Jak wikingowie zabili biskupa Alphega?
Ten tekst jest fragmentem książki Halldóra Laxnessa „Zuchwaliada”.
Tu pojawia się w naszej opowieści mąż pewien, niejaki Thorkell Strútharaldsson, zwany Wysokim. Thorkell stał na czele drużyny wikingów i zawiadował flotą; niektórzy historycy zaliczają go do wikingów jomskich, ale według angielskich ksiąg miał pochodzić ze Szwecji. Thorkell peregrynował ze swoją drużyną do wielu miejsc i stoczył niejedną bitwę, bądź to z własnej inicjatywy, bądź udzielając wsparcia zamorskim królom i książętom – walczyli wtenczas z każdym, kto się nadarzył, żołd kazali sobie płacić z góry, a do podziału łupów przystępowali po zwycięstwie. Zwyczajem ich było, gdy widzieli, że wspierany przez nich król prze ku klęsce, przechodzić na stronę wroga i walczyć przeciw byłym sprzymierzeńcom równie zawzięcie, co wcześniej u ich boku: zawsze dążyli do tego, by znaleźć się wśród tych, którym przypadnie w udziale podział łupów.
Thorkell Wysoki zazwyczaj wygrywał bitwy, toteż przyłączali się do jego armii liczni maluczcy, członkowie niewielkich załóg, których nie stać było najeżdżać dobrze chronionych miejsc. A Thorkellowi, bywało, brakowało ludzi, gdyż sława jego drużynników często trwała dłużej niż ich życie – wielu zmarło z wycieńczenia i trudu oraz od najprzeróżniejszych chorób nękających żeglarzy, inni zginęli podczas najazdów lub zostali pojmani, wielu też dało nogę; Thorkell musiał więc ciągle rozsyłać swoich, aby prowadzili zaciąg i zatykali dziury. Przede wszystkim werbowano nordyckich włóczęgów, tych, co to szukają przygód i sławy, a nie bardzo albo wcale ich stać na utrzymanie. I w taki to właśnie sposób i za taką przyczyną trafił Thorgeir zuchwalec Hávarsson z zachodniej Irlandii do wojska Thorkella Wysokiego.
W tamtym czasie tron w Anglii zajmował król znany wśród Normanów jako Aethelred. Nie radził sobie z obroną kraju przed jego wrogami, za to chętnie ściągał podatki ze swoich poddanych; Angielczycy uważali, że nie wszystkie nakładane na nich trybuty są jednakowo zasadne, przeto Aethelred zmuszony był, za przykładem wielu innych władców, brać je od niektórych z podległych sobie kmieci torturą i gwałtem. Zwyczaj miał taki, że gdy cudzoziemscy gwałtownicy najeżdżali kraj, wykupywał się od nich srebrem; ziemie te stanowiły więc pewny i opłacalny cel najazdów innostronnych watah. Aethelred miłował swą panią Emmę ponad innych ludzi i wszystkie chwile, gdy nie zbierał podatków, spędzał na własnym zamku, strugając ptaszki z kości oraz podziwiając swoją białkę.
Nie mamy między deszczułkami tej księgi miejsca, by opisać wszystkie kontakty Thorkella Wysokiego z Aethelredem, które długo wyglądały tak samo; Thorkella nigdy nie znużyły wizyty z armią w królestwie Aethelreda i wszczynanie wojny. Na ziemię angielską wikingowie schodzili zwykle w miejscu najsłabiej każdorazowo strzeżonym, brali zakładników, po czym zachęcali króla, by wykupił onych jeńców i opłacił daninę pokojową albo podjął walkę. Kłopot Aethelreda polegał na tym, że ilekroć cudzoziemskie wojska oferowały mu wybór, zapadał na zdrowiu, dostawał wielkich wymiotów i boleści brzucha, a nie mogli ludzie zeń wydusić ani słowa poza obietnicą, że chętnie zapłaci podatek pokojowy, na który wrogowie tak nalegają; taki trybut Anglicy nazywają danegeld albo gafol.
Gdy zaczęła się ta opowieść, Aethelred zdążył wydać krocie na danegeld. Chłopi angielscy, zmęczeni już ciągłym opłacaniem potrzeb swojego króla, postanowili tedy bronić przed nim swego dobytku, ale i z własnej woli zwołali ruszenie, by chronić swe ziemie i grody angielskie przed rabusiami chcącymi nałożyć trybut na ich króla. Jednakże król Aethelred nazwał ten czyn zaprzaństwem i zdradą Anglii. Uważał, że mniej zagraża mu cudzoziemskie, wraże wojsko niźli jego właśni poddani, obawiał się bowiem, że staną się oni dla niego zbyt potężni, zaczną dowodzić jego kohortami, a jego samego pozbawią tronu i korony.
