Teresa Czerniewicz-Umer – „Żabińscy. Cóż to była za rodzina!” – recenzja i ocena
Teresa Czerniewicz-Umer – „Żabińscy. Cóż to była za rodzina!” – recenzja i ocena
Nazwisko Żabińskich zapisało się w globalnej świadomości przede wszystkim dzięki bestsellerowi Diane Ackerman „The Zookeeper’s Wife” (w Polsce wydanemu pod tytułem „Azyl”) oraz jego głośnej, hollywoodzkiej ekranizacji z 2017 roku. Ta filmowa klisza, choć potrzebna i poruszająca, siłą rzeczy spłyca jednak realia. Opowieść o warszawskim ogrodzie zoologicznym to bowiem coś znacznie więcej niż heroiczny, okupacyjny epizod ukrywania uciekinierów z getta. Książka Teresy Czerniewicz-Umer „Żabińscy. Cóż to była za rodzina!” udowadnia, że ta historia nie zaczęła się w 1939 roku i nie skończyła w maju 1945 roku.
Książka Teresy Czerniewicz-Umer to saga rodzinna. Autorka udowadnia, że bezkompromisowy humanitaryzm Jana i jego żony Antoniny nie wziął się znikąd. Był on wynikiem specyficznego etosu przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Aby to w pełni zrozumieć, autorka rekonstruuje losy przodków – od dziadka Jana Stefana, urzędnika i wolnomularza, po ojca Józefa, wybitnego szachisty tworzącego klimat dawnych warszawskich salonów. Czerniewicz-Umer szczegółowo opisuje przedwojenną sieć kontaktów Żabińskich. Ich dom oraz samo ZOO stanowiły mikrokosmos, w którym krzyżowały się ścieżki naukowców, artystów, literatów i polityków. Pozwala to zrozumieć, dlaczego w czasie okupacji potrafili oni zorganizować tak sprawną siatkę pomocy dla podziemia i ukrywających się Żydów.
Moglibyśmy się spodziewać, że skoro za biografię zabiera się członkini rodziny, otrzymamy opowieść wygładzoną, przefiltrowaną przez sentymentalizm i rodzinną czułość. Autorka jednak dekonstruuje pojęcie „bohaterstwa”. Unika pomnikowości i taniego patosu. Zamiast tego zmusza czytelnika do refleksji nad moralnymi i emocjonalnymi kosztami, jakie jednostka płaci za wierność własnym zasadom. Pokazuje ludzi z krwi i kości – z ich uporem, trudnymi charakterami.
Szczególnie poruszająca jest tu perspektywa Antoniny Żabińskiej, która musiała godzić rolę matki chroniącej własne dzieci z rolą gospodyni ukrywającej w piwnicach uciekinierów. Książka ujawnia, jak gigantyczną cenę psychiczną zapłaciła za to rodzina – po wojnie oboje małżonkowie zmagali się z głębokimi traumami, o których rzadko się wspominało.
„Żabińskich” czyta się znakomicie, ale nie jest to wyłącznie zasługa sprawnego pióra autorki, ale właśnie historii Jana Żabińskiego. Bo jego biografia jest sumą doświadczeń ludzi, którzy się z nim zetknęli i doświadczyli wsparcia z jego strony.
Moją uwagę przykuł jednak Aneks. To, co niekiedy staje się mniej istotnym dodatkiem i „wypełniaczem” książki, tu pokazuje malowniczą historię. W tym wypadku są to wyimki ze wspomnień i prasy na temat Jana Żabińskiego. Nie dziwi, bo właśnie film z 2017 roku sprowokował do uporządkowania wiedzy na temat odwagi i determinacji dyrektora warszawskiego zoo i jego małżonki. Mamy tu więc zapiski Stefana Wiecheckiego, Arkadego Fiedlera, wiersze Kornela Makuszyńskiego czy Jana Brzechwy. Dopełniają portretu epoki, ale też pokazują wielowymiarowość samego Żabińskiego.
„Żabińscy. Cóż to była za rodzina!” mają jeszcze tę zaletę, że im bliżej końca lektury, tym więcej mamy tu opowieści o samej esencji rodziny. Autorka odchodzi od biurka badacza, a staje się kronikarzem rodu. Wówczas opowieść zmienia ton – staje się bardziej sentymentalna, napełnia się ciepłem anegdot i wspomnień. Ale czy to źle? Owo ciepło jest przecież efektem zwycięstwa, jakie rodzina odniosła w starciu z historią. Pokazuje, że za wielkimi czynami Jana i Antoniny stali ludzie, którzy po prostu potrafili kochać życie, przekomarzać się i pielęgnować rodzinne rytuały nawet na gruzach dawnego świata. To oczyszczające.
Jan, bywając na kolacjach u przyjaciela, dyrektora szpitala psychiatrycznego w Tworkach, poznał jego syna. Jak pisze autorka, „Chłopiec, zafascynowany Janem, pokochał biologię i marzył o tym, by w przyszłości zająć się prowadzeniem ogrodu zoologicznego. Sam mówił krótko i konkretnie: gdy dorośnie, chce być Żabińskim”.
