR z hasłem „Polityce Partii nasze tak” przy bramie Elektromontażu. Spalenia dokonali co prawda Sylwester Niezgoda i Kazimierz Żabczyński, ale SB mogła podejrzewać i Szczepańskiego, bo znali się z osiedla i przyjaźnili się. Co więcej, w styczniu 1980 r. w Elektromontażu wręczono wypowiedzenia 25 robotnikom, głównie członkom tzw. grupy Wałęsy i tym, którzy wzięli udział w obchodach rocznicy Grudnia ’70 pod stocznią, a więc i Szczepańskiemu.
W poniedziałek 24 marca 1980 r. w uroczystości pogrzebowej Tadeusza Szczepańskiego na Cmentarzu Łostowickim uczestniczyło od kilkuset do 2 tys. osób. Głos nad trumną zabrał kierowca samochodu ciężarowego w Elektromontażu Ryszard Jóźwiak, który odpowiedzialnością za śmierć kolegi obarczył „zbójów i barbarzyńców” z SB, za co następnego dnia został wezwany do złożenia wyjaśnień przed dyrektorem zakładu. Według innej wersji przemawiały cztery osoby, w tym Bogdan Borusewicz, choć on sam zaprzeczał później, jakoby zabierał głos i w ogóle był wtedy na cmentarzu. W drodze na Łostowice esbecy zatrzymali m.in. Lecha Wałęsę i Sylwestra Niezgodę. Na cmentarz zdołali dotrzeć inni koledzy ze Stogów i Elektromontażu, jak Józef Drogoń, Leon Stobiecki i Zbigniew Dąbrowski. Zastanawia fakt, że wieczorem tego dnia na Żabiance uczestniczący w pogrzebie Piotr Kapczyński został pobity – być może przez „nieznanych sprawców” z SB. On sam twierdzi, że „pobicie to na 90 proc. była robota esbeków”, bo na drugi dzień odnalazł większość rzeczy, w tym portfel, pieniądze i klucze. Dowód osobisty po kilku tygodniach oddali mu milicjanci, wypytując przy okazji, czy jest z KAOER. Może chodziło im o KOR?
Bogdan Borusewicz, ówczesny lider opozycji, z początku przekonany, że za śmiercią Szczepańskiego stała SB, po jakimś czasie tę pewność stracił: „W tym przypadku byłbym ostrożny w oskarżeniach. Jeśli SB zaplanowałaby morderstwo, to dotknęłoby kogoś z grupy kierowniczej, a nie kogoś, kto był dość nisko w hierarchii opozycji. Oceniam, że to był jednak wypadek”. Inaczej widział tę sprawę Jan Karandziej: „Byliśmy przekonani, że SB przyczyniła się do śmierci Tadeusza”. Jerzy Borowczak i Kapczyński stwierdzali: „Była skłonność uważać, że sprawa z zaginięciem tego chłopaka jest wysoce podejrzana, chociaż mało było oczekiwań, że to się wyjaśni. […] Było też takie przeczucie, że mógł on zostać zabity”. Sam Wałęsa, który „po zaginięciu Tadzika przychodził codziennie [do rodziców Szczepańskiego] i pytał, czy się odnalazł”, po kilku latach od śmierci kolegi zwątpił w zabójstwo: „Ze względu na alkohol nie można było wykorzystać tego zaginięcia. W opozycji braliśmy pod uwagę wersję, że SB go zatrzymała, chcieli go postraszyć, ale przedobrzyli i doszło do zabójstwa. Nie mieliśmy jednak żadnych dowodów, dlatego nie można było tego wykorzystywać”. Jednak wiosną 1981 r., w wywiadzie, którego udzielił Orianie Fallaci, z jakiegoś powodu twierdził, że Szczepańskiego zamordowano.
O sprawie chciano chyba zapomnieć, bo kiedy w 1981 r. Andrzej Wajda kręcił Człowieka z żelaza, jedyną sceną, jaką wycięto z produkcji, był moment wyłowienia zwłok z Motławy. Jeszcze bardziej istotny wydaje się fakt, że w 1981 r., w swoim rocznicowym artykule poświęconym WZZ Wybrzeża, zamieszczonym na łamach pisma gdańskiego MKZ NSZZ „Solidarność”, Joanna Gwiazda nie poświęciła postaci Szczepańskiego ani słowa, choć opisywała zorganizowaną przemoc przedsierpniową wobec Błażeja Wyszkowskiego, Dariusza Kobzdeja, Tadeusza Szczudłowskiego i Anny Walentynowicz.
Mimo że okoliczności śmierci Szczepańskiego od początku budziły wątpliwości, do ich rozwiania nie przyczyniło się objęcie najwyższych urzędów państwowych przez byłych towarzyszy z trójmiejskiej opozycji przedsierpniowej: najpierw Lecha Wałęsę, a potem Lecha Kaczyńskiego. Wobec braku wystarczających dowodów sprawę umorzył też prokurator Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku.
[1] Słowa Lecha Wałęsy, który w rozmowie z Orianą Fallaci w marcu 1981 r. formułował tezę, że za śmiercią Szczepańskiego stała Służba Bezpieczeństwa (Lech Wałęsa – O. Fallaci, „Solidarność. Pismo MKZ NSZZ Solidarność z siedzibą w Gdańsku”, 29 IV 1981, s. 6).