Teraz, jak tyle razy wcześniej, Thorkell ze swoimi ludźmi zażądał od Aethelreda ogromnej zapłaty w srebrze i aby dowieść, że to nie przelewki, ustawił swą armię na brzegach Tamizy; król przystał wprawdzie na jego żądania, ale trudniej było mu je spełnić. I gdy, zdaniem wikingów, opóźniał zapłatę, uznali to za próbę oszustwa i skierowali się do królewskiej i arcybiskupiej siedziby w Canterbury – Thorkell stał na czele licznych drużyn zaciągniętych z Irlandii, wysp i z krain Północy; wiele obiecywali sobie wszyscy drużynnicy po wojnie z Aethelredem, jak niejednokroć wcześniej. Aleć gdy Aethelred usłyszał o ich marszu i zamiarach zajęcia Canterbury, popadł, jak to miał w zwyczaju, w chorobę: najpierw się strasznie rozwymiotował, a potem kazał dąć w trąby, by wezwać swe wojska na wojnę. Nie ruszył jednak na swoje wrogi, Thorkella Wysokiego i nordyckich wikingów, lecz udał się na wyprawę przeciwko własnym poddanym, walijskiemu gminowi, w nadziei, że uda mu się wycisnąć z nich jaki pieniądz na daninę pokojową dla Thorkella; sam stanął na czele tej wyprawy, deklarując zgodnie z prawdą, że Walijczycy nie są chrześcijanami i dlatego chce od nich ściągnąć trybuty, ich czyste srebro, bite i nieuszkodzone, kute i nieobrobione, a i inne kosztowności, i że zabije każde dziecko, jeśli samo mu ich nie odda.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Halldóra Laxnessa „Zuchwaliada” bezpośrednio pod tym linkiem!
Co zaś się tyczy Thorkella Wysokiego i jego ludzi, to znużyło ich bezczynne czekanie na daninę od Aethelreda. Postanowili przeto pograbić okoliczne szajery i zagarnąć wszystko, co się nawinie pod rękę, jak bydło i masło, tyle że te łupy wojenne okazały się mniejsze, niż się spodziewali; kmiecie już nieraz zostali obdarci ze skóry, niewiele im więc zostało krom kości na karku. A im bardziej opóźniał się powrót Aethelreda z pokojową daniną, tym srożej mierziło wikingów łupienie biedaków, postanowili zatem ruszyć na Canterbury. Że zaś w grodzie pozostawało niewielu mieszczan zdatnych do obrony murów, a wikingów zebrało się koło dwustu czterdziestu łodzi, zdobyli miasto bez walki i przywłaszczyli sobie wszelkie tamtejsze dobra, na popiół też spalili kościoły, klasztory oraz zamek królewski. A tych, którzy w Anglii przewodzili klerowi i stanowili źródło prawej nauki i wzorzec czystości, wzięli w zakład; uwięzili krocie mnichów i zakonnic, pojmali także biskupa Goodwina i przeoryszę Leofrunę oraz licznych innych porządnych ludzi, w tym królewskiego zarządcę grodu, jarla Aelwearda, i niejednego rajcę, na koniec zatrzymali także jego lordowską mość arcybiskupa Alphega, najbardziej szanowanego nestora, mistrza i przyjaciela Chrystusa, jaki żył w Anglii – liczył sobie wówczas osiem dziesiątek lat.
Według angielskich ksiąg zaraz potem spopielili nordyccy najeźdźcy wszystkie domostwa w mieście, a tych mężów, którym nie udało się uciec, wycięli w pień; mnogość ciał spływała rzeką Stour, a ziemia i woda w mieście były po równo zabarwione krwią, powiada księga; kobiety i dzieci wrzucili na statki, nazywając je swoim ładunkiem. I gdy wreszcie Aethelred wrócił do domu z wydartymi poddanym walijskimi kosztownościami, a w królewskim grodzie stały tylko zgliszcza i zburzone świątynie, Thorkell i jego ludzie dwukrotnie zwiększyli żądania, domagając się od Aethelreda jeszcze okupu za każdego zakładnika z osobna. Przerażony koniecznością uiszczenia danin przerastających uzgodnione wprzód kwoty, król zaczął błagać Thorkella o litość, ten jednak odparował, że przypłynęli tu z towarzyszami dla zysku, a nie ku uciesze, i jedną tylko ma powinność wobec swych drużynników: pozwolić plądrować każde miejsce w oczekiwaniu na zapłatę; zapewnił, że tak to wśród łowców skarbów i mężnych chłopców utarło się od początku dziejów i nie ma zamiaru słuchać utyskiwań tych, którym brakuje sił, by zadbać o swoje. A że Aethelred już dawno złupił swój lud i nie miał się do kogo zwrócić, począł potężnie rzygać. I jako wcześniej, tak i tym razem znudziło się Thorkellowi czekanie; w Niedzielę Palmową kazał zadąć w trąby i stawić się drużynom na zewnątrz murów miejskich – i powiadał, by przywleczono tu zakładników z lochów; mieszkańców okolic zaproszono na to wystawienie, a królowi kazano przysłać delegatów.
Następnie przywołał Thorkell tych spośród swoich morskich wojów, którzy najsprawniej posługiwali się szydłami, szczypcami, nożycami, nożami i niewielkimi toporkami; torturami zawiadował młodzian pewien z Norwegii, z Vestfold, bladolicy, bardzo krótkiego wzrostu, za to zachłannie gruby i o potężniejszym niż większość mężów zadzie, przez co raczej chwiał się, niż chodził. Zwał się Olaf Haraldsson, a jego towarzysze żeglarze mówili nań Gruby. Młodzian ów miał bardzo drobne dłonie, na każdym palcu nosił pierścień, a na niektórych dwa lub trzy, i przepasał się był dwoma srebrnymi pasami, jednym założonym na drugi, jednak z racji jego budowy pasy te pękły i zasztukowano je powrózkiem.
Teraz wyprowadzono zakładników; zebrał się wielki tłum gapiów i gapiń, większość nosiła szaty zakonne. Olaf Haraldsson rozkazał zacząć krzywdzić ludzi wedle ich wartości w srebrze lub maśle, w kolejności rosnącej podług rangi każdego i szlachectwa; tortury zacząć należało, a najdelikatniej, od tych, za których spodziewano się dostać najniższą zapłatę czy najmniej masła, jak choćby braciszków świeckich i ubogich zakonnic, jako i zwykłych duchownych, następni w kolejce czekali bracia z chóru i kanonicy, a z nimi razem przeorysze, wreszcie opaci i biskupi, potem jarlowie i rajcy oraz ichnie białki. Ludzi tych zniekształcano na różne sposoby: jednym odcinano ręce i nogi, innym urzynano nosy czy uszy – a człek tak okaleczony zwie się z nordycka núfur lub stúfur – niejednemu wyłupano też oczy. Kilka razy przekazywano słowo królowi Aethelredowi, by przysłał okup za ludzi, ale ten niezmiennie odsyłał odpowiedź, że wszystkie skarbce Anglii są już puste, a zapasy masła wyczerpane. Tego dnia oderżnięto ręce, nosy i wydłubano oczy królewskiemu zarządcy, jarlowi Aelweardowi, i niektórym innym angielskim rajcom, biskupowi Goodwinowi i przeoryszy Leofrunie, i całej rzeszy przedstawicieli stanu duchownego i zakonnego. Gdy już zakończono torturować zakładników, odesłano ich do Aethelreda – od tego dnia większość co zacniejszych mieszkańców Anglii określano núfurami i stúfurami.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Halldóra Laxnessa „Zuchwaliada” bezpośrednio pod tym linkiem!
Ostatniego wywleczono Alphega, arcybiskupa Canterbury. Wtedy już ledwie chodził i był ślepy, po jego prawej ręce kroczył więc pewien blady młodzian, śpiewając w głos z psałterza w cudownym uniesieniu duchowym. Thorkell Wysoki tak się odezwał:
Niewielką widzimy potrzebę wydłubywać oczy ślepemu a siwemu starcowi, jak ten tutaj. I spodziewamy się, że tu Aethelred się z nami zgodzi; idźcie i powiedzcie królowi, że tego człeka uwolnimy nietkniętego, ale wprzód wykupić będzie musiał jego głowę za osiemdziesiąt setek sztuk srebra.
Wówczas naprzód wystąpił człek, który negocjował ze strony króla Aethelreda, ukłonił się Thorkellowi Wysokiemu i odezwał w te słowa:
Starzec ów i mistrz, stojący tu w kajdanach, jest nie tylko oćcem i duchowym patronem króla Aethelreda. Jest także bratem i kompanem samego Piotra postoła w Rumie, tego, któren przemawia za samego Chrystusa, i za tego człeka zapłacone zostanie każde wykupne, jakiego zażądacie; obwieszczam to w imieniu króla i świętego kościoła.
Oświadczenie królewskiego rzecznika przywitane zostało przez wikingów wielkim wybuchem radości; wszyscy jak jeden mąż orzekli, że arcybiskup Alpheg to prawdziwie wzniosły mąż boży, a wiwatom ludzi i oklaskom nie było końca; kiedy zaś znów nastał spokój, usłyszeć można było, jak jeden mąż skromnym głosem, łamiącym się i drżącym, doprasza się uwagi – człek ów ubłagał posłańców króla Aethelreda, by zaczekali i raczyli go wysłuchać. To był sam mistrz Alpheg, skuty kajdanami.
Zanieście słowa, rzekł, memu synowi, królowi Aethelredowi, i memu bratu Sergio papae, że nigdy na moją głowę nie zostanie nałożona inna cena niż ta, którą zapłacił Chrystus na krzyżu, gdy wykupił moją duszę z piekła. Jeśli teraz moje życie ma zostać wykupione taniej, to nigdy więcej nie podniosę oczu ani na ten świat, ani na tamten.
Wojska Thorkella nie radowały się już tak bardzo, usłyszawszy taką odpowiedź z ust arcybiskupa, a sam Thorkell Wysoki uznał, że stary Alpheg to człek dzielnego serca: Tym czasem, rzekł, nie da się nic zrobić, więc zabierzcie starca do jego wieży.
Jednakże koniec znojnego dnia zastał Normanów niezadowolonych z siebie, kazali więc wytoczyć sobie wszystkie beczki z piwem i nagotować mięsiwa – i urządzili biesiadę na brzegach rzeki; rozpalili ogniska. Wiele przy trunku mówiło się o tym, że Alpheg to zaiste syn diabła prawdziwy, bo przez wzgląd na swoją buńczuczność chce pozbawić dobrych chłopców osiemdziesięciu setek sztuk srebra; powiadali, że to wielka hańba, iż tchórzliwi mniszkowie szukają ochrony na łonie Chrystusowego truchła na szubienicy, pozbawiając niezmordowanych mężów środków do życia; a im więcej o tym rozprawiali, tym potężniejszy gniew ich ogarniał. Doszło do tego, że większość jednogłośnie wyraziła niechęć do dalszych prowokacji ze strony chrześcijan, bo tracą przez nie swoją część łupów. A gdy porządnie już pojedli i popili, i biesiada trwała w najlepsze, kilku przyzwoitości mężów wzniosło głos ponad innych drużynników, że szaleństwem było oszczędzać tego starego głupca, który się im dziś przeciwstawił. Przywódcy drużyn nakazali ponownie przyprowadzić arcybiskupa Alphega, co też uczyniono. Starzec miał na sobie czerwoną stułę, brodę przystrzygł sobie dostojnie; obok niego stał chłopiec Grímkell i śpiewał. Przywiedli Alphega na środek placu i zdarli mu stułę z ramion; oto stał starzec w samej koszulinie, utkanej z grubych konopi, z wieloma supełkami, na rękach i nogach miał kajdany. Zaczęli ciskać w biskupa wielkimi bydlęcymi goleniami i innymi kośćmi z ugotowanego mięsiwa, a nawet rogami i czymkolwiek luźnym nadającym się do tego. Wtedy zagrzmiał głos wśród drużynników – i był to Olaf Gruby Haraldsson. Tak rzekł:
Powiadają, że w drużynie wikingów znajdziesz więcej gniewnych mężów niż gdzie indziej, lecz gdzież oni są teraz, kiedy milczycie całkiem, gdy golenie i kości miotane są w tak dziewiczego młodzianka jak ten, który stoi tam i śpiewa?
Słowa te sprawiły, że ludzie z wielkim śmiechem odciągnęli chłopca od arcybiskupa i posadzili go wśród wikingów. Starzec został sam w kajdanach na placu. Zrazu stał prosto, wznosił w górę oczy, choć ślepe, i mamrotał sobie pod nosem coś, czego inni nie słyszeli; a że po wielekroć trafiony został niejedną wielką kością, w angielskich księgach podają, że osunął się na ziemię, a całe ciało i członki okrutnie miał poobijane, i czaszkę pękniętą; tak oto tego dnia Normanowie pobili na śmierć Alphegum archiepiscopum venerabilem.
